Выбрать главу

– Dwie godziny! – powtórzył z oburzeniem Steve. – Czy będę musiał wracać do tej pieprzonej celi?

– Obawiam się, że tak.

– Jezu Chryste.

– Poproszę, żeby załatwili formalności najszybciej, jak to możliwe – stwierdził Tanner. – Coś jeszcze?

– Nie, dziękuję.

– W porządku – odparł i wyszedł.

Strażnik wprowadził siedmiu mężczyzn na scenę. Na ekranie za ich plecami widniały poziome linie określające wzrost oraz numery miejsc, od jednego do dziesięciu. W oczy świeciły im silne lampy, a scenę oddzielała od reszty pomieszczenia potężna szyba. Mężczyźni mogli jedynie słyszeć, co się za nią dzieje.

Przez chwilę dobiegały ich tylko rozlegające się co jakiś czas ciche głosy i skrzypienie butów. A potem Steve usłyszał łatwe do rozpoznania kobiece kroki. Po sekundzie odezwał się męski głos, brzmiący tak, jakby facet czytał z kartki albo powtarzał wyuczoną formułkę.

– Stoi przed panią siedmiu mężczyzn. Będą pani znani tylko z numeru. Jeśli któryś z nich dopuścił się przestępstwa wobec pani, względnie w pani obecności, proszę, aby wymieniła pani jego numer i tylko numer. Jeśli chce pani, aby któryś z nich się odezwał, proszę podać konkretne słowa, które ma powtórzyć. Jeśli chce pani, żeby się odwrócił albo stanął bokiem, zrobią to wszyscy naraz. Czy rozpoznaje pani wśród stojących tutaj osób mężczyznę, który dopuścił się przestępstwa wobec pani, względnie w pani obecności?

Zapadła cisza. Chociaż Steve był pewien, że nie zostanie wskazany, nerwy miał napięte jak struny od gitary.

– Miał na głowie czapkę – odezwał się cichy kobiecy głos.

Po jego brzmieniu Steve domyślił się, że ofiara jest wykształcona i mniej więcej w jego wieku.

– Mamy na składzie czapki – powiedział mężczyzna. – Chce pani, żeby je włożyli?

– To była czapka baseballowa.

Steve usłyszał w jej głosie napięcie i podenerwowanie, ale również determinację. Nie było tam ani cienia fałszu. Robiła na nim wrażenie kobiety, która powie prawdę nawet w stanie silnego stresu. Poczuł się trochę pewniej.

– Dave, zobacz, czy mamy w szafce czapki baseballowe. Przez kilka chwil nic się nie działo. Steve zgrzytał niecierpliwie zębami.

– Jezu, nie wiedziałem, ile tu mamy skarbów – mruknął Dave. – Okulary, wąsy.

– Nie gadaj tyle – przerwał mu pierwszy mężczyzna. – To oficjalna procedura.

W końcu na scenę wszedł z boku policjant i wręczył wszystkim czapki baseballowe. Włożyli je na głowy i policjant wyszedł.

Po drugiej stronie szyby rozległ się kobiecy płacz. Męski głos powtórzył pytanie, które zadał wcześniej:

– Czy rozpoznaje pani wśród nich mężczyznę, który dopuścił się przestępstwa wobec pani, względnie w pani obecności? Jeśli tak, proszę, aby wymieniła pani jego numer i tylko numer.

– Numer cztery – stwierdziła załamującym się głosem kobieta.

Steve obejrzał się.

Na ekranie za jego plecami widniała duża czwórka.

– Nie! – zawołał. – To niemożliwe! To nie byłem ja!

– Numer cztery, czy słyszałeś? – zapytał męski głos.

– Oczywiście, że słyszałem, ale ja tego nie zrobiłem!

Inni uczestniczący w konfrontacji mężczyźni schodzili już ze sceny.

– Na litość boską! – Steve rozłożył błagalnie ręce, wpatrując się w nieprzezroczystą szybę. – Jak mogła mnie pani wskazać? Nie wiem nawet, jak pani wygląda.

– Niech pani nic nie mówi – odezwał się męski głos. – Dziękujemy bardzo za współpracę. Tędy do wyjścia, proszę.

To jakaś straszna pomyłka, nie rozumiecie tego?! – wrzasnął Steve.

Na scenie pojawił się strażnik Spike.

– Skończone, synu, możemy iść – oświadczył.

Steve zmierzył go wzrokiem. Miał ochotę wbić temu kurduplowi zęby do gardła.

Spike zauważył to spojrzenie i stwardniał mu wzrok.

– Tylko bez numerów – oznajmił. – Nie masz stąd gdzie uciec.

Jego palce zacisnęły się pod łokciem Steve'a niczym stalowe imadło. Nie było sensu protestować.

Steve poczuł się tak, jakby ktoś zdzielił go z tyłu pałką. To wszystko działo się zbyt szybko. Opadły mu ramiona i czuł, jak ogarnia go bezsilna furia.

