— Trzeba było wziąć trzy. Malanow wziął go pod rękę.
— No to ja skoczę, jakby co — powiedział miękko. — Ale ja płacę!
— Ale co się, Władlen, stało?
Głuchow szarpnął głową i podejrzliwie wpił się spojrzeniem w twarz Malanowa.
Odczekał, ciężko i często dysząc. Podniósł palec pouczającym gestem.
— Jak to nauczał Konfucjusz… Czy nie Konfucjusz…?
Zamyślił się. Potem nagle głośno i uroczyście zamiauczał z jakąś nieprawdopodobną, ale bardzo ważką intonacją, jedne samogłoski przeciągając, inne obcinając gwałtownie. Czuło się, że sprawia mu to przyjemność.
— Shi zhi ze yi-i yi wei shen! Shi luan ze yi-i shen wei yi! Dwie przechodzące obok wytapetowane dziewczyny w klawych szmatach wystraszyły się i odskoczyły.
Głuchow znowu podniósł palec.
— Kiedy w świecie rządzi porządek… zhi znaczy „mądrze urządzić”, „uporządkować”, nawet „leczyć”… przestrzeganie moralnych zobowiązań… yi zazwyczaj przekłada się jako „obowiązek”, „sprawiedliwość” — w sumie to, co człowiek czyni pod wpływem moralnego imperatywu… przestrzeganie moralnych zobowiązań chroni jednostkę. Ale gdy w świecie panuje chaos, jednostka chroni przestrzegania moralnych zobowiązań!
Ciekawa myśl, pomyślał Malanow. Zimny prysznic na wietrze otrzeźwił go, chodnik przestał się kołysać. A myśl znakomita niemal matematycznie wyrazista. Trzeba będzie to przemyśleć na trzeźwo. Żeby tylko zapamiętać… — Rozumie pan, Dmitrij? Nie teczki papierowe, diabli z nimi, z tymi teczkami… Przestrzeganie moralnych zobowiązań! Na przekór chaosowi! Ponieważ to właśnie one sprzeciwiają się… chaosowi. Tylko one! Na przekór bólowi… lękowi… to najważniejsze, najważniejsze: lękowi! — Omal zupełnie nie straciwszy równowagi, runął na Malanowa; niezgrabnie chwycił kołnierz jego płaszcza, podniósł głowę i znowu tchnął mu w twarz gorącym oddechem: — A ja pękłem!
Okazało się, że nie zamknęli drzwi. Staromodny zamek Głuchowa nie zatrzaskiwał się, należało w nim obracać kluczem nie tylko przy wejściu, ale i przy wyjściu. W ciągu tych dwudziestu minut, kiedy pofrunęli na tankowanie, bardziej gościnnego mieszkania nie było zapewne na całym wybrzeżu.
Rozwiesili mokre płaszcze na wieszakach wyjętych przez Głuchowa z szafy i rozsiedli się na swoich miejscach. Ale ochota do gry przepadła. Skądś z głębin napływało coś poważnego.
Głuchow wsunął szczupły i mocny niczym ptasi szpon palec w pętelkę na wieczku puszki i szarpnął.
— Vorwärts — powiedział cicho, biorąc kieliszek.
— Avanti — niezbyt głośno odpowiedział Malanow.
Wypili. Głuchow jak zwykle powąchał, Malanow ugryzł kanapkę, starając się jakoś pilnować, pożuł i przełknął z trudem; resztę odłożył. Zakąska zupełnie nie szła. Wódka już nie grzała żołądka — od razu wybuchała w głowie mętną galaretą.
— O pańskim przyjacielu… Filipie… nic nie słychać? — nagle ostrożnie i zupełnie trzeźwo zapytał Głuchow.
I Malanow zrozumiał, że właśnie na tę rozmowę czekał całe lata. Właśnie możliwość tej rozmowy, tląca się od tamtej pory, związała ich, tak różnych, tak rozpaczliwie i bezsensownie sympatyzujących ze sobą; ani jeden, ani drugi nie miał z kim porozmawiać o najważniejszym.
— Przepadł jak kamień w wodę.
— A ten… jak mu tam… Zachar?
— Nie mam pojęcia. Znałem go tylko przez Walkę… A Walka dawno wyjechał, opowiadałem panu.
— Tak, pamiętam… Milczeli chwilę. Głuchow obracał kieliszek w palcach, potem nalał sobie. Potem zreflektował się; niepewnie nalał Malanowowi.
— Wydaje mi się, Dmitrij, że czegoś wtedy nie domyśliliśmy do końca.
Malanow poczuł, że ktoś mu chlusnął na serce wrzątkiem.
