Выбрать главу

Musiała się pozbyć szybko Berringtona.

– Jeśli chcesz zadzwonić, Berry, możesz skorzystać z aparatu w sypialni.

– To może poczekać – mruknął.

Dzięki Bogu i za to.

– Cóż, w takim razie dziękuję ci za wspaniały wieczór – powiedziała, podając mu rękę.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Uścisnął niezgrabnie jej dłoń i wyszedł.

Jeannie odwróciła się do ojca.

– Co się stało?

– Skrócili mi wyrok za dobre zachowanie. Jestem wolny. I naturalnie pierwsze kroki po wyjściu z paki skierowałem do mojej córuchny.

– Zaraz po tym, jak wytrzeźwiałeś po trzydniowej balandze.

Bezczelność, z jaką ją okłamywał, była obraźliwa. Czuła, jak wzbiera w niej stary gniew. Dlaczego nie mogła mieć ojca takiego jak inni ludzie?

– Nie bądź taka zła – powiedział.

Irytacja ustąpiła miejsca smutkowi. Nigdy nie miała prawdziwego ojca i nigdy już nie będzie go mieć.

– Daj mi tę butelkę – mruknęła. – Zrobię kawę.

Oddał jej niechętnie wódkę, którą włożyła z powrotem do zamrażarki. Nalała wody do ekspresu i włączyła go.

– Postarzałaś się – stwierdził. – Widzę, że masz siwe włosy.

– Jesteś naprawdę bardzo miły.

Wyjęła z szafki kubki, mleko i cukier.

– Twoja matka też wcześnie osiwiała.

– Zawsze wydawało mi się, że to z twojego powodu.

– Byłem w jej mieszkaniu – odparł z lekką pretensją w głosie. – Już tam nie mieszka.

– Jest teraz w Bella Vista.

To samo powiedziała mi jej sąsiadka, pani Mendoza. Dała mi twój adres. Nie podoba mi się, że twoja matka jest w takim miejscu.

– Więc ją stamtąd zabierz! – zawołała. – Wciąż jest twoją żoną. Znajdź sobie jakąś pracę, wynajmij przyzwoite mieszkanie i zacznij się nią opiekować.

– Wiesz, że nie potrafię tego zrobić. Nigdy nie potrafiłem.

– Więc nie miej pretensji, że ja tego nie robię.

– Ja wcale nie mam do ciebie pretensji, kochanie – stwierdził niemal płaczliwie. – Powiedziałem tylko, że nie podoba mi się, iż twoja matka jest w przytułku, to wszystko.

– Mnie i Patty też się to nie podoba. Próbujemy zebrać trochę grosza, żeby ją stamtąd zabrać. – Jeannie poczuła, jak ściska ją za gardło żal, i z trudem powstrzymała łzy. – Do diabła, tato, jest nam dość ciężko i bez twojego narzekania.

– Już dobrze, już dobrze – odparł.

Jeannie przełknęła ślinę. Nie mogę pozwolić, żeby tak mnie wyprowadzał z równowagi, pomyślała.

– Co zamierzasz teraz robić? – zapytała, zmieniając temat. – Masz jakieś plany?

– Chcę się trochę rozejrzeć.

Miał na myśli, że musi poszukać miejsca, które nadaje się na skok. Jeannie nie odpowiedziała. Był złodziejem i nie mogła tego zmienić.

Ojciec odchrząknął.

– Może dałabyś mi kilka dolców na dobry początek – poprosił.

To znowu ją rozwścieczyło.

Powiem ci, co mam zamiar zrobić – oznajmiła lodowatym tonem. – Pozwolę ci wziąć prysznic i ogolić się i wrzucę twoje ciuchy do pralki. Jeśli będziesz się trzymał z daleka od tej butelki, zrobię ci jajecznicę na grzance. Możesz pożyczyć ode mnie piżamę i przespać się na kanapie. Ale nie dam ci ani grosza. Staram się rozpaczliwie znaleźć jakieś pieniądze, żeby móc przenieść mamę tam, gdzie traktowaliby ją jak ludzką istotę, i nie mam ani jednego dolara na zbyciu.

– Dobrze, złotko – odparł, przybierając pozę męczennika. – Rozumiem.

