– Bardzo cię proszę, Pallina, żeby mi nie było żadnej niedostatecznej i notuj wszystkie, które będą pytane.
– Okej, szefowo!
– Jeszcze!? To nie przynosi szczęścia! I buzia na kłódkę, jasne?
Pallina kiwa potakująco głową. Babi z niepokojem rozgląda się wokół, czy ktoś ją widzi. Przylega mocno do Stepa. Stało się. Motor skacze do przodu, uciekając od szkoły, od nudnych lekcji, od pani Giacci, od zadań do odrobienia i niecierpliwego czekania na dzwonek kończący lekcje.
Pallina z zazdrością spogląda za oddalającą się przyjaciółką. Ale cieszy się razem z nią. Wchodzi po schodach, pogadując z dziewczynami, nie zauważając, że ktoś ją obserwuje. Tam wyżej jakaś ręka nadjedzona przez czas i nienawiść, upiększona starym pierścionkiem z fioletowym kamieniem, twardym jak jej posiadaczka, opuszcza firankę. Ktoś widział wszystko.
Do trzeciej „b" wchodzą niespokojne dziewczyny. Na pierwszej godzinie jest włoski i pani Giacci będzie pytała. To jeden z przedmiotów pewnych na maturze. Dziewczyny rozsiadają się na swoich miejscach, witając się. Ostatnia wpada do klasy biegiem. Zwykła spóźnialska. Podenerwowane dziewczyny jeszcze rozmawiają ze sobą. Aż nagle cichną i zapadają w pełne szacunku milczenie. Pani Giacci jest w drzwiach. Uczennice stają na baczność. Nauczycielka przelatuje wzrokiem po klasie.
– Siadajcie, panienki.
Jest dziwnie wesoła tego poranka. To nie zapowiada niczego dobrego. Sprawdza obecność. Na ogół dziewczęta odpowiadają z respektem „obecna!". Jedna z dziewcząt, której nazwisko zaczyna się na „c", jest nieobecna. Któraś na „f" urozmaicenia odpowiada „jestem!", co ma niższe notowanie. Pani Giacci reaguje natychmiast, pokpiwając z niej wobec całej klasy. Uczennica Catinelli okazuje, jak zwykle, uznanie dla delikatnego humoru pani profesorki, tak delikatnego, że większość tego nie zauważa.
– Gervasi?
– Nieobecna – odpowiada ktoś z głębi klasy. Pani Giacci wstawia literkę „n" koło nazwiska Babi w dzienniku. Potem podnosi wzrok.
– Lombardi.
– Słucham, pani profesor.
– Co się stało, że Gervasi nie przyszła dzisiaj do szkoły?
Pallina trochę się denerwuje.
– Sama nie wiem. Wczoraj wieczorem rozmawiałam z nią przez telefon, skarżyła się, że nie czuje się najlepiej. Może dziś rano pogorszyło jej się i dlatego. – Pani Giacci patrzy na nią. Pallina wzrusza ramionami. Pani Giacci przymruża oczy. Dwie szczelinki nie do przeniknięcia. Pallina czuje dreszcz przebiegający jej przez plecy.
– Dziękuję, Lombardi, siadaj. – Pani Giacci powraca do sprawdzania listy obecności. Jeszcze raz jej spojrzenie krzyżuje się ze spojrzeniem Palliny. Na ustach nauczycielki pojawia się drwiący uśmieszek. Pallina robi się czerwona. Odwraca się z zakłopotaniem w drugą stronę. Czy profesorka coś wie? Na ławce jest napis, który ona sama wyrysowała: „Pallina i Pollo forever". Uśmiecha się. Nie, to niemożliwe.
– Marini.
– Obecna!
Pallina uspokaja się. Ciekawe, gdzie jest Babi w tej chwili. Pewnie już zjadła śniadanie. Piękne moritozzo, tę słodką bulkę ze śmietaną z Euclide, i cappuccino, sama pianka. Bardzo by chciała być teraz na jej miejscu, choć raczej z Pollem niż ze Stepem. Nie jest ładne to, co ładne, lecz jest ładne, co się podoba, to jej ulubione przysłowie. Pani Giacci zamyka dziennik i zaczyna wykładać. Przemawia pogodnie, niemal z radością. Promień słońca kładzie się na jej rękach. Na palcu, do którego dociera, stary pierścionek lśni fioletowym światłem.
Uciekają od hałasów budzącego się miasta, jeszcze czując w ustach piankę gorącego cappuccino i słodkiej śmietany z maritozzo. Łatwo było przewidzieć ten etap do pysznego Euclide na Flaminii, miejsca dyskretnego i odległego, gdzie można nie być dostrzeżonym. Jadą w stronę wieży. Flaminia w słońcu, wśród pól łagodnych, muśniętych zielenią, otwierających się miękko na krawędzie ciemniejszych lasów. Zjeżdżają z szosy. Motor rozchyla wysokie zboże, które natychmiast po jego przejeździe prostuje się niepokonane i zuchwałe. Zatrzymują się za wzgórzem, w pobliżu wieży. Na prawo, trochę niżej, senny pies pilnuje stadka ostrzyżonych owiec. Pasterz w dżinsach, paląc fajkę, słucha małego radia bez obudowy i nie przypomina wcale tamtych swoich dalekich poprzedników, którzy poszli do stajenki. Przesuwają się trochę wyżej. Są sami. Babi otwiera torbę. Pojawia się duża angielska flaga.