– Jak to się mogło stać? – jęknął. – Jak to się mogło stać?

12

– Tato? – powtórzył Berrington.

Jeannie miała ochotę odgryźć sobie język. To była najgłupsza rzecz, jaką mogła powiedzieć: „Kiedy wyszedłeś z więzienia, tato?” Nie dalej jak przed kilkoma minutami Berrington określił ludzi siedzących za kratkami jako mierzwę tej ziemi.

Była zdruzgotana. Nie dosyć, że Berrington dowiedział się, że jej ojciec jest profesjonalnym włamywaczem, to jeszcze osobiście go spotkał. Twarz taty była pokiereszowana po jakimś upadku i pokrywał ją kilkudniowy zarost. Miał brudne ubranie i śmierdział jak cap. Było jej tak wstyd, że nie miała odwagi spojrzeć Berringtonowi w oczy.

Dawniej, wiele lat temu, wcale się go nie wstydziła. Wprost przeciwnie: ojcowie koleżanek wydawali się przy nim nudni i nieciekawi. Był przystojny, uwielbiał zabawę i pojawiał się w domu w nowym garniturze, z kieszeniami pełnymi pieniędzmi. Zabierał je do kina, fundował nowe stroje i lodowe puchary, a mama kupowała sobie elegancką wieczorową suknię i rozpoczynała dietę. Jednak po pewnym czasie ojciec z powrotem znikał i mniej więcej w wieku dziewięciu lat Jeannie dowiedziała się dlaczego. Powiedziała jej o tym Tammy Fontaine. Nigdy nie zapomniała tej rozmowy.

– Masz okropną sukienkę – stwierdziła Tammy.

– Masz okropny nos – odparła bez zastanowienia Jeannie i inne dziewczynki wybuchnęły śmiechem.

– Twoja mama kupuje ci stroje, które są naprawdę paskudne.

– A twoja mama jest gruba.

– Twój tato siedzi w ciupie.

– Nie siedzi.

– Siedzi.

– Nie siedzi.

– Słyszałam, jak mój tato mówił to mojej mamie. Czytał gazetę. „Widzę, że stary Pete Ferrami trafił z powrotem za kratki”, powiedział.

– Kłamczucha, kłamczucha – zawołała Jeannie, ale w głębi serca wiedziała, że Tammy mówi prawdę. To wyjaśniało wszystko: nagłe bogactwo, równie nagłe rozstania i długą nieobecność.

Jeannie nigdy już nie wdawała się w szkolne kłótnie. Każdy mógł zamknąć jej usta, napomykając o ojcu. W wieku dziewięciu lat wydawało jej się to trwałym kalectwem. Kiedy tylko komuś zginęło coś w szatni, miała wrażenie, że wszyscy patrzą się podejrzliwie w jej stronę. Nigdy nie pozbyła się poczucia winy. Jeśli jakaś kobieta zajrzała przy niej do torebki i stwierdziła: „Do licha, wydawało mi się, że mam dziesięć dolców”, Jeannie oblewała się rumieńcem. Stała się obsesyjnie uczciwa: szła z powrotem całą milę, żeby oddać tani długopis, bojąc się, że jeśli go zatrzyma, pomyślą, że jest złodziejką jak ojciec.

A teraz ten sam ojciec stał przed jej szefem, brudny, nie ogolony i prawdopodobnie bez grosza przy duszy.

To jest profesor Berrington – powiedziała. – Berry, poznaj mojego ojca, Pete'a Ferrami.

Berrington podał łaskawie rękę tacie.

– Miło pana poznać, panie Ferrami – oznajmił. – Pana córka to wyjątkowa kobieta.

– Święta prawda – odparł z uśmiechem zadowolenia tato.

– Cóż, Berry, znasz teraz rodzinną tajemnicę – stwierdziła z rezygnacją. – Tato wylądował po raz trzeci za kratkami w dniu, kiedy ukończyłam z wyróżnieniem Princeton. Spędził w więzieniu ostatnie osiem lat.

– Mogłem dostać piętnaście – wyjaśnił z dumą tato. – Mieliśmy przy sobie broń.

– Dziękuję, że o tym wspomniałeś, tato. Z pewnością wywrze to wielkie wrażenie na moim szefie.

Ojciec przybrał zbolałą, zakłopotaną minę i chociaż była wściekła, zrobiło jej się go żal. Jego słabość bolała ją tak samo jak całą rodzinę. Pete Ferrami był jedną z pomyłek natury. Fenomenalny system, który reprodukował ludzką rasę – niebywale skomplikowany mechanizm DNA, który badała – zaprogramowany był tak, by uczynić każdego osobnika trochę innym. Przypominało to fotokopiarkę z wbudowaną tendencją do popełniania błędów. Czasami wyniki były wspaniałe: Einstein, Louis Armstrong, Andrew Carnegie. Czasami otrzymywało się Pete'a Ferrami.