Выбрать главу

Zaczął zadeptywać, przepalił adidasy, spróbował zbić gałęzią; dym wżerał mu się w oczy, brwi i rzęsy błyskawicznie się spaliły, a najgorsze, że bez względu na wszystkie wysiłki ognisko wolno się rozszerzało. Obok, usilnie patrząc w bok, przeszła kobieta w średnim wieku, potem rozmawiając z ożywieniem, przejechała trójka niedorostków („A on wtedy, kurwa, mówi do niej, kurwa: ty jeba…”). Ale dobiła Malanowa młoda mama z prowadzonym za rączkę chyba sześcioletnim synkiem. Jakiś czas patrzyli, jak Malanow pląsa w ognisku, a potem dziecko powiedziało z zachwytem: „Patrz, mamo, wujek las podpalił!” „Cóż, zdarza się — odpowiedziała mama. — Pewnie wujek był nieuważny: palił, rzucił zapałkę…” Malanow splunął i powiewając okopconymi nogawkami, zdecydowanie poszedł swoją drogą: niech się wali, niech się pali!

Przeszedłszy jakieś dwadzieścia metrów, obejrzał się. Mama i syn stali i patrzyli za nim, a ogień zgasł. Sam.

Nigdy nie załapywał się na żadne wyszarpane od czasu do czasu przez instytut granty i fuchy.

Mimo że ciągle mówiło się o tym w dziale i bezpośrednio w dyrekcji („Jakże można prowadzić ten program bez Dmitrija Aleksiejewicza?!”), w końcu zawsze z tych lub innych powodów albo bez powodów wypadał. Zresztą co tydzień proponowano mu uczestnictwo — tam, gdzie trzeba było orać za nic. Mówiąc po odesku — „za friko” — jeśli wierzyć rzecz jasna Bobce, który tego strasznego lata odpoczywał pod nadzorem mamy Irki w leżącym obecnie za granicą mieście — bohaterze Odessie. Mimo młodego wieku nasłuchał się kupy cudownie apetycznych słówek, zanim na długo zamilkł. To śmieszne i głupie, ale jeszcze trzy, cztery lata temu Malanow zgadzał się na wszystkie takie propozycje — dopiero ostatnio zrzucił pęta. Ale i tak śmiano się z niego za plecami, a on świetnie to wiedział i czuł. Na naradach szef załatwiał wszystko słodkimi powiedzonkami typu: „Każda nowa praca Dmitrija Aleksiejewicza jest nie zawsze wielkim, ale prawdziwym odkryciem…” Kusiło go, żeby wrzasnąć z proletariacką szczerością: „Uznanie kieliszka nie napełni!” Ale nie miało to sensu, więc Malanow tylko inteligentnie się rumienił i mamrotał: „Co też pan…” Właściwie za socjalizmu królowała taka sama podłość, nic się nie zmieniło prócz jednego: za socjalizmu można było być bezinteresownym entuzjastą, takim Saszą Priwałowem, dla którego poniedziałek zaczyna się w sobotę, dlatego że pobory wystarczały na życie.

Oczywiście opędzanie się z mądrą miną od asteroidów i jeżdżenie w tej sprawie na zakupy na międzynarodowe sympozja — podobno po przeliczeniu wszystko zrobiło się tam teraz tańsze niż u nas — było równie wstrętne jak plamienie kawą warsztatów. Ale przynajmniej nie trzeba by było wysysać z palca cyrylicy, lecz co najwyżej zgrabne, wyraziste, twarde cyfry, sprawdzony i pewny taniec formuł — tak tańczą, metalicznie połyskując, dobrze dopasowane elementy silnika.

Można byłoby pleść o niebie, o niebie..!

Gdy tylko Malanow chciał coś osiągnąć, akurat to mu nie wychodziło. Nie można powiedzieć, że nic mu nie wychodziło. Nie, coś wychodziło, inaczej dawno już by sam zdechł głodu i rodzinę zagłodził; ale udawało się niechcący, wychodziło tylko to, do czego miał obojętny stosunek, czego właściwie nie chciał. Lecz gdy tylko czegoś zapragnął — nic. Wchodziły do gry najgłupsze powody, najbardziej idiotyczne zbiegi okoliczności.

