Выбрать главу

Prosiak dał jeszcze jeden krok do tyłu i usiadł na sedesie, zakrywając twarz rękoma.

Steve złapał go oburącz za kark, pociągnął do przodu i kopnął kolanem w twarz. Z ust Prosiaka trysnęła krew. Steve chwycił go za koszulę i ściągnął z sedesu na podłogę. Miał zamiar go skopać, kiedy zaczęła mu wracać jasność umysłu. Patrząc na krwawiącego, leżącego na podłodze mężczyznę, zawahał się i czerwona mgiełka furii zaczęła się przerzedzać.

– Och, nie – jęknął. – Co ja zrobiłem?

Drzwi celi otworzyły się i do środka wpadli z podniesionymi pałkami dwaj gliniarze. Steve podniósł w górę ręce.

– Uspokój się! – wrzasnął jeden z nich.

– Jestem już spokojny – odparł.

Gliniarze zakuli go w kajdanki i wyprowadzili z celi. Jeden z nich uderzył go mocno w żołądek. Steve zgiął się wpół, łapiąc kurczowo oddech.

– To na wypadek, gdybyś chciał jeszcze rozrabiać – oświadczył gliniarz.

Steve usłyszał trzaśniecie zamykanych drzwi.

– Potrzebujesz pomocy medycznej, Prosiak? Bo znam jednego konowała przy East Baltimore Street – zapytał jak zwykle rozbawiony strażnik Spike, rechocząc z własnego dowcipu.

Steve wyprostował się, dochodząc do siebie po uderzeniu. Wciąż go bolało, ale mógł już normalnie oddychać. Spojrzał przez kraty na Prosiaka, który siedział na pryczy, masując oczy.

– Pierdolę cię, zasrańcu – mruknął przez krwawiące wargi do Spike'a.

Steve odetchnął z ulgą: jego przeciwnik nie odniósł żadnych poważnych obrażeń.

– I tak mieliśmy cię już stąd zabrać, panie student – oświadczył Spike. – Ci dżentelmeni przyszli zaprowadzić cię do sądu. – Zerknął na trzymaną w ręku kartkę. – Zobaczmy, kto ma jeszcze stanąć przed Sądem Okręgu Północnego? Pan Robert Sandilands, znany jako Niuch…

Wyprowadził trzech innych mężczyzn z cel i skuł ich razem ze Steve'em. Gliniarze zabrali ich do garażu i wsadzili do autobusu.

Steve miał nadzieję, że nigdy tu nie wróci.

Na dworze było wciąż ciemno. Domyśla! się, że musi być koło szóstej. Sądy nie rozpoczynały pracy przed dziewiątą rano, powinni się zatem przygotować na długie czekanie. Przez piętnaście albo dwadzieścia minut jechali przez miasto, a potem skręcili do garażu mieszczącego się w budynku sądu. Wysiedli z autobusu i zeszli do piwnicy.

Wolną przestrzeń w środku otaczało osiem ogrodzonych boksów. Wyposażenie każdego składało się z ławki i toalety, były jednak większe od cel na komendzie i wszyscy czterej więźniowie zamknięci zostali w boksie, w którym siedziało już sześciu mężczyzn. Strażnicy, którymi dowodziła ubrana w mundur sierżanta wysoka czarna kobieta o wrednym wyrazie twarzy, rozkuli ich i rzucili łańcuchy i kajdanki na stojący pośrodku stół.

W ciągu następnej godziny przybyło ponad trzydziestu nowych więźniów. Umieszczano ich po dwunastu w jednym boksie. Kiedy wprowadzono niewielką grupę kobiet, rozległy się krzyki i gwizdy. Ulokowano je w boksie po przeciwnej stronie.

Przez kilka następnych godzin nic się nie działo. Przyniesiono śniadanie, ale Steve po raz kolejny zrezygnował z posiłku: nie potrafił przyzwyczaić się do jedzenia w toalecie. Niektórzy więźniowie głośno rozmawiali, inni milczeli, siedząc z ponurymi minami. Wielu było na kacu. Wymiana zdań między więźniami i strażnikami nie była tak wulgarna jak na komendzie i Steve zastanawiał się, czy to z powodu obecności kobiety.

Więzienia w ogóle nie przypominały tego, co pokazywali w telewizji. Na filmach i w programach telewizyjnych wyglądały jak podrzędne hotele: nigdy nie pokazywano pozbawionych desek klozetów, lania, które spuszczano niesfornym, i psychicznego pastwienia się nad więźniami.

Ten dzień mógł być jego ostatnim dniem w więzieniu. Gdyby wierzył w Boga, modliłby się o to z całego serca.