Przyjrzała mu się. Teraz, kiedy opadła w niej fala wstydu, gniewu i żalu, zostało wyłącznie współczucie. Pragnęła z całego serca, żeby mógł wziąć się w garść, pomieszkać w jednym miejscu dłużej niż kilka tygodni, dostać normalną pracę, żeby mógł być kochającym, wspierającym ją, solidnym rodzicem. Chciała mieć ojca, który byłby ojcem. I wiedziała, że jej pragnienie nigdy, ale to nigdy się nie spełni. Zarezerwowane dla ojca miejsce w jej sercu na zawsze miało pozostać puste.

Zabrzęczał telefon.

– Halo? – powiedziała, podnosząc słuchawkę.

Dzwoniła Lisa, wydawała się zdenerwowana.

To był on, Jeannie – oznajmiła.

– Kto? Co?

– Ten facet, którego z tobą aresztowali. Wskazałam go podczas konfrontacji. To on mnie zgwałcił. Steven Logan.

– On jest tym gwałcicielem? Jesteś pewna?

– Nie mam żadnych wątpliwości. O Boże, kiedy zobaczyłam znowu jego twarz, to było straszne. Z początku nic nie mówiłam, bo wyglądał inaczej bez czapki. Ale potem policjant kazał włożyć wszystkim czapki baseballowe i poznałam go.

– Lisa, to nie może być on.

– Jak to?

– Wyniki badań wcale na to nie wskazują. I spędziłam z nim trochę czasu. Czuję to.

– Ale ja go rozpoznałam. – W głosie Lisy zabrzmiała irytacja.

– Jestem zdumiona. Nie potrafię tego zrozumieć.

– To psuje twoją teorię. Chciałaś, żeby jeden bliźniak był dobry, a drugi zły.

Tak. Ale jeden wyjątek nie obala całej teorii.

– Przykro mi, jeśli to stawia pod znakiem zapytania twój projekt.

To nie jest powód, dla którego twierdzę, że to nie on. – Jeannie westchnęła. – A może masz rację. Sama już nie wiem. Gdzie jesteś?

– W domu.

– Dobrze się czujesz?

Tak, teraz, kiedy zamknęli go w pudle, czuję się o wiele lepiej.

– Wydawał się taki miły.

– Tacy są najgorsi, powiedziała Mish. Ci, którzy sprawiają wrażenie zupełnie normalnych, są najsprytniejsi i najbardziej bezwzględni. Lubią zadawać cierpienie.

– Mój Boże…

– Idę do łóżka. Jestem wykończona. Chciałam ci tylko powiedzieć. Jak ci się udał wieczór?

Tak sobie. Opowiem ci jutro.

– Chcę jechać z tobą do Richmond.

Jeannie miała zamiar zabrać Lisę, żeby pomogła jej przeprowadzić wywiad z Dennisem Pinkerem.

– Czujesz się na siłach?

– Tak, naprawdę chcę prowadzić dalej normalne życie. Nie jestem chora, nie muszę się kurować.

– Dennis Pinker jest prawdopodobnie sobowtórem Steve'a Logana.

– Wiem. Jakoś to zniosę.

– Skoro jesteś taka pewna…

– Zadzwonię do ciebie rano.

– Dobrze. Dobranoc.

Jeannie usiadła ciężko na kanapie. Czy ujmująca powierzchowność Stevena była tylko maską? Jeśli to prawda, nie znam się zbyt dobrze na ludziach, pomyślała. I jestem być może marnym naukowcem. Możliwe, że wszystkie jednojajowe bliźnięta okażą się kryminalistami. Westchnęła.

Jej własny kryminalny przodek usiadł obok niej.

– Ten profesor wydawał się całkiem miły, ale jest chyba starszy ode mnie! – stwierdził. – Masz z nim romans, czy co?

Jeannie zmarszczyła nos.

– Łazienka jest tam, tato – powiedziała.

13

Steve wrócił do pokoju z żółtymi ścianami. W popielniczce wciąż leżały te same dwa niedopałki. Pokój się nie zmienił, ale on tak. Trzy godziny wcześniej był porządnym obywatelem, którego największą zbrodnią była jazda z szybkością sześćdziesięciu mil tam, gdzie obowiązywał limit pięćdziesięciu pięciu. Teraz był gwałcicielem, aresztowanym, rozpoznanym i oskarżonym. Znalazł się w trybach machiny sprawiedliwości. Był przestępcą. Bez względu na to, jak często powtarzał sobie, że jest niewinny, nie mógł wyzbyć się poczucia bezwartościowości i hańby.