Gdy proponowano mu coś kuszącego czy przynajmniej dochodowego, Malanow obojętnie i zwyczajowo dziękował, wiedząc z góry, że nic z tego nie wyjdzie; i rzeczywiście, mijał tydzień, dwa czy trzy, i dobrze jeszcze, jeśli proponujący mieli ochotę zadzwonić i przeprosić, usprawiedliwiając się niespodziewaną dżumą, głodem i upadkiem Księżyca. Z reguły po prostu znikali i próby telefonicznego pościgu skazane były na niepowodzenie. A jeśli nawet udało się mu dodzwonić, ponownie obiecywali i znikali. Na dodatek czuł, że się na niego obrażają: tak nietaktownie przypomniał o własnym istnieniu.

Stopniowo Malanow, niegdyś człowiek pełen energii, odważnie i z powodzeniem chwytający dwadzieścia spraw naraz, zupełnie opadł z sił. Prawie nie udawało mu się zmusić samego siebie do zrobienia czegokolwiek — prania skarpet czy napisania artykułu. To, do czego zmuszały go okoliczności, w osobie Irki czy Bobki, w postaci zamawiającego czy instytutowego szefostwa, jakoś jeszcze odwalał niczym dożywotni katorżnik. Nic mu się nie chciało, robił to tylko z poczucia obowiązku. Ale żeby zrobić coś z własnej inicjatywy — o nie, sługa uniżony! To strata czasu i sił, których brakuje już niemal na wykonanie choćby obowiązków… I tak nic z tego nie wyjdzie.

A gdyby i wyszło — stracisz dziesięć razy więcej sił, niż zużyłby ktokolwiek inny, a wynik będzie dziesięć razy gorszy od tego, jaki osiągnąłby na twoim miejscu pierwszy lepszy… Naszarpiesz się tylko i najesz wstydu. Najesz wstydu i naszarpiesz.

Nie miał już ochoty na nic. Zupełnie na nic.

Nawet w kontaktach z najbliższymi ogarniała go niechęć. Rozmawiał, owszem, śmiał się, obgadywał seriale telewizyjne i zakupy, i wybory, ale wszystko jakby na rozkaz, pracochłonny i całkowicie bezsensowny. Tłumaczył coś Bobce, a sam myślał: „On ma w nosie moje gadanie, jednym uchem mu wchodzi, drugim wychodzi, i tak zrobi po swojemu”. Obejmował przed snem Irkę, ale nie odczuwał ani radości, ani pożądania, a po łbie mu krążyło: „Nie dasz jej szczęścia, nie możesz. Naszarpiesz się tylko i najesz wstydu”. Jeśli Irka zachowywała się cicho, po głowie krążyło jakby oczekiwane: „Widzisz? Nie wychodzi ci, ona nic nie czuje”. Ale wystarczyło, żeby jęknęła, a duszę kąsał inny jadowity kieł, jeszcze dłuższy i ostrzejszy: „Biedna… Udaje, żeby mi dogodzić, stara się mnie pocieszyć… Och, nie trzeba było nawet zaczynać”.

Irka, wyczuwszy coś niedobrego, najpierw starała się mu pomóc; ni stąd, ni zowąd, jak w pierwszych latach, zaczynała mówić coś czułego i pochlebnego; za ostatnie grosze kupiła sobie kuszącą bieliznę, zmusiła się do diety, żeby poprawić figurę; bez jednego słowa z jego strony wymyśliła i zastosowała takie pieszczoty, że… I co wynikło? Zrobiło się jeszcze gorzej, ot co.

Dał więc spokój. Pewnie zdecydowała, że wyprztykał się chłop, z naturą nie ma co wojować. Za „ni ma” nawet sąd nie zatrzyma. Rogów chyba mu nie zafundowała — chociaż, gdyby miała dziesięć lat mniej — przykleiłaby je obowiązkowo. Malanow świetnie to rozumiał, ale Irka tylko topiła żal w słodyczach. Na wiosnę trudno ją było poznać, przybrała z siedem kilo.

Tylko raz nie wytrzymała. Malanow kolejny, nie wiadomo który już raz próbował ją namówić do rzucenia palenia albo przynajmniej do ograniczenia — słuchała przez pół minuty jego mądrych argumentów, potem rzuciła dzikie spojrzenie spod blond grzywki i wycedziła niemal z nienawiścią: „W życiu tak mało jest radości, chcesz mnie pozbawić tej ostatniej?”

Ze dwie godziny ze sobą nie rozmawiali. Potem — nie ma ucieczki, północ blisko, terminy przyciskają — usiedli pracować. A w tej pracy też nie ma ucieczki: po kwadransie śmiali się do rozpuku.