Выбрать главу

Jeannie rozmawiała również ze swoją matką. Patty była u niej w dzień ze swoimi trzema synami i mama opowiadała z ożywieniem o tym, jak chłopcy biegali po korytarzach domu opieki. Na szczęście zapomniała chyba, że przeniosła się do Bella Vista nie dalej jak wczoraj. Rozmawiała z Jeannie tak, jakby przebywała tam od kilku lat i miała pretensję, że częściej jej nie odwiedza. Po tym telefonie Jeannie przestała się tak bardzo obawiać o mamę.

– Jak ci smakował okoń? – zapytał Berrington, przerywając tok jej myśli.

– Wyborny. Bardzo delikatny.

Wygładził brwi opuszką wskazującego palca prawej ręki i ten gest wydał jej się z jakiegoś powodu bardzo próżny.

– Teraz zadam ci pewne pytanie i musisz na nie szczerze odpowiedzieć – uśmiechnął się, żeby nie brała go zbyt poważnie.

– W porządku.

– Smakuje ci deser?

– Tak. Czy wyglądam na kobietę, która udawałaby, że coś jej smakuje, podczas gdy jest wprost przeciwnie?

Berrington potrząsnął głową.

– Przypuszczam, że mało jest spraw, w których udajesz.

– Być może za mało. Mówią, że jestem pozbawiona taktu.

– Twoja najgorsza wada?

– Na pewno wiodłoby mi się lepiej, gdybym się nad tym zastanowiła. A jaka jest twoja najgorsza wada?

To, że się zakochuję – odparł bez namysłu Berrington. To ma być wada?

– Jest wadą, jeśli zdarza się to zbyt często.

– Albo z więcej niż jedną osobą jednocześnie.

– Może powinienem napisać do Lorraine Logan i zapytać ją o radę.

Jeannie roześmiała się, ale nie chciała, żeby rozmowa zeszła na Stevena.

– Jaki jest twój ulubiony malarz? – zapytała.

– Spróbuj zgadnąć.

Berrington była hurapatriotą, więc uznała, że musi być sentymentalny.

– Norman Rockwell?

– Na pewno nie! – Wydawał się autentycznie zgorszony. – Ten wulgarny ilustrator? Nie, gdyby stać mnie było na własną kolekcję, kupowałbym amerykańskich impresjonistów. Zimowe pejzaże Johna Henry'ego. Chciałbym mieć na własność Biały most. A ty?

– Teraz ty musisz zgadnąć.

Przez chwilę się zastanawiał.

– Joan Miro.

– Dlaczego?

– Pomyślałem, że lubisz śmiałe zestawienia kolorów. Pokiwała głową.

– Jesteś spostrzegawczy. Ale nie udało ci się zgadnąć. Miro jest zbyt bałaganiarski. Wolę Mondriana.

– No tak, oczywiście. Proste linie.

– Dokładnie. Jesteś w tym dobry.

Wzruszył ramionami i uświadomiła sobie, że bawił się w podobne zgadywanki z wieloma kobietami.

Zanurzyła łyżeczkę w mangowym sorbecie. Z pewnością nie była to służbowa kolacja. Wkrótce będzie musiała podjąć decyzję, jak mają wyglądać jej stosunki z Berringtonem.

Od półtora roku nie całowała się z mężczyzną. Odkąd odszedł od niej Will Tempie, nie miała żadnych randek. Nie czekała na jego powrót: już go nie kochała. Ale była ostrożna.

Z drugiej strony czuła, że oszaleje, prowadząc życie zakonnicy. Brakowała jej kogoś owłosionego w łóżku; brakowało męskich zapachów – smaru do rowerów, przepoconych męskich szortów i whisky, ale przede wszystkim brakowało jej seksu. Kiedy radykalne feministki oznajmiały, że penis jest wrogiem kobiety, Jeannie miała ochotę odrzec: Mów za siebie, siostro.

Spojrzała na Berringtona, który delikatnie kosztował karmelizowanego jabłka. Lubiła tego faceta mimo jego wstecznych poglądów. Był bystry – jej partnerzy musieli być inteligentni – i potrafił wygrywać. Szanowała go za dorobek naukowy. Szczupły i wysportowany, był prawdopodobnie bardzo doświadczonym kochankiem i miał ładne niebieskie oczy.

