Выбрать главу

Co dziwne, tato przyjął to spokojnie. Steve spodziewał się, że jako mężczyzna zareaguje mocniej na zawarty w całej historii motyw podrzutka. Ale tato był aż do bólu racjonalny. Prześledził tok myślenia Jeannie, wykluczył wszystkie inne próby wyjaśnienia sprawy i w końcu przyznał jej rację. Chłodna reakcja była jednak zgodna z kodeksem taty. Nie oznaczała wcale, że jest spokojny w środku. W tej chwili podlewał z pogodną miną kwiaty w ogródku, ale być może wszystko w nim się gotowało.

Mama zaczęła smażyć cebulę i Steve poczuł, jak płynie mu ślinka.

– Kotlety mielone z tłuczonymi ziemniakami i keczupem – powiedział. – Najwspanialsze danie na ziemi.

– Kiedy miałeś pięć lat, chciałeś, żebym robiła je codziennie – stwierdziła z uśmiechem.

– W tej małej kuchence w Hoover Tower?

– Pamiętasz to?

– Mgliście. Pamiętam przeprowadzkę i to, jak dziwnie mieszkało się w domu zamiast w mieszkaniu.

– Wtedy mniej więcej zaczęły napływać pieniądze z mojej pierwszej książki Co robić, kiedy nie możesz zajść w ciążę? – Mama westchnęła. – Jeśli wyjdzie na jaw, jak naprawdę zaszłam w ciążę, ta książka okaże się stekiem bzdur.

– Mam nadzieję, że ludzie, którzy ją kupili, nie zażądają zwrotu pieniędzy.

Mama położyła kotlety i cebulę na patelni i wytarła ręce.

– Myślałam o tym przez całą noc i wiesz co? Cieszę się, że mi to zrobili.

– Dlaczego? Wczoraj byłaś wściekła.

– I jestem wściekła, bo posłużyli się mną jak doświadczalnym królikiem. Ale zdałam sobie sprawę z jednej prostej rzeczy: gdyby nie przeprowadzili na mnie tego eksperymentu, nie miałabym ciebie. I to jedno tylko się liczy.

– Nie przejmujesz się tym, że nie jestem naprawdę twoim dzieckiem?

Objęła go ramieniem.

– Jesteś mój, Steve. Nic nie jest w stanie tego zmienić.

Zadzwonił telefon i Steve podniósł natychmiast słuchawkę.

– Halo?

– Tu Jeannie.

– Jak wam poszło? Czy go odnaleźliście?

– Tak i jest twoim sobowtórem, tyle że ufarbował włosy na czarno.

– Mój Boże… więc jest nas trzech.

– Tak. Matka Wayne'a nie żyje, ale rozmawiałam przed chwilą z jego ojcem, na Florydzie. Potwierdził, że jego żona przechodziła kurację w klinice Aventine.

Wiadomości były dobre, ale w głosie Jeannie słychać było rozczarowanie.

– Nie cieszysz się tak, jak powinnaś.

– Wayne ma alibi na niedzielę.

– Cholera. – Ponownie upadł na duchu. – Jak to możliwe? Co to za alibi?

– Żelazne. Był na rozdaniu nagród Emmy w Los Angeles. Zrobili mu zdjęcia.

– Pracuje w branży filmowej?

– Jest właścicielem nocnych klubów. Dosyć znanym. Steve zrozumiał, dlaczego wydawała się taka przybita. Odnalezienie Wayne'a to majstersztyk, ale nie posunęło ich ani o cal do przodu. Był w równym stopniu przygnębiony jak zaintrygowany.

– W takim razie kto zgwałcił Lisę?

– Pamiętasz, co powiedział Sherlock Holmes? Jeśli wyeliminujesz to, co niemożliwe, prawdą musi być to, co pozostało, bez względu na to, jak bardzo wydaje się niemożliwe. A może to był Hercule Poirot?

Serce zamarło mu w piersi. Jeannie nie doszła chyba do wniosku, że to on zgwałcił Lisę.

– Więc jaka jest prawda?

– Jest was czterech.

– Czworaczki? Jeannie, przecież to czyste wariactwo.

– Nie czworaczki. Nie wierzę, żeby embrion podzielił się przypadkowo. To musiało być świadome działanie, część eksperymentu.

– Czy to możliwe?

