Выбрать главу

Miała trudności ze skupieniem się na prostych pytaniach. Myślą wracała stale do siedzącego w areszcie Stevena. Nie potrafiła uwierzyć, że dokonał gwałtu. Nie dlatego, że podważyłoby to jej teorię. Polubiła go: sprawiał wrażenie bystrego, ujmującego i miłego. Był również wrażliwy: jego zmieszanie i przygnębienie na wieść o tym, że ma brata psychopatę, sprawiły, że chciała objąć go ramieniem i pocieszyć.

Gdy zapytała Charlotte, czy inni członkowie jej rodziny mieli kiedyś kłopoty z prawem, ta zmierzyła ją władczym spojrzeniem.

– Wszyscy mężczyźni w naszej rodzinie byli zawsze strasznie porywczy – oświadczyła, wciągając powietrze przez rozszerzone nozdrza. – Z domu jestem Marlowe, a to gorąca krew.

Wynikało z tego, że Dennis nie był adoptowany albo że jego adopcja jest trzymana w tajemnicy. Jeannie starała się ukryć rozczarowanie. Czy Charlotte zaprzeczy, że Dennis może być bliźniakiem?

Pytanie trzeba było zadać.

– Pani Pinker, czy jest możliwe, że Dennis mógł mieć brata bliźniaka?

– Nie.

Odpowiedź była prosta: żadnego oburzenia, żadnego zmieszania, zwykłe stwierdzenie faktu.

– Jest pani pewna?

Charlotte roześmiała się.

– Moja droga, to jedna z niewielu rzeczy, co do których matka raczej nie może się mylić.

– Na pewno nie jest adoptowany?

– Nosiłam tego chłopca w moim łonie, niechaj mi Bóg wybaczy.

Jeannie nie wiedziała, co o tym sądzić. Charlotte Pinker była bardziej skłonna do mijania się z prawdą niż Lorraine Logan, ale to, iż obie stanowczo zaprzeczały, że ich synowie są bliźniakami, wydawało się dziwne i niepokojące.

Kiedy wychodziły od Pinkerów, ogarnął ją pesymizm. Obawiała się, że Dennis będzie wyglądał zupełnie inaczej niż Steve.

Przed domem stał ich wynajęty ford aspire. Dzień był gorący. Jeannie ubrana była w sukienkę bez rękawów i żakiet, który włożyła, żeby dodać sobie powagi. Klimatyzator w fordzie zakwękał i zaczął pompować do środka letnie powietrze. Jeannie zdjęła rajstopy i powiesiła żakiet na tylnym wieszaku.

– Naprawdę wkurza mnie to, że twoim zdaniem wskazałam niewłaściwego faceta – oświadczyła Lisa, kiedy wyjechały na autostradę, kierując się w stronę więzienia.

– Mnie też nie daje to spokoju – odparła Jeannie. – Wiem, że nie zrobiłabyś tego, gdybyś nie miała pewności.

– Jak możesz być tak przeświadczona o tym, że nie mam racji?

– Nie jestem o niczym przeświadczona. Mam po prostu głębokie przekonanie, że to nie mógł być Steve Logan.

– Wydaje mi się, że mając do wyboru głębokie przekonanie i zeznanie naocznego świadka, powinnaś wybrać świadka.

– Wiem. Ale czy widziałaś kiedyś ten program Alfreda Hitchcocka? Ten czarno-biały, powtarzają go czasami na kablówce.

Tak, widziałam. To ten program, gdzie cztery osoby oglądają na własne oczy ten sam wypadek drogowy i każda z nich dostrzega co innego.

– Jesteś obrażona?

Lisa westchnęła.

– Chyba powinnam, ale za bardzo cię lubię, żeby się wściekać.

Jeannie wyciągnęła rękę i uścisnęła jej dłoń.

– Dzięki.

Zapadło długie milczenie.

– Denerwuje mnie, kiedy ludzie myślą, że jestem słaba – odezwała się w końcu Lisa.

Jeannie zmarszczyła brwi.

– Ja wcale tak nie myślę.

– Ale większość ludzi tak właśnie uważa. Dlatego, że jestem nieduża, mam mały zadarty nos i piegi.

– To prawda, że nie wyglądasz na ostrą babkę.

– A jednak nią jestem. Mieszkam sama, potrafię o siebie zadbać, mam niezłą robotę i nikt nie może mi podskoczyć. Tak przynajmniej mi się zdawało do tej niedzieli. Teraz myślę, że ludzie mają jednak rację: jestem słaba. W ogóle nie potrafię się obronić! Każdy psychopata chodzący po ulicy może mnie złapać, przystawić nóż do twarzy, zrobić co chce z moim ciałem i zostawić we mnie swoją spermę.

