Выбрать главу

– Słuchaj, grozi nam tutaj niebezpieczeństwo – powiedziała. – Musimy się stąd wydostać.

– Nie mam się w co ubrać – odparła matowym głosem Lisa.

Możemy tutaj zginąć!

– Nie martw się o ubranie, na zewnątrz wszyscy chodzą półnadzy. – Jeannie omiotła szybkim spojrzeniem kotłownię i zobaczyła leżącą za zbiornikiem czerwoną koronkową bieliznę Lisy. – Włóż majtki i stanik. Są brudne, ale lepsze to niż nic.

Lisa siedziała dalej na podłodze ze wzrokiem utkwionym w ścianie.

Jeannie starała się nie wpadać w panikę. Co zrobi, jeśli Lisa nie zechce się ruszyć? Zdoła ją prawdopodobnie podnieść, ale czy da radę wspiąć się z nią po drabinie?

– Szybko, wstawaj – powiedziała, podnosząc głos. Złapała, ją za ręce i podniosła z podłogi. Lisa spojrzała jej w końcu w oczy.

– Jeannie, to było straszne – szepnęła.

Przyjaciółka objęła ją ramieniem i mocno uścisnęła.

– Tak mi przykro, Lisa, naprawdę tak mi przykro – powiedziała.

Dymu wciąż przybywało mimo ciężkich drzwi. W jej sercu współczucie ustąpiło strachowi.

– Musimy się stąd wydostać. Pali się cały budynek. Ubieraj się, na litość boską.

Lisa ruszyła się w końcu z miejsca. Włożyła majtki i zapięła biustonosz. Jeannie wzięła ją za rękę, zaprowadziła do drabiny przy ścianie i puściła przodem. Kiedy zaczęła się za nią wspinać, drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich w obłoku dymu jeden ze strażaków. Jego buty opływała struga wody. Wydawał się zaskoczony ich widokiem.

– Wszystko w porządku, wychodzimy tym włazem – zawołała do niego Jeannie. A potem ruszyła w ślad za Lisa.

Chwilę później obie były na zewnątrz, na świeżym powietrzu.

Jeannie poczuła olbrzymią ulgę: uratowała Lisę z pożaru. Ale teraz Lisa potrzebowała pomocy. Objęła ją ramieniem i zaprowadziła do głównego wejścia. Wzdłuż całej alejki zaparkowane były samochody straży i policji. Większość kobiet znalazła już coś, żeby się okryć, i Lisa rzucała się w oczy w samej czerwonej bieliźnie.

– Czy ktoś ma do pożyczenia jakieś spodnie albo cokolwiek? – pytała Jeannie, kiedy przeciskały się przez tłum. Ludzie pooddawali już wszystkie zapasowe ciuchy. Pożyczyłaby jej chętnie swój własny T-shirt, ale nie miała pod spodem biustonosza.

W końcu jakiś wysoki czarny chłopak zdjął koszulę z zapinanym kołnierzykiem i wręczył ją Lisie.

– Chcę ją mieć z powrotem, to autentyczny Ralph Lauren – powiedział. – Nazywam się Mitchell Waterfield, wydział matematyki.

– Na pewno nie zapomnę – odparła z wdzięcznością Jeannie.

Lisa włożyła koszulę. Sięgała jej prawie do kolan.

Jeannie czuła, że zaczyna powoli kontrolować sytuację. Ruszyła wraz z Lisa w stronę zaparkowanych pojazdów. Przy jednym z policyjnych samochodów stało bezczynnie, opierając się tyłkami o karoserię, trzech gliniarzy.

– Ta kobieta nazywa się Lisa Hoxton – powiedziała, zwracając się do najstarszego z nich, grubego białego mężczyzny z siwymi wąsami. – Została zgwałcona.

Oczekiwała, że wiadomość o popełnieniu poważnego przestępstwa wywrze na nich jakieś wrażenie, ale reakcja policjantów była zaskakująco bierna. Przez kilka sekund trawili bez słowa informację i Jeannie miała już ochotę na nich wrzasnąć, kiedy wąsacz wyprostował się i zapytał:

– Gdzie to się stało?

– W podziemiach płonącego budynku, w kotłowni.

– Ci strażacy zniszczą zaraz wszystkie dowody rzeczowe, sierżancie – zauważył młody czarny policjant.

– Masz rację – odparł starszy. – Lepiej tam idź, Lenny, i zabezpiecz miejsce przestępstwa. – Lennie ruszył szybkim krokiem do budynku. – Zna pani mężczyznę, który to zrobił, pani Hoxton? – zapytał sierżant.

Lisa potrząsnęła głową.

