– Ile masz pieniędzy? – zapytała.
– Mówiłem ci już, nie mam ani grosza – odparł markotnie.
– Ja też. W takim razie nie możemy zjeść na mieście.
Otworzyła lodówkę. Miała sałatę, świeży kaczan kukurydzy, cytrynę, paczkę baranich kotletów, jeden pomidor i do połowy puste pudełko ryżu Uncle Ben. Wyjęła to wszystko i postawiła na blacie.
– Powiem ci, co zrobimy – oznajmiła. – Zjemy świeżą kukurydzę z masłem na przystawkę, kotlety baranie z sałatką i ryżem na drugie danie i lody na deser.
– Wspaniale!
– Przygotujesz to, kiedy mnie nie będzie.
Ojciec wstał z fotela i przyjrzał się leżącemu na blacie jedzeniu.
Jeannie wzięła do ręki teczkę.
– Wrócę po dziesiątej.
– Nie wiem, co z tym zrobić! – zawołał, dotykając kaczana kukurydzy.
Jeannie zdjęła z półki nad lodówką Książkę kucharską na cały rok, wydaną przez Reader's Digest.
– Poczytaj sobie – powiedziała, po czym pocałowała go w policzek i wyszła.
Wsiadając do samochodu miała nadzieję, że nie potraktowała go zbyt okrutnie. Należał do starszego pokolenia, za jego czasów wyglądało to inaczej. Nie mogła jednak zostać jego gosposią, gdyby nawet chciała: musiała pracować. Pozwalając mu u siebie mieszkać i tak zrobiła już dla niego więcej, niż on zrobił dla niej przez całe życie. Mimo to żałowała, że nie rozstali się w bardziej sympatyczny sposób. Nie był może najlepszy, ale to jedyny ojciec, jakiego miała.
Zostawiła samochód w piętrowym garażu i ruszyła przez dzielnicę czerwonych świateł w stronę budynku komendy. W reprezentacyjnym hallu wejściowym stały marmurowe ławy; malowidła na ścianach przedstawiały sceny z historii Baltimore. Powiedziała recepcjonistce, że przyszła odwiedzić Stevena Logana, który przebywa w areszcie. Obawiała się, że nie wpuszczą jej tak łatwo, po kilku minutach pojawiła się jednak młoda kobieta w mundurze i poszła z nią do windy.
Zaprowadzono ją do pokoju wielkości garderoby. W jednej ze ścian znajdowało się małe okienko, pod nim panel dźwiękowy. Po drugiej stronie zobaczyła taką samą klitkę. Nie sposób było przekazać żadnego przedmiotu z jednego do drugiego pomieszczenia, nie wybijając przy tym dziury w ścianie.
Jeannie wlepiła wzrok w szybę. Po kolejnych paru minutach wprowadzono Stevena. Kiedy wchodził, zobaczyła, że założyli mu kajdanki i łańcuchy na nogi niczym groźnemu przestępcy. Podszedł do okienka i zmrużył oczy. Kiedy ją rozpoznał, twarz rozjaśniła mu się w uśmiechu.
– Co za przyjemna niespodzianka! – stwierdził. – Prawdę mówiąc, to jedyna miła rzecz, która mi się dzisiaj przydarzyła.
Mimo wesołego tonu wyglądał okropnie: był napięty i zmęczony.
– Jak się czujesz?
– Nie najlepiej. Wsadzili mnie do jednej celi z mordercą, który ma kaca po cracku. Boję się zasnąć.
Zrobiło jej się go strasznie żal. Powtarzała sobie, że ten chłopak zgwałcił podobno Lisę. Ale nie mogła w to uwierzyć.
– Jak długo możesz tu zostać?
– Jutro mam przesłuchanie w sprawie kaucji. Jeśli sędzia jej nie wyznaczy, mogę tu siedzieć aż do czasu, kiedy przyjdą wyniki badań DNA. Trwa to podobno trzy dni.
Wzmianka o DNA przypomniała jej o powodzie wizyty.
– Widziałam dzisiaj twojego brata.
– I co?
– Nie ma wątpliwości. Jest twoim sobowtórem.
– Może to on zgwałcił Lisę Hoxton.
Jeannie potrząsnęła głową.
– Mógłby to zrobić, gdyby uciekł w niedzielę z więzienia. Ale on wciąż siedzi za kratkami.
– Nie sądzisz, że mógł ją zgwałcić i wrócić? Żeby mieć żelazne alibi?
– Mało prawdopodobne. Gdyby Dennis wydostał się z więzienia, nic nie zmusiłoby go do powrotu.
– Chyba masz rację – stwierdził ponuro Steve.
– Chciałam ci zadać kilka pytań.
