Выбрать главу

Obudziła się z paznokciami wbitymi w dłonie i uporczywym brzęczeniem w uszach. Była szósta rano. Przez chwilę leżała nieruchomo ciesząc się, że to był tylko sen. A potem wyskoczyła z łóżka i podeszła do domofonu.

– Kto tam?

To ja, Ghita, obudź się i wpuść mnie do środka.

Ghita mieszkała w Baltimore i pracowała w głównej siedzibie FBI w Waszyngtonie. Musiała tu zajechać w drodze do biura, pomyślała Jeannie. Nacisnęła przycisk, otworzyła drzwi i włożyła obszerny T-shirt, który sięgał jej prawie do kolan: wystarczająco przyzwoity strój dla przyjaciółki. Ghita weszła po schodach: uosobienie młodej, robiącej karierę kobiety w granatowej lnianej garsonce, z ostrzyżonymi na pazia czarnymi włosami, małymi kolczykami w uszach, dużych lekkich okularach i „New York Timesem” pod pachą.

– Co to za afera? – zapytała bez zbędnych wstępów.

– Nie wiem, dopiero się obudziłam – odparła Jeannie. Domyśliła się, że stało się coś złego.

– Mój szef zadzwonił do mnie do domu w środku nocy i zabronił mi z tobą współpracować.

– Nie! – Jeannie potrzebowała danych z FBI, żeby udowodnić, że jej system działa mimo znaków zapytania, jakie pojawiły się w związku ze Stevenem i Dennisem. – Niech to szlag. Powiedział chociaż dlaczego?

– Twierdzi, że twoja metoda narusza prywatność badanych.

– Dziwne, że FBI martwi się o takie drobiazgi.

– Wygląda na to, że „New York Times” jest tego samego zdania.

Ghita pokazała Jeannie gazetę. Zamieszczony na pierwszej, stronie artykuł nosił tytuł:

ETYKA BADAŃ GENETYCZNYCH

WĄTPLIWOŚCI, OBAWY I SŁOWNE UTARCZKI

Jeannie obawiała się, że wymienione w tytule „utarczki” odnoszą się do niej i miała rację.

Jean Fenami jest pełną determinacji młodą kobietą – zaczynał się artykuł. – Wbrew woli swoich kolegów z wydziału i rektora Uniwersytetu Jonesa Fallsa w Baltimore, Maryland, zamierza w dalszym ciągu przeglądać dane medyczne, poszukując bliźniaków.

,,Mam kontrakt – twierdzi. – Nie mają prawa mi rozkazywać”. Żadne wątpliwości etyczne nie są w stanie zachwiać jej uporem.

Jeannie poczuła, jak robi jej się niedobrze.

– Mój Boże, to jest okropne – szepnęła.

Artykuł poruszał następnie inną kwestię, dotyczącą badań nad ludzkimi embrionami i Jeannie musiała zajrzeć na stronę dziewiętnastą, aby znaleźć kolejną wzmiankę na swój temat.

Nowych kłopotów przysporzyła władzom swojej uczelni doktor Jean Fenami z wydziału psychologii Uniwersytetu Jonesa Fallsa. Chociaż rektor uczelni, doktor Maurice Obeli, oraz znany psycholog, profesor Berrington Jones, twierdzą zgodnie, że jej badania są nieetyczne, doktor Fenami nie ma zamiaru ich przerwać – a oni nie są w stanie temu przeciwdziałać.

Jeannie doczytała do końca, w całym artykule nie znalazła jednak ani słowa o tym, że jej zdaniem badania nie naruszają żadnych norm etycznych. Autorka zajmowała się wyłącznie jej buntowniczą postawą.

Tego rodzaju atak był bolesny i szokujący. Czuła się jednocześnie zraniona i oburzona, podobnie jak przed wielu laty, gdy w supermarkecie w Minneapolis jakiś złodziej przewrócił ją na ziemię i wyrwał z ręki portfel. Wiedziała, że dziennikarka potraktowała ją złośliwie i bez skrupułów, lecz mimo to dręczył ją wstyd, jakby rzeczywiście zrobiła coś złego. Miała poczucie, że ją obnażono, wystawiono na wzgardę całego kraju.

– Nie wiem, czy ktoś pozwoli mi teraz skorzystać ze swojej bazy danych – stwierdziła przygnębiona. – Chcesz się napić kawy? Potrzebuję kogoś, kto by mnie pocieszył. Niewiele dni zaczyna się tak fatalnie.

– Przykro mi, Jeannie, ale ja też mam kłopoty przez to, że wplątałam w to Biuro.

