Выбрать главу

Lisa pokiwała usatysfakcjonowana głową.

– Bóg wie, że mam powód zachowywać się jak paranoiczka.

– Zabierajmy się do pracy – powiedziała Jeannie.

Wróciły do laboratorium, zostawiając otwarte drzwi, żeby usłyszeć brzęk tłuczonego szkła. Jeannie wsunęła swoją drogocenną dyskietkę do komputera Lisy i wydrukowała listę z Pentagonu. Znajdowały się tam nazwiska ośmiorga dzieci, których elektrokardiogramy były tak podobne, jakby pochodziły od jednej i tej samej osoby. Ośmioro dzieci, których serca biły dokładnie tak samo. Berrington zdołał jakoś załatwić w wojskowych szpitalach, żeby poddano niemowlęta temu badaniu. Kopie wysłano niewątpliwie do kliniki Aventine i leżały tam aż do piątku, kiedy zostały pocięte. Berrington zapomniał jednak albo nigdy nie wiedział, że w wojskowym archiwum zachowały się oryginały.

– Zacznijmy od Henry'ego Kinga – zaproponowała. – Pełne nazwisko Henry Irwin King.

Lisa wyjęła dwa kompakty z szuflady i wsunęła je do stojących na biurku dwu stacji CD-romów.

– Na tych dwu dyskach mamy wszystkie domowe telefony w Stanach Zjednoczonych – oznajmiła. – Mamy także program, który umożliwia ich jednoczesne przeszukiwanie. – Na monitorze pojawiły się ikony Windows. – Niestety ludzie nie zawsze umieszczają w książce telefonicznej swoje pełne nazwisko. Zobaczmy, ilu mamy H. Kingów w całych Stanach.

Napisała „H* King” i wcisnęła POLICZ. Po chwili w okienku POLICZ pojawiła się liczba 1129.

Jeannie ogarnęło zniechęcenie.

– Sprawdzenie takiej liczby zajmie nam całą noc!

– Poczekaj, może spróbujemy inaczej – powiedziała Lisa. Napisała „Henry I. King LUB Henry Irwin King” i wcisnęła ikonę APORTUJ, oznaczoną wizerunkiem psa. Po chwili na ekranie pojawiła się lista. – Mamy trzech Henrych Irwinów Kingów i siedemnastu Henrych I. Kingów. Jaki jest jego ostatni znany adres?

Jeannie zerknęła na swój wydruk.

– Fort Devens w Massachusetts.

– Mamy jednego Henry'ego Irwina Kinga w Amherst i czterech Henrych I. Kingów w Bostonie.

– Zadzwońmy do nich.

– Zdajesz sobie sprawę, że jest pierwsza w nocy?

– Nie mogę czekać do jutra.

– O tej porze ludzie nie zechcą z tobą rozmawiać.

– Na pewno zechcą – odparła Jeannie. Nadrabiała miną. Wiedziała, że może mieć kłopoty. Nie była po prostu w stanie czekać do rana. To zbyt ważne.

– Powiem, że jestem z policji i ścigam przestępcę.

– To jest niezgodne z prawem.

– Daj mi ten numer w Amherst.

Lisa podświetliła pozycję na liście i wcisnęła F2. Podłączony do komputera modem wybrał automatycznie numer. Jeannie podniosła słuchawkę.

– Słucham? – odezwał się po siedmiu sygnałach zaspany głos.

– Mówi detektyw Susan Farber z policji w Amherst – oświadczyła. Bala się, że usłyszy w odpowiedzi „Co to za kawały?”, ale facet milczał. – Przepraszam, że dzwonię do pana w środku nocy – podjęła szybko – ale to pilna sprawa. Czy mówię z panem Henrym Irwinem Kingiem?

– Tak… co się stało?

Sądząc po głosie, jej rozmówca był w średnim wieku, ale Jeannie kontynuowała, żeby mieć absolutną pewność.

– Prowadzimy rutynową kontrolę.

To był błąd.

– Rutynową? – powtórzył poirytowany facet. – O tej porze?

– Prowadzimy śledztwo w ważnej sprawie i chcemy wyeliminować pana z kręgu podejrzanych – powiedziała, pospiesznie improwizując. – Czy może mi pan podać swoją datę i miejsce urodzenia?

– Urodziłem się w Greenfield, Massachusetts, czwartego maja tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego. W porządku?

– Nie ma pan przypadkiem syna o tym samym nazwisku?

– Nie, mam trzy córki. Mogę już wracać do łóżka?

– Nie będę pana dłużej niepokoić. Dziękuję za pomoc i życzę dobrej nocy. – Jeannie odłożyła słuchawkę i posłała triumfalne spojrzenie Lisie. – Widzisz? Rozmawiał ze mną. Niezbyt chętnie, ale rozmawiał.

