Выбрать главу

– Na pewno nie chcesz? – zapytała z powątpiewaniem.

– Na pewno.

– Chodźmy już – rzuciła niecierpliwie Mish.

– Po co ten pośpiech? – zdziwiła się Jeannie. – Chce pani aresztować kolejne niewinne osoby? Mish spiorunowała ją wzrokiem.

– Ma pani jeszcze coś do powiedzenia?

– Co go czeka?

– Stanie w szeregu. Lisa Hoxton przyjrzy mu się i powie nam, czy to on jest sprawcą. O ile oczywiście nie ma pani nic przeciwko, doktor Ferrami – dodała kpiącym tonem Mish.

– Nie, to mi odpowiada – odparła Jeannie.

9

Zawieźli Steve'a na komendę jasnoniebieskim dodge'em coltem. Policjantka prowadziła, a jej kolega, zwalisty wąsacz, siedział obok, ledwo mieszcząc się w ciasnym samochodzie. Nikt się nie odzywał.

Steve kipiał z wściekłości. Dlaczego tłukł się w tym niewygodnym dodge'u, skuty kajdankami, podczas gdy powinien siedzieć w mieszkaniu Jeannie Ferrami, trzymając w dłoni chłodnego drinka? Powinni to po prostu jak najszybciej wyjaśnić.

Komenda policji mieściła się w gmachu z różowego granitu w zakazanej dzielnicy Baltimore, nie opodal barów topless i klubów porno. Wjechali na rampę i zaparkowali w wewnętrznym garażu. Dookoła stało pełno policyjnych radiowozów i tanich cywilnych kompaktów w rodzaju colta.

Zawieźli Steve'a na górę windą, zaprowadzili do pozbawionego okien pokoju z pomalowanymi na żółto ścianami, zdjęli mu kajdanki i zostawili samego. Zgadywał, że zamknęli drzwi na klucz: nawet tego nie sprawdził.

W pokoju był stół i dwa twarde plastikowe krzesła. Na stole stała popielniczka, a w niej dwa niedopałki z filtrem, jeden ze śladami szminki. W drzwiach tkwiła tafla nieprzezroczystego szkła: Steve nie widział przez nią, co było na zewnątrz, ale domyślał się, że oni mogą zajrzeć do środka.

Patrząc na popielniczkę, poczuł, że ma ochotę zapalić. Mógłby przynajmniej czymś zająć ręce. Zamiast tego zaczął chodzić w tę i z powrotem po pokoju.

Powtarzał sobie, że tak naprawdę nic nie może mu grozić. Zdążył zerknąć na ulotkę i choć portret pamięciowy z grubsza go przypominał, przedstawiał przecież kogoś innego. To, że był podobny do gwałciciela, nie ulegało kwestii, ale kiedy stanie w szeregu z kilkoma innymi wysokimi blondynami, ofiara na pewno go nie wybierze. Biedaczka chyba dobrze przyjrzała się draniowi, który to zrobił: jego twarz wryła się jej w pamięć. Nie popełni błędu.

Gliniarze nie mieli prawa kazać mu tak długo czekać. W porządku, musieli wyeliminować go z kręgu podejrzanych, ale to nie powinno trwać całą noc. Był przecież porządnym obywatelem.

Spróbował spojrzeć na to z jaśniejszej strony. Miał okazję przyjrzeć się z bliska działaniu amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Będzie swoim własnym adwokatem; przynajmniej czegoś się nauczy. Broniąc w przyszłości oskarżonego o jakąś zbrodnię klienta, będzie wiedział, co przechodzi człowiek zatrzymany przez policję.

Był już raz na komendzie, ale wtedy chodziło o zupełnie coś innego. Miał tylko szesnaście lat. Pojechał na policję razem z jednym z nauczycieli. Natychmiast przyznał się do przestępstwa i opowiedział policji szczerze o wszystkim, co się wydarzyło. Widzieli jego obrażenia; nie ulegało kwestii, że bójka była zażarta z obu stron. Rodzice przyjechali i zabrali go do domu.

To był najbardziej haniebny moment w jego życiu. Kiedy mama i tato weszli do pokoju, w którym siedział, Steve miał ochotę umrzeć. Tato sprawiał wrażenie zawstydzonego, jakby ktoś go dotkliwie upokorzył. Na twarzy mamy widniał głęboki smutek; oboje wydawali się zdezorientowani i zranieni. Steve robił wówczas wszystko, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy; i wciąż ściskało go w gardle, kiedy to sobie przypominał.

Tym razem było inaczej. Tym razem był niewinny.

