– Gdzie pani mieszka?
– Niedaleko.
– Mogłaby pani zaprosić mnie na tego drinka do domu.
Zawahała się. To jest ten normalny bliźniak, tłumaczyła sobie, nie psychopata.
– Po dzisiejszym dniu wie pani o mnie tyle rzeczy – stwierdził. – Ja też chciałbym się o pani czegoś dowiedzieć. Zobaczyć, gdzie pani mieszka.
Jeannie wzruszyła ramionami.
– Jasne, czemu nie. Chodźmy.
Była piąta po południu i kiedy wyszli na dwór, zaczęło się w końcu trochę ochładzać. Steve gwizdnął na widok mercedesa.
– Niezły wózek!
– Mam go od ośmiu lat – stwierdziła. – Uwielbiam go.
– Mój samochód jest na parkingu. Podjadę z tyłu i błysnę światłami – powiedział i odszedł.
Jeannie wsiadła do mercedesa i włączyła silnik. Po minucie zobaczyła w tylnym lusterku zapalone światła i ruszyła z miejsca.
Wyjeżdżając z terenu uczelni spostrzegła, że za wozem Steve'a rusza policyjny samochód. Zerknęła na szybkościomierz i zwolniła do trzydziestu mil.
Wyglądało na to, że Steven Logan się w niej zadurzył. Chociaż nie odwzajemniała jego uczuć, była zadowolona. Pochlebiało jej, że zdobyła serce młodego przystojnego chłopaka.
Steve siedział jej na ogonie przez całą drogę. Zatrzymała się przed swoim domem, a on zaparkował zaraz za nią.
Podobnie jak przy wielu innych baltimorskich uliczkach, stojące szeregowo domy miały od frontu długą wspólną werandę, na której przed wprowadzeniem klimatyzacji przesiadywali, szukając ochłody, mieszkańcy. Jeannie wbiegła po schodkach na werandę, stanęła przy swoich drzwiach i wyjęła klucze.
Z samochodu policyjnego wyskoczyli nagle dwaj uzbrojeni gliniarze i zajęli pozycje strzeleckie, trzymając broń w wyciągniętych sztywno rękach i celując prosto w Jeannie i Steve'a.
Serce stanęło Jeannie w piersi.
– Co jest, kurwa… – powiedział Steve.
– Nie ruszać się! Policja! – wrzasnął jeden z mężczyzn.
Jeannie i Steve podnieśli oboje ręce w górę.
Policjantom jednak to nie wystarczyło.
– Na ziemię, skurwielu – ryknął jeden z nich. – Twarzą w dół, ręce do tyłu!
Jeannie i Steve położyli się oboje na ziemi.
Policjanci podeszli do nich ostrożnie, jakby byli zegarowymi bombami.
– Czy mogliby panowie wyjaśnić, o co chodzi? – powiedziała Jeannie.
– Pani może wstać – stwierdził jeden.
– Wielkie dzięki – odparła, podnosząc się na nogi. Serce biło jej szybko, ale wyglądało na to, że gliniarze popełnili jakiś głupi błąd. – Teraz, kiedy przestraszyliście mnie już na śmierć, może powiecie mi łaskawie, co się dzieje?
Żaden z nich nie uznał za stosowne odpowiedzieć. Wciąż trzymali na muszce Steve'a. Jeden z nich ukląkł obok niego i założył mu szybkim wprawnym ruchem kajdanki.
– Jesteś aresztowany, skurwysynu – oznajmił.
– Nie jestem małym dzieckiem, ale czy te przekleństwa są naprawdę konieczne? – zapytała Jeannie. Nikt nie zwracał na nią uwagi. – Co on takiego zrobił? – spróbowała ponownie.
Za wozem patrolowym zatrzymał się z piskiem opon jasnoniebieski dodge colt i wysiadły z niego dwie osoby. Jedną z nich była Mish Delaware z Wydziału Przestępstw Seksualnych. Miała na sobie tę samą bluzkę i spódnicę, co rano, ale teraz włożyła dodatkowo płócienny żakiet, który tylko częściowo zakrywał broń na biodrze.
– Szybko pani tu dotarła – powiedział jeden z gliniarzy.
– Byłam w sąsiedztwie – odparła Mish, spoglądając na leżącego na ziemi Steve'a. – Podnieście go.
Posterunkowy złapał Steve'a pod łokieć i pomógł mu wstać.
– To on – stwierdziła Mish. – Facet, który zgwałcił Lisę Hoxton.
– Steven? – szepnęła z niedowierzaniem Jeannie. Jezu, a ja miałam go zaprosić do swojego mieszkania.
