Выбрать главу

Rektor często miał zatroskaną minę. Żeby uniwersytet mógł normalnie funkcjonować, musiał zebrać dziesięć milionów od korporacji i prywatnych sponsorów i jak ognia bał się złej prasy.

Odwrócił fotel i podjechał do biurka.

– Powiedziała, że przygotowują duży materiał na temat etyki naukowej. Nie mogę pozwolić, żeby przytoczyli JFU jako przykład uczelni, w której dochodzi do wypadków jej pogwałcenia. Połowa naszych sponsorów weźmie nogi za pas. Musimy z tym coś zrobić.

– Co to za facetka?

Maurice zajrzał do notesu.

– Naomi Freelander. Szefowa działu etyki. Wiedziałeś, że w gazetach mają teraz dział etyki? Ja nie.

– Nie dziwi mnie, że mają go w „New York Timesie”.

– Co nie przeszkadza, że zachowują się jak gestapowcy. Powiedziała, że artykuł miał się ukazać już wcześniej, ale wczoraj dostali cynk na temat tej twojej Ferrami.

– Zastanawiam się, kto doniósł – powiedział Berrington.

– Zawsze znajdzie się jakaś świnia.

– Chyba masz rację. Maurice westchnął.

– Powiedz, że to nieprawda, Berry. Powiedz, że ona nie narusza dóbr osobistych swoich badanych.

Berrington założył nogę na nogę, udając że jest na luzie, podczas gdy w rzeczywistości był napięty jak struna.

– Nie sądzę, żeby robiła coś złego – odparł. – Przeszukuje bazy danych i odnajduje ludzi, którzy nie wiedzą, że są bliźniakami. W gruncie rzeczy to bardzo sprytne…

– Przegląda dane medyczne ludzi bez ich zgody? Berrington udawał, że odpowiedź nie przychodzi mu łatwo.

– Można tak powiedzieć…

– W takim razie musi przestać to robić.

– Problem polega na tym, że ona naprawdę potrzebuje tych danych.

– Może zaproponujemy jej jakąś rekompensatę?

Berringtonowi nie przyszło do głowy, żeby ją przekupić.

Wątpił, żeby to się udało, ale nie zaszkodziło spróbować.

– Czy ma stały etat?

– Przyjęliśmy ją w tym semestrze, na razie na stanowisko asystenta. Umowę na stały etat podpisze najwcześniej za sześć lat. Ale możemy dać jej podwyżkę. Wiem, że potrzebuje pieniędzy, powiedziała mi.

– Ile teraz zarabia?

– Trzydzieści tysięcy rocznie.

– Ile twoim zdaniem możemy jej zaoferować?

– To musi być poważna suma. Osiem, może dziesięć tysięcy.

– Czy mamy na to fundusze?

Berrington uśmiechnął się.

– Sądzę, że uda mi się przekonać Genetico.

– W takim razie tak właśnie postąpimy. Zadzwoń do niej, Berry. Jeśli jest u siebie, każ jej natychmiast przyjść. Załatwimy to, zanim ponownie zgłosi się do nas policja etyczna.

Berrington wystukał numer gabinetu Jeannie. Poniosła słuchawkę prawie natychmiast.

– Jeannie Ferrami.

– Tu Berrington.

– Dzień dobry – odparła ostrożnie. Czyżby wyczuła, że chciał się z nią przespać w poniedziałek wieczorem? Może zastanawiała się, czy nie chce spróbować ponownie. A może wiedziała już o problemach z „New York Timesem”.

– Czy możemy się zaraz zobaczyć?

– W twoim gabinecie?

– Jestem u doktora Obella w Hillside Hall.

Usłyszał w słuchawce głośne westchnienie.

– Chodzi o tę facetkę, Naomi Freelander?

– Tak.

– Sam wiesz, że to kompletna bzdura.

– Wiem, ale musimy jakoś zareagować.

– Już idę.

Berrington odłożył słuchawkę.

– Zaraz tu będzie – poinformował Maurice'a. – „New York Times” chyba się z nią kontaktował.