Lisa roześmiała się.

– Potrafi pani oszukiwać jak mało kto, doktor Ferrami.

Jeannie uśmiechnęła się.

– Trzeba do tego tylko nieco tupetu. Sprawdźmy teraz Henrych I. Kingów. Ja zadzwonię do pierwszych dwóch, ty do pozostałych.

Tylko jedna z nich mogła posługiwać się podłączonym do komputera urządzeniem do automatycznego wybierania numeru. Jeannie znalazła kartkę papieru i długopis, nagryzmoliła na niej dwa numery i wystukała pierwszy z nich. Telefon odebrał mężczyzna.

– Mówi detektyw Susan Farber z bostońskiej policji – zaczęła swoją gadkę.

– Co pani sobie, kurwa, wyobrażasz, dzwoniąc do mnie o tej porze?! – ryknął facet. – Wie pani, kim jestem?

– Wydaje mi się, że nazywa się pan Henry King…

– A mnie się wydaje, że stracisz pracę, głupia cipo! – wrzasnął. – Susan… jak powiedziałaś?

– Chciałam tylko sprawdzić pańską datę urodzenia, panie King.

– Połącz mnie natychmiast ze swoim komendantem.

– Panie King…

– Rób, co mówię!

– Chrzań się, ty małpo – powiedziała i odłożyła słuchawkę. Facet wyprowadził ją trochę z równowagi. – Mam nadzieję, że nie wszystkie rozmowy będą wyglądały w ten sposób. Lisa skończyła wcześniej.

– Mój był Jamajczykiem i udowodnił to swoim akcentem – oznajmiła. – Domyślam się, że twój był niesympatyczny.

– Bardzo.

– Możemy sobie darować i zacząć od samego rana.

Jeannie nie zamierzała dać się zniechęcić jednemu chamowi.

– Nie, do diabła – stwierdziła. – Potrafię znieść trochę wyzwisk.

– Jak sobie życzysz.

– Facet wydawał się raczej stary, więc możemy o nim zapomnieć. Sprawdźmy kolejnych dwóch.

Mobilizując siły, wybrała następny numer.

Jej trzeci Henry King nie poszedł jeszcze spać; w tle słychać było dźwięki muzyki i głosy obecnych w pokoju innych osób.

– Tak, kto mówi? – zapytał.

Wydawał się całkiem młody i w Jeannie zbudziła się nadzieja. Udała znowu policjantkę, ale jej rozmówca był nieufny.

– Skąd mam wiedzieć, że rzeczywiście dzwoni pani z policji?

Miał głos podobny do Steve'a i Jeannie zabiło żywiej serce. To mógł być jeden z klonów. Lecz jak przezwyciężyć jego nieufność?

– Może w takim razie zadzwoni pan do mnie na komendę? – zaryzykowała.

W słuchawce zapadła cisza.

– Nie, wierzę pani – odparł w końcu. Jeannie odetchnęła z ulgą. – Tak, jestem Henry King. Mówią na mnie Hank. Czego pani chce?

– Czy mogłabym zapytać najpierw o pańską datę i miejsce urodzenia?

– Urodziłem się w Fort Devens dokładnie dwadzieścia dwa lata temu. Dzisiaj są moje urodziny, to znaczy, dokładniej rzecz biorąc, były wczoraj, w sobotę.

To był on! Odnalazła pierwszego klona. Teraz musiała sprawdzić, czy przebywał w Baltimore w zeszłą niedzielę.

– Czy przekraczał pan ostatnio granicę stanu? – zapytała starając się, żeby nie poznał po jej głosie, jak bardzo jest podekscytowana.

– Niech pomyślę. W sierpniu byłem w Nowym Jorku.

Intuicja podpowiadała Jeannie, że facet mówi prawdę, ale pytała dalej.

– Co robił pan w zeszłą niedzielę?

– Pracowałem.

– Co konkretnie pan robił?

– Jestem studentem Massachusetts Institute of Technology, ale w niedzielę dorabiam jako barman w Blue Note Cafe w Cambridge.

Jeannie zanotowała nazwę baru.

– I tam właśnie był pan w zeszłą niedzielę?

– Zgadza się. Obsłużyłem co najmniej setkę gości.

– Dziękuję, panie King. – Jeśli to była prawda, Henry King nie zgwałcił Lisy. – Czy może pan mi dać numer tego baru, żebym mogła sprawdzić pańskie alibi?

– Nie pamiętam ich numeru, ale jest w książce telefonicznej. O co mnie pani podejrzewała?