– To wysoki biały facet w czerwonej czapce z napisem SECURITY – powiedziała Jeannie. – Widziałam go w damskiej szatni zaraz po tym, jak wybuchł pożar, a potem chyba jeszcze raz, zanim znalazłam Lisę.

Gliniarz podszedł do samochodu, wyciągnął mikrofon i przez chwilę do niego przemawiał.

– Jeśli będzie na tyle głupi, żeby zachować tę czapkę, możemy go złapać – stwierdził. – Zawieź ofiarę do szpitala, McHenty – zwrócił się do trzeciego gliniarza.

McHenty był młodym białym mężczyzną w okularach.

– Chce pani siedzieć z tyłu czy z przodu?

Lisa nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie przestraszonej.

– Siądź z przodu, nie chcesz chyba wyglądać na podejrzaną – poradziła jej Jeannie.

Na twarzy Lisy odmalowało się przerażenie.

– Nie jedziesz ze mną? – zapytała, odzywając się po raz pierwszy od wyjścia z piwnicy.

– Jeśli chcesz, pojadę – odparła Jeannie, starając się jej dodać otuchy. – Ale może lepiej będzie, jak skoczę do domu, wezmę dla ciebie trochę ciuchów i spotkamy się w szpitalu.

Lisa spojrzała z niepokojem na McHenty'ego.

– Nic złego ci się nie stanie – powiedziała Jeannie.

McHenty otworzył drzwiczki i Lisa wsiadła do samochodu.

– Do jakiego jedziecie szpitala? – zapytała Jeannie.

– Santa Teresa – odparł, siadając za kierownicą.

– Będę tam za parę minut! – zawołała, kiedy samochód ruszył z miejsca.

Przebiegła truchtem przez parking, już teraz żałując, że nie pojechała razem z nimi. Siedząc na przednim fotelu, Lisa sprawiała wrażenie przestraszonej i zdruzgotanej. Z pewnością potrzebowała czystego ubrania, ale może jeszcze bardziej potrzebna jej była druga kobieta, która siedziałaby obok niej, trzymała za rękę i dodawała otuchy. Jazda sam na sam z uzbrojonym macho była prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jakiej sobie w tym momencie życzyła. Wskakując do swojego mercedesa, Jeannie czuła, że dała plamę.

– Jezu, co za dzień – jęknęła, wyjeżdżając z piskiem opon z parkingu.

Mieszkała niedaleko uczelni, na pierwszym piętrze małego szeregowego domu. Zaparkowała na chodniku i wbiegła na górę.

Umyła szybko twarz i ręce, a potem rzuciła na łóżko stos czystych ubrań. Przez chwilę zastanawiała się, które z nich będą pasować na niską, krągłą przyjaciółkę. Wyciągnęła o numer na nią za dużą koszulkę polo i spodnie od dresu. Dobranie bielizny było nieco trudniejsze. Znalazła parę obszernych męskich szortów, ale żaden z biustonoszy nie wydawał się odpowiedni. Lisa będzie musiała się obejść bez stanika. Dorzuciła szmaciane buty, wpakowała wszystko do torby i wybiegła.

W drodze do szpitala, czuła, jak ogarnia ją gniew. Od wybuchu pożaru przez cały czas koncentrowała się na tym, co trzeba było zrobić; teraz dopiero uświadomiła sobie w pełni, co się stało. Lisa była szczęśliwą, wesołą dziewczyną, ale doznany wstrząs zmienił ją w zombie, w kogoś, kto bał się wsiąść do policyjnego samochodu.

Jadąc handlową ulicą, wypatrywała faceta w czerwonej czapce. Wyobrażała sobie, że jeśli go zobaczy, skręci samochodem na chodnik i rozjedzie na miazgę. Tak naprawdę jednak chyba by go nie rozpoznała. Musiał już dawno zdjąć chustkę, a prawdopodobnie także i czapkę. W co jeszcze był ubrany? Uświadomiła sobie z osłupieniem, że nie bardzo pamięta. Miał na sobie jakiś podkoszulek, niebieskie dżinsy, a może szorty. Tak czy owak zdążył się już pewnie przebrać, podobnie jak ona.

Właściwie mógł to być każdy wysoki biały mężczyzna, którego widziała na ulicy: dostarczający pizzę chłopak w czerwonej kurtce; łysawy facet idący ze swoją żoną do kościoła, z książeczką do nabożeństwa pod pachą; przystojny brodacz z futerałem od gitary; nawet gliniarz strofujący włóczęgę przed sklepem monopolowym. Nie mogąc wyładować dławiącej ją wściekłości, Jeannie zacisnęła palce na kierownicy, aż pobielały jej kłykcie.