— A nie boi się pan zaczynać o tym rozmowy, Władlen? Głuchow uśmiechnął się kącikami ust, nie przestając obracać teraz już pełnego kieliszka.
— Jestem sam — powiedział. Malanow milczał. — Osobiście mnie już niczym nie przytrzasną, a nie mam nikogo poza sobą. Ja, Dima, szybko pojąłem, że nie wytrzymam stałego lęku… stałego strachu o swoich najbliższych. Żona zmarła dawno temu, jeszcze zanim to wszystko… Dzieci dorosłe. Odgrywałem przed nimi takiego sobka — marazmatyka… Teraz omijają mnie na kilometr; daj Boże, jak widokówkę na urodziny przyślą… A ostatnia moja… pasja… — Nagle ucichł, zaczął drobnymi ruchami zbierać rozrzucone po stole kości i składać je do szkatułki. — Ostatnia… Ja… sprawiłem, żeby i ona odeszła. Nie wezmą mnie! — krzyknął i nawet uniósł się trochę w fotelu.
— Kto, jacy oni? — cicho zapytał Malanow.
Głuchow rzucił mu krótkie spojrzenie spod kosmatych starczych brwi i mruknął ponuro: — No, on… — Co za on?
Głuchow nie wytrzymał. Podniósł kieliszek do ust i wypił zawartość jednym haustem.
— Dmitrij — powiedział ze ściśniętym gardłem. — Dmitrij, pan coś wie.
Wtedy Malanow również osuszył kieliszek jednym haustem. Czekał na tę chwilę tyle lat, a teraz milczał, nie potrafił wykrztusić słowa. Galareta w głowie zgęstniała. Ale żaluzje ochronne trwały nie naruszone; Malanow chciał i nie mógł. Nie mógł.
— Właśnie pan… — wolno powiedział Głuchow. — Już wtedy pomyślałem, że to powinien być właśnie pan… Malanow milczał.
— Przecież w naszej dziwnej kompanii pan jest unikatową postacią.
— Na pewno nie! — nie wytrzymał Malanow.
— Na pewno tak. Nie zastanawiał się pan nad tym? Pańskiemu przyjacielowi również nie przyszło to do głowy, bo musiałby skorygować swoją teorię. A wszystko jest takie proste i takie… niepokojące. Myślę, że… tylko niech się pan nie obraża, proszę… żeby zamienić oczywisty, ale… nie mający odniesienia do nauk ścisłych element, pański przyjaciel był zbyt nieludzki.
— Fil to najlepszy i najwrażliwszy człowiek, jakiego znałem… — Malanow drgnął. — To znaczy znam.
— Możliwe. Chociaż to samo powiedziałbym nie o nim, lecz o… panu. Ale nie rozmawiajmy o tym. Proszę popatrzeć. Jest samotny. Kiedy te wszechpotężne czy wszechmocne siły, czy jak tam pan powie… uderzają w niego, to uderzają tylko w niego. Weingarten. Żona, dzieci. Ale gdy uderzają, to uderzają tylko w niego. Zachar. Ci, których, że tak powiem, kochał — Głuchow skrzywił się ironicznie, a potem dolał sobie trunku z puszki — wykorzystywani są tylko i wyłącznie jako zewnętrzny czynnik drażniący. Na równi z innymi. Tak kobiety, jak i pryszcze… faktycznie uderzają tylko w niego. Teraz ja. Niezupełnie samotny. Ale gdy walili, walili tylko we mnie. Póki nie poznałem pana, nawet do głowy mi nie przyszło, że moim bliskim coś zagraża.
Właśnie po tragedii z pańskim synem przestałem być sobą, zacząłem wszystko dokoła wypalać ze strachu. A przecież, o ile pamiętam, w pańską żonę też próbowali jakoś… Na twarz Malanowa legł cień. Głuchow wystraszył się, machnął rękami i omal nie przewrócił opróżnionej do połowy puszki; teraz obracał w palcach nie kieliszek, lecz całą puszkę.
— Przepraszam, że panu przypomniałem!
— To nic, Władlen, to nic.
— Chciałem tylko powiedzieć, że pan jest jedynym człowiekiem, w którego uderzano rykoszetem. W sposób pośredni. Jedynym, kogo nie męczyli bezpośrednio, ale poprzez męczarnie bliskich. I tylko dlatego udało się pana złamać.
Malanow pokręcił głową i nagle uśmiechnął się żałośnie.
— Wie pan co, Władlen, przerwijmy na chwilę i golnijmy ze skrzypieniem — poprosił.
Głuchow uważnie popatrzył na niego pijanymi, szalonymi oczyma i rzekł: — Oczywiście.