Do środka weszła policjantka z tekturową teczką w ręku. Zdjęła żakiet, ale wciąż miała pistolet w kaburze przy pasie. Była atrakcyjną, mniej więcej czterdziestoletnią czarną kobietą, z niewielką nadwagą i miną, która świadczyła, że ona jest tu szefem.

Steve spojrzał na nią z ulgą.

– Dzięki Bogu – mruknął.

– Za co pan dziękuje?

– Że coś się dzieje. Nie chcę spędzić tutaj całej cholernej nocy.

– Czy może pan usiąść?

Steve usiadł.

– Jestem sierżant Michelle Delaware. – Policjantka wyjęła z teczki pojedynczą kartkę i położyła ją na stole. – Jak brzmi pana pełne nazwisko i adres?

Steve powiedział jej, a ona wpisała dane do formularza.

– Wiek?

– Dwadzieścia dwa lata.

– Wykształcenie?

– Mam dyplom ukończenia college'u.

Zanotowała to i podsunęła mu formularz. Na górze widniał nagłówek:

POLICJA MIEJSKA BALTIMORE, MARYLAND

INFORMACJA O PRAWACH PRZYSŁUGUJĄCYCH PODEJRZANEMU

Formularz numer 69

– Proszę przeczytać pięć zdań zawartych w formularzu, po czym wpisać swoje inicjały w rubryce na końcu każdego zdania – powiedziała Delaware i podała mu długopis.

Steve przeczytał formularz i zaczął wpisywać inicjały.

– Musi pan przeczytać to na głos – oznajmiła.

– Żeby wiedziała pani, że nie jestem analfabetą? – zapytał po krótkim namyśle.

– Nie. Żeby nie mógł pan później udawać, że jest analfabetą, i nie utrzymywał, że nie poinformowano pana o jego prawach.

Tego rodzaju rzeczy nie uczyli na wydziale prawa.

– Niniejszym informuje się – przeczytał – że po pierwsze, podejrzany ma prawo zachować absolutne milczenie. – Wpisał SL na końcu tej linijki i czytał dalej, umieszczając inicjały na końcu każdego zdania. – Po drugie, wszystko, co powie albo napisze, może zostać wykorzystane przeciwko niemu w trakcie śledztwa. Po trzecie, ma prawo rozmawiać z adwokatem w każdym momencie przed przesłuchaniem, podczas przesłuchania i po jego zakończeniu. Po czwarte, jeśli chce mieć adwokata, lecz nie stać go na jego wynajęcie, nie zostanie poddany przesłuchaniu, a sąd wyznaczy obrońcę z urzędu. Po piąte, jeśli się zgodzi na przesłuchanie, w każdym momencie może zażądać adwokata i nie będą mu zadawane dalsze pytania.

Teraz niech pan podpisze się pełnym nazwiskiem. – Delaware pokazała mu odpowiednie rubryki. – Tutaj i tutaj.

Pierwsza rubryka umieszczona była pod zdaniem:

PRZECZYTAŁEM POWYŻSZĄ INFORMACJĘ O PRZYSŁUGUJĄCYCH MI PRAWACH I W PEŁNI JĄ ZROZUMIAŁEM

…Podpis

Steve podpisał.

– I pod spodem – dodała.

Zgadzam się odpowiadać na pytania i zgadzam się, żeby w tym momencie w przesłuchaniu nie uczestniczył adwokat. Moja decyzja, aby odpowiadać na pytania bez obecności adwokata, jest całkowicie dobrowolna.

…Podpis

– Jak, do diabła, zmuszacie ludzi, którzy są winni, żeby to podpisali? – zapytał, składając kolejny podpis.

Delaware nie odpowiedziała. Wpisała na formularzu swoje własne nazwisko, po czym schowała go do teczki i zmierzyła Steve'a przeciągłym spojrzeniem.

– Wpadłeś w kłopoty – oznajmiła. – Ale wyglądasz na porządnego faceta. Może powiesz mi po prostu, co się stało?

– Nie mogę – odparł. – Nie było mnie tam. Domyślam się, że jestem podobny do tego świra, który to zrobił.

Delaware odchyliła się do tyłu, założyła nogę na nogę i przyjaźnie się do niego uśmiechnęła.

– Znam mężczyzn – oświadczyła konfidencjonalnym tonem. – Mają swoje potrzeby.

Gdybym nie wiedział, o co jej chodzi, pomyślał Steve, mógłbym sądzić, że się do mnie podwala.

– Powiem ci, jaka jest moja opinia – kontynuowała. – Jesteś atrakcyjnym chłopakiem i ta mała się w tobie zabujała.

– Nigdy nie spotkałem tej kobiety, pani sierżant.

Ignorując to, pochyliła się do przodu i położyła rękę na jego dłoni.