Jeannie włączyła ekspres i nagle uderzyła ją pewna myśl.

– Ten artykuł jest niesprawiedliwy, ale jeśli twój szef rozmawiał z tobą w środku nocy, nie mógł go jeszcze czytać.

– Może wiedział, że ma się ukazać.

– Zastanawiam się, kto dał mu cynk.

– Nie powiedział tego wyraźnie, ale wspomniał, że telefonowano do niego z Kapitelu.

Jeannie zmarszczyła brwi.

– Wygląda mi to na sprawę polityczną. Dlaczego, u diabła, jakiś senator albo kongresman tak bardzo przejmuje się tym, co robię, że dzwoni do Biura, żeby przestało ze mną współpracować?

– Może to było po prostu życzliwe ostrzeżenie od kogoś, kto wiedział o artykule.

Jeannie potrząsnęła głową.

– Nie ma tam ani słowa o FBI. Nikt nie wiedział, że mam zamiar przejrzeć kartotekę Biura. Nie powiedziałam o tym nawet Berringtonowi.

– Spróbuję się dowiedzieć, kto dzwonił.

Jeannie zajrzała do zamrażalnika.

– Jadłaś już śniadanie? Mam bułki cynamonowe.

– Nie, dziękuję.

– Ja też chyba nie jestem głodna. – Jeannie zamknęła drzwi lodówki. Czuła, że ogarniają rozpacz. Czy naprawdę nie można było nic zrobić? – Podejrzewam, że nie będziesz mogła przejrzeć kartoteki bez wiedzy swoich zwierzchników… – powiedziała.

Nie robiła sobie zbyt dużych nadziei, ale odpowiedź Ghity kompletnie ją zaskoczyła.

– Nie dostałaś wczoraj mojej wiadomości?

– Wyszłam wcześniej z pracy. Co w niej było?

– Że zrobię to tej nocy.

– I zrobiłaś?

– Tak. Dlatego właśnie do ciebie przyjechałam. Zrobiłam to wczoraj wieczorem, zanim jeszcze do mnie zadzwonili.

Jeannie odzyskała nagle całą nadzieję.

– To wspaniale! Rzuciłaś okiem na wyniki? Dużo było bliźniaków?

– Całkiem dużo, dwadzieścia albo trzydzieści par.

– To niesamowite! To znaczy, że program jest skuteczny!

– Powiedziałam jednak szefowi, że tego nie zrobiłam. Wystraszyłam się i skłamałam.

Jeannie spoważniała.

– To niedobrze. Co będzie, jeśli odkryje, że nie powiedziałaś mu prawdy?

O to właśnie chodzi. Musisz zniszczyć tę listę, Jeannie.

– Co?

– Jeśli ktoś kiedyś to odkryje, jestem skończona.

– Ale ja nie mogę jej zniszczyć! Ta lista jest dowodem, że mam rację!

– Musisz to zrobić – odparła z zaciętą miną Ghita.

– To okropne – jęknęła Jeannie. – Jak mogę zniszczyć coś, co może mnie uratować?

– Wplątałam się w to, wyświadczając ci przysługę – stwierdziła Ghita, celując w nią palcem. – Teraz musisz mnie z tego wyciągnąć!

Jeannie nie uważała, żeby to była wyłącznie jej wina.

– To nie ja kazałam ci okłamywać szefa – mruknęła z przekąsem.

To zdenerwowało Ghitę.

– Bałam się! – zawołała.

– Poczekaj chwilę – powiedziała Jeannie. – Załatwmy to spokojnie. – Nalała kawę i podała Ghicie kubek. – Przypuśćmy, że przyjdziesz dziś do biura i powiesz szefowi, że zaszło nieporozumienie. Dałaś polecenie, żeby nie przeszukiwać kartoteki, ale później odkryłaś, że już to zrobiono i rezultaty przesłano pocztą elektroniczną.

Ghita wzięła kubek, ale nie wypiła ani łyka. Wydawała się bliska łez.

– Wyobrażasz sobie, jak wygląda praca w FBI? Mam przeciwko sobie bandę największych macho w całej Ameryce. Szukają tylko pretekstu, by powiedzieć, że kobiety nie dają sobie rady.

– Ale przecież cię nie wyrzucą.

– Mam nóż na gardle i to ty go trzymasz.

To była prawda. Ghita nie mogła jej teraz do niczego zmusić.

– Nie stawiaj tego w ten sposób – poprosiła Jeannie.

Ghita jednak nie dała się ułagodzić.