Jeannie zerknęła na pobladłą z emocji Lisę. Miała nadzieję, że wyrzucenie z siebie tego wszystkiego dobrze jej zrobi.

– Nie jesteś słaba – powiedziała.

– Ty jesteś mocna – stwierdziła Lisa.

– Ja mam odwrotny problem: ludzie myślą, że jestem niewrażliwa. Ponieważ mam sześć stóp wzrostu, kolczyk w nosie i złe maniery, uważają, że nie sposób mnie zranić.

– Nie masz wcale złych manier.

– Chyba żartujesz.

– Kto uważa, że jesteś niewrażliwa? Ja nie.

– Kobieta, która prowadzi Bella Vista, dom opieki, w którym jest moja mama. „Pani matka nie dożyje sześćdziesiątego piątego roku życia”, oznajmiła mi prosto z mostu. To, że mam kolczyk w nosie, chciałam jej powiedzieć, nie oznacza jeszcze, że jestem pozbawiona ludzkich uczuć.

– Mish Delaware mówi, że tak naprawdę gwałciciela wcale nie interesuje seks. Najbardziej lubi mieć władzę nad kobietą, dominować, budzić w niej strach i zadawać cierpienie. Wybiera osobę, którą jego zdaniem można łatwo nastraszyć.

– Kto nie byłby przestraszony na twoim miejscu?

– Ale ciebie nie wybrał. Ty byś mu pewnie przywaliła.

– Bardzo bym chciała.

– Tak czy owak, broniłabyś się bardziej zdecydowanie ode mnie. Nie byłabyś taka bezradna i przerażona. Dlatego cię nie wybrał.

Jeannie domyśliła się, do czego to wszystko zmierza.

– Może to i prawda, Liso, ale to wcale nie znaczy, że jest w tym choć trochę twojej winy. Nie możesz mieć do siebie pretensji. Znalazłaś się po prostu w rozbitym pociągu; to mogło się przytrafić każdemu.

– Masz rację – przyznała Lisa.

Dziesięć mil za miastem zjechały z autostrady przy znaku prowadzącym do zakładu karnego Greenwood. Więzienie było tradycyjne: kompleks szarych budynków i wysokie mury zwieńczone drutem kolczastym. Zaparkowały samochód w cieniu drzewa. Jeannie włożyła z powrotem żakiet, ale rajstopy zostawiła w fordzie.

– Jesteś gotowa? – zapytała. – Dennis będzie wyglądał dokładnie jak facet, który cię zgwałcił, chyba że moja metodologia jest zupełnie do dupy.

Lisa pokiwała ponuro głową.

– Jestem gotowa.

Główna brama otworzyła się, żeby wpuścić dostawczą ciężarówkę, i przez nikogo nie niepokojone weszły do środka. Mimo drutu kolczastego, pomyślała Jeannie, nie przestrzegano tutaj zbyt rygorystycznie zasad bezpieczeństwa. Były oczekiwane. Strażnik sprawdził ich tożsamość i poprowadził przez spalony przez słońce dziedziniec, na którym kilku czarnych młodzieńców w więziennych drelichach rzucało piłkę do kosza.

W budynku administracji działała klimatyzacja. Jeannie i Lisa weszły do gabinetu dyrektora, Johna Temoigne'a. Miał na sobie koszulę z krótkim rękawem i krawat, w popielniczce tkwiły niedopałki cygar.

– Jestem doktor Jean Ferrami z Uniwersytetu Jonesa Fallsa – przedstawiła się Jeannie, podając mu rękę.

– Cześć, Jean.

Temoigne należał najwyraźniej do mężczyzn, którzy nie potrafią odezwać się do kobiety po nazwisku.

– A to moja asystentka, pani Hoxton – dodała Jeannie, celowo nie wymieniając imienia Lisy.

– Cześć, złotko.

– Napisałam panu, na czym polega nasza praca, ale jeśli ma pan jakieś pytania, z przyjemnością na nie odpowiem. – Musiała zamienić z nim kilka słów, mimo że nie mogła się wprost doczekać, żeby rzucić okiem na Dennisa Pinkera.

Musi pani pamiętać, że Pinker jest agresywnym i niebezpiecznym osobnikiem – oświadczył Temoigne. – Zna pani szczegóły jego zbrodni?

– Próbował podobno zgwałcić kobietę w kinie i zabił ją, kiedy mu się opierała.

– Jest pani blisko. Było to w starym kinie Eldorado w Greensburgu. Puszczali jakiś horror. Pinker zszedł do piwnicy i wyłączył dopływ prądu. A potem, kiedy zapadła ciemność i wszyscy wpadli w panikę, zaczął obmacywać dziewczyny.