– Strzelaj.
– Muszę jeszcze raz zapytać o twoją datę urodzenia.
– Dwudziesty piąty sierpnia.
Zgadzało się to z tym, co miała w dokumentach. Może zapisała błędnie datę urodzenia Dennisa.
– Wiesz, gdzie się urodziłeś?
Tak. Tato stacjonował wtedy w Fort Lee, w Wirginii, i urodziłem się w tamtejszym szpitalu wojskowym.
– Jesteś tego pewien?
– Najzupełniej. Mama opisała to w swojej książce Mam dziecko.
Steven zmrużył oczy w sposób, który już kilkakrotnie u niego zaobserwowała. Domyśliła się, że stara się odgadnąć jej myśli.
– Gdzie urodził się Dennis? – zapytał.
– Jeszcze nie wiem.
– Ale mamy tę samą datę urodzenia?
– Niestety, Dennis podaje, że urodził się siódmego września. To może być błąd. Zamierzam to jeszcze raz sprawdzić. Zadzwonię do jego matki, kiedy tylko wrócę do laboratorium. Rozmawiałeś już ze swoimi rodzicami?
– Nie.
– Chcesz, żebym do nich zadzwoniła?
– Nie! Proszę, nie rób tego. Nie chcę, żeby o czymkolwiek wiedzieli, dopóki nie oczyszczą mnie z zarzutów.
Jeannie zmarszczyła brwi.
– Z tego, co opowiadałeś, wynika, że mógłbyś na nich liczyć.
– Na pewno. Nie chcę jednak ich narażać na to wszystko.
– Nie wątpię, że to byłoby dla nich bolesne. Ale może woleliby o tym wiedzieć. Mogliby ci pomóc.
– Nie, proszę, nie dzwoń do nich.
Jeannie wzruszyła ramionami. Czuła, że jest coś, o czym nie chce jej powiedzieć. Lecz to była jego decyzja.
– Jak on wygląda?
– Dennis? Zewnętrznie do złudzenia cię przypomina.
– Czy ma długie włosy, wąsy, brud za paznokciami, krosty na twarzy?
– Włosy ma obcięte krótko, dokładnie tak jak ty, nie ma zarostu i brudu za paznokciami, jest czysty. Można by go wziąć za ciebie.
– Jezu. – Na Stevenie wywarło to duże wrażenie.
– Różnica leży w jego zachowaniu. Nie bardzo wie, jak odnosić się do reszty ludzkiej rasy.
– To bardzo dziwne.
– Nie sądzę. W gruncie rzeczy potwierdza to moją teorię. Byliście obaj, jak ja to nazywam, dzikimi dziećmi. Zaczerpnęłam to określenie z pewnego francuskiego filmu. Określam nim dzieci, które są bardzo aktywne i odważne i nie dają się kontrolować. Takie dzieci bardzo trudno przyswajają sobie reguły społecznej gry. Charlotte Pinker i jej mężowi nie udało się to z Dennisem. Twoi rodzice odnieśli sukces.
Stevena zbytnio to nie pocieszyło.
– Mimo to pod spodem ja i Dennis jesteśmy tacy sami – stwierdził.
– Obaj urodziliście się dzicy.
– Ale mnie się udało trochę ucywilizować.
Widziała, że jest głęboko zaniepokojony.
– Dlaczego tak to cię dręczy?
– Wolę uważać się za istotę ludzką, a nie oswojonego goryla.
Nie zważając na jego poważną minę, wybuchnęła śmiechem.
– Goryle też muszą się przystosować społecznie. Podobnie jak wszystkie zwierzęta, które żyją w grupie. Stąd właśnie wywodzą się zachowania przestępcze.
Steven najwyraźniej się zainteresował.
– Z życia w grupie?
– Oczywiście. Zbrodnia jest złamaniem ważnej społecznej reguły. Samotne zwierzęta nie mają żadnych reguł. Niedźwiedź niszczy jamę innego niedźwiedzia, kradnie jego jedzenie i zabija młode. Wilki tego nie robią; gdyby tak się zachowywały, nie mogłyby żyć w stadzie. Są monogamiczne, troszczą się o cudze potomstwo i szanują osobistą przestrzeń innych. Jeśli któryś z nich łamie zasady, spotyka go kara; jeśli robi to dalej, zabijają go albo wyrzucają ze stada.
– A jak ma się do tego łamanie mniej ważnych społecznych reguł?
– Na przykład puszczanie bąków w windzie? Nazywamy to złymi manierami. Jedyną karę stanowi dezaprobata innych. Zdumiewające, jak bardzo jest skuteczna.
– Dlaczego tak cię interesują ludzie, którzy łamią reguły?