– Dzisiaj tak. Słyszałeś o klonowaniu. W latach siedemdziesiątych to była tylko teoria. Ale Genetico wyprzedziło najwyraźniej innych i na tym polu: być może dlatego, że pracowali w tajemnicy i mogli eksperymentować na ludziach.

– Dajesz mi do zrozumienia, że jestem klonem.

– Musisz być. Przykro mi, Steve. Wciąż jestem dla ciebie zwiastunem złych wieści. To dobrze, że masz takich rodziców, jakich masz.

– Jaki on jest, Wayne?

– Okropny. Ma obraz, na którym Salina Jones wisi naga na krzyżu. Nie mogłam się doczekać, żeby stamtąd wyjść.

Steve milczał. Jeden z moich klonów jest mordercą, drugi sadystą, hipotetyczny trzeci gwałcicielem. Kim jestem w takim razie ja sam?

– Hipoteza, że jesteście klonami, wyjaśnia również wasze odmienne daty urodzenia – dodała Jeannie. – Embriony były trzymane w laboratorium i w różnych momentach umieszczane w macicach kobiet.

Dlaczego to musiało się przytrafić właśnie mnie? Dlaczego nie mogę być taki jak inni?

– Mój samolot zaraz startuje, muszę kończyć.

– Chcę się z tobą zobaczyć. Przyjadę do Baltimore.

– Dobrze. Cześć. Steve odłożył słuchawkę.

– Zrozumiałaś wszystko – powiedział do matki.

– Owszem. Jest podobny do ciebie, ale ma alibi, w związku z czym ona myśli, że musi was być czterech i jesteście klonami.

– Skoro jesteśmy klonami, muszę być taki sam jak oni.

– Nie. Jesteś inny, ponieważ jesteś mój.

– Ale ja nie jestem twój. – Zobaczył na jej twarzy skurcz bólu, on sam również cierpiał. – Jestem dzieckiem dwojga zupełnie obcych ludzi wybranych przez naukowców zatrudnionych w Genetico. To są moi przodkowie.

– Musisz być inny, bo inaczej się zachowujesz.

– Lecz o czym to świadczy? O tym, że mam inną naturę? Czy może raczej o tym, że nauczyłem się ją skrywać niczym udomowione zwierzę. Czy to ty uczyniłaś mnie tym, kim jestem? Czy może raczej Genetico?

– Nie wiem, synu – odparła mama. – Po prostu nie wiem.

45

Jeannie wzięła prysznic i umyła włosy, a potem umalowała starannie oczy. Postanowiła, że nie będzie używać szminki ani różu. Włożyła purpurowy sweter z dekoltem i szare obcisłe legginsy na gołe ciało. W przekłuty nos wsadziła swój ulubiony kolczyk: mały szafir osadzony w srebrze. W lustrze wyglądała jak symbol seksu.

– Wybierasz się do kościoła, panienko? – zapytała, puszczając oko do swojego odbicia.

Ojciec znowu ją opuścił. Wolał mieszkać u Pattty, gdzie dotrzymywało mu towarzystwa trzech wnuków. Patty zabrała go do siebie, kiedy Jeannie była w Nowym Jorku.

Czekając na Steve'a, nie miała nic do roboty. Starała się nie myśleć o dzisiejszym rozczarowaniu: nie było sensu się dalej zadręczać. Ściskało ją w żołądku: przez cały dzień piła tylko kawę. Zastanawiała się, czy zjeść coś teraz, czy może poczekać na niego. Przypomniała sobie, jak zjadł na śniadanie osiem bułek z cynamonem, i nie mogła powstrzymać uśmiechu. To było zaledwie wczoraj, ale zdawało jej się, że minął cały tydzień.

Nagle uprzytomniła sobie, że ma pustą lodówkę. Co będzie, jeśli Steve przyjedzie głodny, a ona nie będzie miała go czym nakarmić? Włożyła szybko na gołe nogi martensy, wybiegła na dwór, podjechała do 7-Eleven na rogu Falls Road i 36th Street i kupiła jajka, kanadyjski bekon, mleko, bochenek siedmioziarnistego chleba, sałatę, piwo Dos Equis, czekoladowo-orzechowe lody Ben amp; Jerry i cztery opakowania bułek z cynamonem.

Stojąc przy kasie, zdała sobie sprawę, że mógł przyjechać, kiedy jej nie było. Mógł nawet wrócić do Waszyngtonu! Wybiegła ze sklepu z pełnymi siatkami i popędziła jak szalona z powrotem, wyobrażając sobie, że Steve czeka niecierpliwie na progu.