Mimo to był za stary. Lubiła dojrzałych mężczyzn, ale nie aż tak dojrzałych.

Jak mogła dać mu kosza, nie narażając przy tym na szwank swojej kariery? Najlepiej było udawać, że traktuje jego zainteresowanie jako rodzaj ojcowskiej opieki. W ten sposób nie musiałaby stawiać sprawy na ostrzu noża.

Pociągnęła łyk szampana. Kelner dolewał jej stale do kieliszka i nie pamiętała dobrze, ile wypiła, ale cieszyła się, że nie musi prowadzić.

Zamówili kawę. Jeannie poprosiła o podwójne espresso, żeby trochę otrzeźwieć. Kiedy Berrington zapłacił rachunek, zjechali windą na parking i wsiedli do jego srebrzystego lincolna town cara.

Berrington minął port i skręcił na Jones Falls Expressway.

– To jest miejskie więzienie – powiedział, wskazując zajmujący całą przecznicę budynek podobny do fortecy. – Trzymają tam mierzwę tej ziemi.

Być może siedzi tam w tej chwili Steve, pomyślała Jeannie.

Jak w ogóle mogła brać pod uwagę noc z Berringtonem? Nie czuła do niego najmniejszego afektu. Wstydziła się, że mogła o tym pomyśleć.

– Dziękuję ci za uroczy wieczór, Berry – odezwała się zdecydowanym tonem, kiedy zatrzymał się przed jej domem. Zastanawiała się, czy poda jej dłoń, czy spróbuje pocałować. Jeśli będzie chciał dać jej całusa, podsunie mu policzek.

Nie zrobił jednak ani jednego, ani drugiego.

– Mój domowy telefon jest zepsuty, a muszę jeszcze dzisiaj do kogoś zadzwonić – powiedział. – Czy mógłbym skorzystać z twojego aparatu?

Nie mogła mu przecież odrzec: Nie, zadzwoń z budki. Wyglądało na to, że będzie musiała stawić czoło upartym zalotom.

– Oczywiście – odparła, tłumiąc westchnienie. – Wejdź na górę. – Zastanawiała się, czy będzie musiała mu zaproponować kawę.

Wysiadła z samochodu i wbiegła pierwsza na werandę. W hallu było dwoje drzwi. Jedne prowadziły do mieszkania na parterze, które zajmował emerytowany czarny doker, pan Oliver, drugie na pierwsze piętro, do jej apartamentu.

Jeannie stanęła jak wryta w miejscu. Jej drzwi były otwarte.

Zaczęła wchodzić po schodach. Na górze paliło się światło. To było podejrzane: wyszła, zanim zapadł zmrok.

Z klatki schodowej wchodziło się bezpośrednio do salonu. Jeannie weszła do środka i krzyknęła zaskoczona.

Obok lodówki stał z butelką wódki w ręku brudny, nie ogolony, lekko pijany mężczyzna.

– Co się stało? – odezwał się z tyłu Berrington.

– Potrzebujesz tutaj lepszych zamków, Jeannie – oświadczył intruz. – Udało mi się je sforsować w dziesięć sekund.

– Co to za facet, do diabła? – zagrzmiał Berrington.

– Kiedy wyszedłeś z więzienia, tato? – zapytała drżącym głosem Jeannie.

11

Pomieszczenie, w którym miała się odbyć konfrontacja, znajdowało się na tym samym piętrze co areszt.

W przedsionku stało sześciu innych mężczyzn o podobnej do Steve'a budowie ciała i w podobnym wieku. Nie odzywali się do niego i unikali jego wzroku. Traktowali go jak przestępcę. Miał ochotę zawołać: Hej, chłopcy, jestem po waszej stronie, nikogo nie zgwałciłem, jestem niewinny.

Musieli wszyscy zdjąć zegarki i biżuterię i włożyć białe papierowe fartuchy na ubrania. Kiedy to robili, do pokoju zajrzał młody facet w garniturze.

– Który z panów jest podejrzany? – zapytał.

– Ja – odparł Steve.

– Nazywani się Lew Tanner, jestem publicznym obrońcą. Mam obowiązek dopilnować, żeby konfrontacja odbyła się we właściwy sposób. Chce pan o coś zapytać?

– Ile będę musiał czekać, żeby potem stąd wyjść?

– Zakładając, że nie zostanie pan wskazany, dwie godziny.