– Rozumiem, że ogłosili wycofanie z użytku twojego programu.
– Nie mogę tego pojąć. Berrington powiedział, że porozmawiamy jeszcze na ten temat.
– Nie znasz Berry'ego tak dobrze jak ja. – Ted ściszył głos. – Możesz mi wierzyć, to wąż. Nie ufałbym mu nawet przez chwilę.
– Może to jakieś nieporozumienie – czepiała się nadziei Jeannie. – Może sekretarka doktora Obella wysiała faks przez pomyłkę.
– Może – mruknął Ted. – Ale ja stawiałbym na teorię węża.
– Myślisz, że powinnam zadzwonić do „Timesa” i powiedzieć, że telefon odebrał ktoś inny?
Ted roześmiał się.
– Myślę, że powinnaś pójść do Berry'ego i zapytać, czy miał zamiar wysłać oświadczenie przed rozmową z tobą.
– Dobry pomysł. – Jeannie dopiła kawę i wstała.
Ted podszedł do drzwi.
– Powodzenia. Trzymam za ciebie kciuki.
– Dziękuję. – Zastanawiała się, czy nie pocałować go w policzek, ale potem się rozmyśliła.
Drzwi do gabinetu Berringtona piętro wyżej były zamknięte. Jeannie zajrzała do sekretariatu.
– Cześć, Julie, wiesz może, gdzie jest Berry?
– Wyszedł już do domu, ale prosił mnie, żebym umówiła cię z nim na jutro.
Niech to diabli. Sukinsyn unikał jej. Teoria Teda była słuszna.
– O której?
– Wpół do dziesiątej?
– W porządku.
Zeszła z powrotem na swoje piętro i zajrzała do laboratorium. Lisa stała przy stole, sprawdzając stężenie DNA Stevena i Dennisa. Zmieszała dwa mikrolitry z każdej próbki z dwoma mililitrami fluorescencyjnego barwnika. W zetknięciu z DNA barwnik świecił i można było określić ilość kwasu dezoksyrybonukleinowego na podstawie stopnia jasności, mierzonego przez specjalny fluorymetr DNA w nanogramach DNA na mikrolitr próbki.
– Jak się czujesz? – zapytała Jeannie.
– Dobrze.
Jeannie uważnie jej się przyjrzała. Lisa była wciąż w fazie zaprzeczenia, to nie ulegało wątpliwości. Pochylona nad probówkami, sprawiała wrażenie spokojnej, ale wewnątrz wyczuwało się napięcie.
– Rozmawiałaś już ze swoją mamą? – Rodzice Lisy mieszkali w Nowym Jorku.
– Nie chcę jej martwić.
– Po to właśnie jest matka. Zadzwoń do niej.
– Może dziś w nocy.
Jeannie opowiedziała jej o dziennikarce z „New York Timesa”. Lisa zmieszała tymczasem próbki DNA z enzymem zwanym endonukleazą restrykcji. Endonukleaza niszczyła obce DNA, które dostało się do wnętrza organizmu, tnąc długą cząsteczkę kwasu na tysiące krótszych fragmentów. O przydatności endonukleazy w inżynierii genetycznej decydowało to, że przecinała DNA zawsze w tym samym punkcie. Dzięki temu można było porównać fragmenty dwóch próbek krwi. Jeśli do siebie pasowały, krew pochodziła od tego samego osobnika albo od dwu jednojajowych bliźniąt. Jeśli były różne, musiały pochodzić od dwu innych osób.
Przypominało to wycinanie mierzącego cal kawałka taśmy z nagrania opery. W obu przypadkach sprawdzamy fragment wycięty pięć minut od startu: jeśli za każdym razem słyszymy duet, który śpiewa Se a caso Madama, oznacza to, że oba pochodzą z Wesela Figara. Aby zabezpieczyć się przed możliwością, że dwie zupełnie różne opery mają tę samą sekwencję nut dokładnie w tym samym momencie, konieczne było porównanie nie jednego, lecz paru fragmentów.
Proces fragmentacji trwał kilka godzin i nie można go było przyspieszyć; jeśli DNA nie zostało do końca pocięte, wyniki nadawały się do kosza.
Opowieść o „Timesie” wstrząsnęła Lisa, ale nie współczuła jej tak bardzo, jak tego oczekiwała Jeannie. Przed trzema dniami sama doznała silnego urazu i w porównaniu z nim problem Jeannie nie wydawał się może aż tak tragiczny.
– Co zamierzasz badać, jeśli będziesz musiała przerwać ten program? – zapytała.
– Nie mam pojęcia – odparła Jeannie. – Nie wyobrażam sobie przerwania tych badań.