– Zgwałcił? – zdziwił się Steven.
– Posterunkowy zauważył, jak jego samochód wyjeżdża z terenu uczelni – wyjaśniła Mish.
Jeannie po raz pierwszy przyjrzała się uważniej samochodowi Steve'a, żółtemu, mniej więcej piętnastoletniemu datsunowi. Lisie wydawało się, że widziała gwałciciela w starym białym datsunie.
Pierwszy szok minął i próbowała zebrać myśli. Podejrzewała go policja; to jeszcze nie oznaczało, że jest winny. Jakie mieli dowody?
– Jeśli macie zamiar aresztować każdego faceta, który jeździ zardzewiałym datsunem… – zaczęła.
Mish wręczyła jej kartkę papieru. Była to ulotka ze sporządzonym przez komputer czarno-białym portretem pamięciowym mężczyzny. Jeannie przyjrzała mu się. Przypominał trochę Stevena.
– To może być on, a może nie – powiedziała.
– Co pani tu z nim robi?
– Poddawaliśmy go testom w laboratorium. Nie mogę uwierzyć, że to ten facet! – Badania wykazały, że Steven odziedziczył zalążki przestępczej osobowości… ale wykazały również, że ich w sobie nie rozwinął.
– Czy może pan powiedzieć, co robił pan wczoraj między godziną siódmą a ósmą wieczorem? – zapytała Mish.
– Byłem na Uniwersytecie Jonesa Fallsa – odparł Steve.
– Po co pan tam pojechał?
– Bez specjalnego powodu. Miałem się gdzieś wybrać z moim kuzynem Rickym, ale odwołał spotkanie. Pojechałem, żeby zobaczyć, gdzie będę musiał się zgłosić dziś rano. Nie miałem nic innego do roboty.
Nawet dla Jeannie nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Może Steve jest jednak gwałcicielem, pomyślała skonsternowana. Jeśli tak, cała jej teoria nie warta była funta kłaków.
– Co pan tam dokładnie robił?
– Przez jakiś czas oglądałem mecz tenisa. Potem poszedłem do baru w Charles Village i spędziłem tam kilka godzin. Przegapiłem wielki pożar.
– Czy ktoś może to potwierdzić?
– Rozmawiałem przez chwilę z doktor Ferrami, chociaż wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to ona.
Mish posłała jej pytające spojrzenie. Jeannie zobaczyła w jej oczach nieprzyjazny błysk i przypomniała sobie, jak starły się rano, kiedy Mish próbowała namówić Lisę do współpracy.
To było po meczu, na kilka minut przed wybuchem pożaru – mruknęła.
– Nie może więc nam pani powiedzieć, gdzie był w czasie, kiedy dokonano gwałtu.
– Nie, ale powiem pani co innego. Przez cały dzień poddawałam tego człowieka testom i wiem, że nie ma psychologicznego profilu gwałciciela.
Na twarzy Mish odbiło się powątpiewanie.
– To jeszcze nie dowód – stwierdziła.
Jeannie wciąż trzymała w ręku portret pamięciowy.
– Podobnie jak i to – oświadczyła, zgniatając go i rzucając na ziemię.
Mish dała głową znak gliniarzom.
– Idziemy.
– Chwileczkę – odezwał się wyraźnym spokojnym głosem Steve.
Policjanci puścili go.
– Nie obchodzą mnie ci faceci, Jeannie, ale chcę ci powiedzieć, że nie zrobiłem tego i nigdy czegoś takiego bym nie zrobił.
Wierzyła mu. Zastanawiała się dlaczego. Ponieważ jego niewinność świadczyłaby o słuszności jej teorii? Nie: dysponowała wynikami testów, które wykazały czarno na białym, że Logan nie ma żadnej z cech, którymi charakteryzują się przestępcy. Było jednak coś jeszcze: jej intuicja. Czuła się przy nim bezpieczna. Nie wysyłał żadnych złych sygnałów. Słuchał, kiedy do niego mówiła, nie starał się jej do niczego zmusić, nie dotknął jej w niewłaściwy sposób, nie okazał gniewu ani wrogości. Lubił kobiety i szanował ją. Nie był gwałcicielem.
– Chcesz, żebym do kogoś zadzwoniła? – zapytała. – Może do twoich rodziców?
– Nie – odparł zdecydowanym tonem, – Będą się niepotrzebnie martwili. A to wyjaśni się w ciągu paru godzin. Potem im powiem.
– Nie spodziewają się ciebie dziś wieczór w domu?
– Powiedziałem, że mogę zatrzymać się jeszcze jeden dzień u Ricky'ego.