Następne kilka minut było najważniejsze. Jeśli Jeannie będzie się umiejętnie bronić, Maurice może zmienić swoją strategię. Berrington musiał wspierać go w jego decyzji, nie okazując zarazem wrogości Jeannie. Była impulsywną, pewną siebie dziewczyną, nie szukającą ugody, zwłaszcza gdy uważała, że ma rację. Najprawdopodobniej nastawi do siebie wrogo Maurice'a bez żadnej pomocy ze strony Berringtona. Na wypadek jednak, gdyby okazała się wyjątkowo słodka i przekonująca, potrzebny był plan awaryjny. Zaświtała mu nagle pewna myśl.

– Czekając na nią, moglibyśmy sporządzić szkic oświadczenia dla prasy – powiedział.

– Świetny pomysł.

Berrington wyciągnął blok i zaczął pisać. To musiało być coś, na co Jeannie w żadnym wypadku się nie zgodzi, coś, co zrani ją do żywego i doprowadzi do pasji. Napisał, że Uniwersytet Jonesa Fallsa przyznaje się do popełnienia błędu. Uczelnia przeprasza wszystkich, których prywatność została naruszona, i oświadcza, że program komputerowy, o którym mowa, został od dzisiaj wycofany z użytku.

Oddał szkic sekretarce Maurice'a i poprosił, żeby go zaraz wydrukowała.

Jeannie pojawiła się, kipiąc z gniewu. Ubrana była w obszerny szmaragdowozielony podkoszulek, obcisłe czarne dżinsy i buty, które zanim ogłoszono ostatnim krzykiem mody, określało się mianem roboczego obuwia. W nosie miała srebrny kolczyk, gęste ciemne włosy związała na karku. Berringtonowi podobał się nawet ten styl, nie sądził jednak, by wywarła dobre wrażenie na rektorze uniwersytetu. Z pewnością widział w niej nieodpowiedzialną młodą asystentkę, która może narazić na kłopoty całą uczelnię.

Obell poprosił ją, żeby usiadła i poinformował o telefonie z gazety. Zachowywał się sztywno. Ten człowiek czuje się dobrze w towarzystwie dojrzałych mężczyzn, pomyślał Berrington; młoda kobieta w obcisłych dżinsach jest dla niego kimś obcym.

– Ta sama facetka zatelefonowała wczoraj do mnie – oznajmiła poirytowanym tonem Jeannie. – To śmieszne.

– Ale ma pani dostęp do danych medycznych – stwierdził Maurice.

– Ja nie przeglądam danych, robi to komputer. Żaden człowiek nie widzi żadnych informacji medycznych. Mój program podaje listę nazwisk i adresów, zgrupowanych w pary.

– Mimo to…

– Nie robimy potem nic, nie zapytawszy wpierw potencjalnego badanego o zgodę. Dopóki nie zgodzą się poddać u nas badaniom, nie mówimy im nawet o tym, że są bliźniakami. Czyją prywatność się tutaj narusza?

– Mówiłem ci, Maurice – wtrącił Berrington udając, że ją popiera. – W „Timesie” źle to zrozumieli.

– Oni patrzą na to z innej strony. A ja muszę myśleć o reputacji uniwersytetu.

– Niech pan mi wierzy, moje badania z pewnością ją podniosą – powiedziała Jeannie. Pochyliła się do przodu i Berrington usłyszał w jej głosie pasję, która ożywiała wszystkich prawdziwych uczonych. – To projekt o kluczowym znaczeniu. Jestem jedyną osobą, która wpadła na pomysł, jak badać genetyczne aspekty przestępczości. Kiedy opublikujemy wyniki, to będzie sensacja.

– Ma rację – wtrącił Berrington. Mówił prawdę. Jej badania były fascynujące. Bolało go serce na myśl, że trzeba je przerwać. Ale nie miał innego wyboru.

Maurice potrząsnął głową.

– Moim zadaniem jest chronić uniwersytet przed skandalem.

– Pańskim zadaniem jest również bronić wolności akademickiej – stwierdziła nieostrożnie Jeannie.

Nie obrała zbyt mądrej taktyki. Kiedyś, w odległej przeszłości, rektorzy wyższych uczelni niewątpliwie walczyli o prawo prowadzenia niezależnych badań naukowych, te czasy jednak dawno minęły. Teraz zajmowali się przede wszystkim zbieraniem funduszy. Wspominając o wolności akademickiej, po prostu obrażała rektora.

Maurice zjeżył się.

– Nie muszę wysłuchiwać od pani wykładu na temat moich obowiązków, młoda damo – oświadczył sztywno.

Ku zadowoleniu Berringtona, Jeannie nie zamierzała rezygnować.