– Kupiłam ją w Portobello, kiedy byłam w Londynie. Pomóż mi ją rozciągnąć. Byłeś tam kiedykolwiek?
– Nie, nigdy. Ładnie tam?
– Bardzo. Ubawiłam się szalenie. Byłam w Brington przez miesiąc i kilka dni w Londynie. Pojechałam tam w ramach wymiany rodzinnej.
Rozkładają się na chorągwi już rozgrzani słońcem. Step słucha opowiadania o Londynie i o innych jej podróżach. Chyba mnóstwo miejsc zwiedziła i wszystko pamięta. Ale mało zainteresowany jej dawnymi podróżami i mętny wewnętrznie z niedospania, szybko usypia.
Kiedy się budzi, nie widzi Babi koło siebie. Podnosi się niespokojnie rozgląda się wokół. Dostrzega ją. Na wzgórzu, niżej. Jej łagodne ramiona wzniesione do góry. Woła ją. Nie reaguje. Kiedy podchodzi, odkrywa dlaczego. Słucha swojego sony. Babi patrzy w jego stronę. Jej spojrzenie nie wróży niczego dobrego. Odwraca wzrok i patrzy na dalekie pola. Step siada obok. I on nic nie mówi. Babi niedługo jednak wytrzymuje i zdejmuje słuchawki.
– Sądzisz, że wolno ci zasypiać, kiedy ja mówię do ciebie? – Jest naprawdę rozgniewana. – To znaczy, że nie masz dla mnie szacunku!
– Daj spokój, przestań. To znaczy, że jestem cholernie niewyspany.
Ona prycha i znowu odwraca się od niego. A Step znowu może odnotować, jaka jest piękna. Zwłaszcza teraz, kiedy się złości. Kiedy podnosi wysoko głowę i robi trochę śmieszną minę: z udziałem brody, nosa, czoła. Jej włosy rozjaśnione słońcem odbijają jego promienie i jakby oddychają zapachem zboża. Jest w tym piękno opuszczonej plaży, której surowe morze obrysowuje dalekie granice. Jej włosy, niczym spienione fale, otaczają jej twarz. Nieposłusznie zasłaniają ją trochę, I ona im na to pozwala.
Step pochyla się i zbiera do ręki tę przytulną piękność. Babi próbuje się odsunąć.
– Zostaw mnie!
– Nie mogę. To jest silniejsze ode mnie. Muszę cię pocałować.
– Powiedziałam ci, zostaw. Jestem obrażona.
Step nachyla się do jej ust.
– Przysięgam, że potem wysłucham wszystkiego. O Anglii, o Londynie, o innych twoich podróżach, o czym tylko chcesz.
– Powinieneś był słuchać przedtem!
Step wykorzystuje ten moment i całuje ją w locie, trafiając w usta nieprzygotowane, wpółotwarte. Babi jest szybka i zaciska je w porę. Trwa krótka przepychanka. W końcu Babi poddaje się jednak i pozwala się pocałować.
– Jesteś niegrzeczny brutal.
Słowa wyszeptane między ustami nazbyt bliskimi.
– To prawda. – Słowa, które nachodzą na siebie.
– Nie podoba mi się, że tak postępujesz.
– Nie będzie tego więcej, obiecuję.
– Już ci mówiłam, nie wierzę w twoje obietnice.
– No to przysięgam ci.
– Akurat mogłabym uwierzyć w twoje przysięgi…
– Okej, zgoda. Przysięgam na ciebie.
Babi uderza go pięścią. On przyjmuje cios żartobliwie. Obejmuje ją i zanurza się z nią w zboże. Z góry tylko słońce i niebo podpatrują ich w milczeniu. Trochę dalej opuszczona angielska flaga. A najbliżej dwa młode uśmiechy. Step bawi się przez chwilę guzikami jej koszuli. Zatrzymuje się, jeszcze niepewny. Jej zamknięte oczy nie reagują. Odpina jeden guzik, potem drugi, ostrożnie, żeby jakiś gwałtowniejszy ruch nie naruszył magii chwili. Jego ręka wślizguje się do środka, na biodro, czując ciało delikatne i ciepłe. Pieści je. Babi pozwala mu na to, obejmując go i całując coraz mocniej. Step, oddychając jej zapachem, zamyka oczy. Po raz pierwszy wszystko wydaje mu się inne. Nie musi się spieszyć, jest spokojny. Czuje w sobie dziwne wyciszenie. Jego dłoń schodzi po plecach w dół, do tej miękkiej fosy ciągnącej się do końca spódniczki. Lekkie podejście i miła zapowiedź. Zatrzymuje się. Tu blisko dwie małe dziurki wywołują uśmiech na jego twarzy i bardziej namiętny jej pocałunek. Delikatnie pieści ją nadal. Wraca do góry, aż do miękkich koronek. Zatrzymuje się przy zapięciu w próbie rozwiązania jego tajemnicy, ale nie tylko jego. Dwa haczyki? Dwa małe półksiężyce, co zakładają się jeden na drugi? Metalowa sprzączka w kształcie literki s, którą nakłada się z góry? Marudzi trochę. Ona patrzy na niego z zaciekawieniem, on zaczyna denerwować.