Zdała sobie sprawę, że Lisa nie rozumie po prostu pasji poznawczej, która ożywia naukowca. Dla niej jako laborantki jeden program był tak samo dobry jak inny.
Wróciła do swojego gabinetu i zadzwoniła do domu opieki Bella Vista. Własne problemy sprawiły, że zapomniała porozmawiać z matką.
– Czy mogę mówić z panią Ferrami? – zapytała.
– Jedzą teraz lunch – padła natychmiastowa odpowiedź.
Jeannie zawahała się.
– Czy mogłaby pani przekazać, że dzwoniła jej córka Jeannie i że zadzwonię później?
– Dobrze.
Jeannie miała wrażenie, że kobieta wcale tego nie zapisała.
– Imię pisze się J-E-A-N-N-I-E. Jestem jej córką – dodała.
– Tak, dobrze.
– Dziękuję bardzo.
– Nie ma za co.
Jeannie odłożyła słuchawkę. Musiała wydostać mamę z tego miejsca. W dalszym ciągu nie poczyniła jednak żadnych kroków, by zacząć dawać korepetycje.
Zerknęła na zegarek; minęło dopiero południe. Wzięła do ręki mysz i spojrzała na ekran komputera, ale teraz, kiedy w każdej chwili mogli przerwać jej badania, dalsza praca wydawała się bezsensowna. Wściekła i bezradna postanowiła wrócić do domu.
Wyłączyła komputer, zamknęła gabinet i wyszła z budynku. Wciąż miała jeszcze swój samochód. Wsiadła do mercedesa i z zadowoleniem pogładziła wyślizganą od dotyku dłoni kierownicę.
Próbowała dodać sobie jakoś otuchy. W domu czekał na nią ojciec, to było coś nowego. Powinna spędzić z nim trochę czasu, nacieszyć się rzadkim przywilejem. Mogli pojechać do portu i pospacerować razem wzdłuż nabrzeży. Mogła fundnąć mu nową kurtkę Brook Brothers. Nie miała pieniędzy, ale kupi na kredyt. Do diabła, życie jest krótkie.
Parkując przed domem, poczuła się trochę lepiej.
Wróciłam, tato! – zawołała, wbiegając po schodach.
Stając na progu salonu wyczuła, że coś jest nie w porządku. Po chwili spostrzegła, że zniknął telewizor. Może tato zabrał go do drugiego pokoju, żeby pooglądać program w łóżku. Zajrzała do sypialni: nie było go tam.
– Och nie – jęknęła, wracając do salonu. Nie było również jej magnetowidu. – Tato, nie mogłeś tego zrobić! – Z półki zniknęła wieża stereo, z biurka komputer. – Nie. Nie mogę w to uwierzyć! – Pobiegła z powrotem do sypialni i otworzyła szkatułkę z biżuterią. Nie było w niej kolczyka z jednokaratowym brylantem, który dał jej w prezencie Will Tempie.
Zadzwonił telefon i Jeannie odebrała go zupełnie machinalnie.
Tu Steve Logan – odezwał się głos w słuchawce. – Co słychać?
– To najgorszy dzień w moim życiu – odparła i zaczęła płakać.
24
Steve Logan odłożył słuchawkę.
Wcześniej wziął prysznic, ogolił się, włożył czyste ubranie i zjadł kopiasty talerz przyrządzonej przez matkę lazanii. Opowiedział rodzicom o wszystkim, co przeszedł, chwila po chwili. Był przekonany, że oskarżenie zostanie wycofane zaraz po otrzymaniu wyników DNA, oni jednak nalegali, aby zapewnił sobie pomoc prawną, i nazajutrz z samego rana miał zobaczyć się z adwokatem. Całą drogę z Baltimore do Waszyngtonu przedrzemał na tylnym siedzeniu należącego do ojca lincolna i chociaż trudno było uznać, że odespał w ten sposób półtorej bezsennej nocy, czuł się doskonale.
I chciał się zobaczyć z Jeannie.
Miał ochotę na spotkanie, zanim do niej zadzwonił. Teraz, kiedy dowiedział się, w jakich znalazła się tarapatach, pragnął tego jeszcze bardziej. Chciał wziąć ją w ramiona i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
Czuł również, że musi być jakiś związek między jej i jego problemami. Wszystko zaczęło się psuć od chwili, gdy przedstawiła go swojemu szefowi i Berrington zrobił wielkie oczy.
Chciał się dowiedzieć czegoś więcej o tajemnicy swojego pochodzenia. Na razie nie mówił nic rodzicom. To było zbyt dziwaczne i niepokojące. Ale musiał porozmawiać o tym z Jeannie.