Dopiero koło południa zaczęli zabierać pierwszych więźniów z boksów.

Steve znalazł się w drugiej grupie. Ponownie założono im kajdanki i skuto razem dziesięciu mężczyzn.

Sala rozpraw przypominała kaplicę metodystów. Do czarnej linii na wysokości pasa ściany pomalowane były na zielono, wyżej na kremowo. Na wysłanej zielonym dywanem podłodze stało niczym w kościele dziewięć ławek z jasnego drewna.

W tylnym rzędzie Steve zobaczył swoich rodziców.

Otworzył usta ze zdumienia.

Tato ubrany był w mundur pułkownika; czapkę trzymał pod pachą. Siedział sztywno wyprostowany, jakby stał na baczność. Miał bladą cerę, niebieskie oczy, ciemne włosy i cień zarostu na wygolonych policzkach. Zacisnął usta i wpatrywał się sztywno w jeden punkt, starając się stłumić emocje. Mama siedziała obok niego, mała i pulchna, ze spuchniętą od płaczu okrągłą ładną twarzą.

Steve miał ochotę zapaść się pod ziemię. Wróciłby chętnie do celi Prosiaka, żeby uciec przed tą chwilą. Stanął w miejscu, wstrzymując całą grupę więźniów, i wpatrywał się w niemej udręce w rodziców. W końcu pchnięty do przodu przez jednego ze strażników zatoczył się i usiadł na pierwszej ławce.

Przed sędziowskim stołem siedziała odwrócona twarzą do więźniów niewysoka urzędniczka. Przy drzwiach stał strażnik. Oprócz nich jedynym obecnym na sali przedstawicielem władzy był mniej więcej czterdziestoletni czarny mężczyzna w okularach, ubrany w marynarkę, krawat i niebieskie dżinsy. Zapytał o nazwiska więźniów i sprawdził je na swojej liście.

Steve obejrzał się przez ramię. Na ławkach dla publiczności nie było nikogo prócz jego rodziców. Dziękował losowi, że w przeciwieństwie do innych ma kogoś, kto się o niego troszczy.

Jego ojciec wstał i ruszył do przodu.

– Słucham pana? – zagadnął go facet w niebieskich dżinsach.

– Jestem ojcem Stevena Logana, chciałbym z nim porozmawiać – odparł władczym tonem ojciec. – Czy mogę wiedzieć, kim pan jest?

– Nazywam się David Purdy, jestem śledczym przedprocesowym. To ja dzwoniłem do pana dziś rano.

A więc w ten sposób się dowiedzieli. Powinien się był tego domyślić. Komisarz Williams uprzedziła go, że śledczy sprawdzi podane przez niego informacje. Najprostszym sposobem był telefon do rodziców. Steve skrzywił się, wyobrażając sobie ich rozmowę. Co powiedział śledczy? Chciałbym sprawdzić adres Stevena Logana, który przebywa w areszcie w Baltimore, oskarżony o gwałt. Czy pani jest jego matką?

Tato podał rękę facetowi.

– Miło mi pana poznać, panie Purdy – powiedział, ale Steve widział, że chętnie utopiłby go w łyżce wody.

– Proszę bardzo, może pan porozmawiać ze swoim synem.

Tato ukłonił się sztywno, po czym siadł w drugim rzędzie tuż za nim. Położył dłoń na jego ramieniu i lekko je uścisnął. Steve'owi stanęły w oczach łzy.

– Ja tego nie zrobiłem, tato – powiedział.

– Wiem, Steve – odparł ojciec.

Jego prosta wiara coś w nim odblokowała i zaczął płakać. A kiedy już zaczął, nie potrafił skończyć. Głód i brak snu odebrały mu siły. Dały o sobie znać napięcie i męka ostatnich dwóch dni i łzy leciały mu z oczu ciurkiem, a on przełykał tylko ślinę i wycierał twarz skutymi rękoma.

– Chcieliśmy wynająć ci adwokata – powiedział tato – ale nie mieliśmy czasu. Ledwie udało nam się tu zdążyć.

Steve pokiwał głową. Będzie swoim własnym adwokatem, jeśli tylko zdoła się opanować.

Strażniczka wprowadziła na salę dwie dziewczyny. Nie miały na rękach kajdanek. Usiadły na ławce i zaczęły chichotać. Nie mogły mieć więcej niż osiemnaście lat.

– Jak to się w ogóle, do diabła, stało? – zapytał ojciec.

Starając się odpowiedzieć na pytanie, Steve powoli przestał płakać.