Выбрать главу

Dopiła kawę. Nalała sobie drugą i również wysączyła.

Tykanie kuchennego zegara wydawało się coraz głośniejsze, aż zmieniło się w rytmiczne dudnienie, poruszające z każdym uderzeniem wszystkie nerwy w j ej ciele.

Kiedy mama wróciła wreszcie do domu z mszy i weszła do kuchni przez drzwi prowadzące z garażu, Amy była spięta jak nigdy dotąd. Jej bluzkę na plecach i pod pachami pokrywały plamy potu. Chociaż wypiła gorącą kawę, miała wrażenie, że w jej żołądku zaległa wielka lodowa bryła.

– Dzień dobry, mamo.

Matka stanęła zdumiona, z jedną ręką na uchylonych drzwiach; z tyłu za nią widać było cieniste wnętrze garażu.

– Co ty tu robisz?

– Chciałabym…

– Powinnaś być w szkole.

– Zostałam w domu, bo chciałam…

– Czy to nie jest ostatni tydzień egzaminów?

– Nie. Egzaminy są w przyszłym tygodniu. W tym powtarzamy materiał do testów.

– To również jest ważne.

– Tak, ale chyba nie pójdę dziś do szkoły.

Mama zatrzasnęła i zamknęła na klucz drzwi do garażu, potem spytała:

– Co się stało? Jesteś chora?

– Niezupełnie. Ja…

– Co to znaczy niezupełnie? – spytała kładąc torebkę na ladzie przy zlewie. – Albo jesteś chora, albo nie. A jeśli nie jesteś, powinnaś być w szkole.

– Muszę z tobą porozmawiać – stwierdziła Amy. Matka podeszła do stołu i wbiła w nią wzrok.

– Porozmawiać? Ale o czym?

Amy nie mogła spojrzeć jej w oczy. Odwróciła wzrok wpatrując się w mętną zawiesinę fusów zimnej kawy na dnie swojego kubka.

– No więc? – spytała mama.

Amy miała w ustach tak sucho, że język przywarł jej do podniebienia. Przełknęła ślinę, oblizała spierzchnięte wargi, chrząknęła i w końcu powiedziała: – Muszę wybrać pewną sumę pieniędzy z mojego konta.

– O czym ty mówisz?

– Potrzebuję… czterystu dolarów.

– To absurd.

– Nie. Naprawdę ich potrzebuję, mamo.

– Na co?

– Wolałabym nie mówić. Matka wydawała się zdumiona.

– Wolałabyś nie mówić?

– Właśnie.

Zdumienie zmieniło się w konsternację.

– Pragniesz wybrać czterysta dolarów z pieniędzy przeznaczonych na czesne w twoim college'u i nie chcesz powiedzieć, co zamierzasz z nimi zrobić?

– Mamo, proszę. Przecież bądź co bądź sama je zarobiłam. Konsternacja przerodziła się w gniew.

– Posłuchaj mnie uważnie, młoda damo. Twój ojciec radzi sobie całkiem dobrze na prawniczej posadce, ale nie AŻ TAK dobrze. Nie jest F. Lee Baileyem. Zamierzasz iść do college'u, a to będzie dużo kosztowało. Aby go opłacić, będziesz potrzebowała pomocy. Prawdę mówiąc większość opłat będziesz musiała uiścić sama. Pozwolimy ci tu naturalnie mieszkać i zapłacimy za twoje wyżywienie, ubranie i opiekę medyczną podczas całego pobytu w college'u, ale opłaty za studia pozostawimy w twojej gestii. Po to masz konto oszczędnościowe. Kiedy za parę lat pójdziesz na uniwersytet i wyjedziesz, zamierzamy co pewien czas wysyłać ci pieniądze, ale czesne również będziesz musiała opłacać sama. Nie stać nas na nic więcej. I tak będzie to dla nas nie lada poświęceniem.

Gdybyś nie wydawała tyle pieniędzy usiłując wywrzeć wrażenie na ojcu O'Hara, jaka to jesteś oddana kościołowi św. Marii, gdybyście ty i tatuś nie przeznaczali lwiej części zarobków, by okazać, jacy jesteście dobrzy i szlachetni, może bylibyście w stanie zrobić coś więcej dla swoich własnych dzieci, pomyślała Amy. Miłość bliźniego zaczyna się we własnym domu, mamo. Czyż nie tak właśnie mówi nam Biblia? A gdybyś nie zmuszała MNIE do płacenia składek na kościół Św. Marii, miałabym teraz te cztery stówki, których mi potrzeba.

Amy pragnęła powiedzieć to wszystko na głos, ale nie miała dość odwagi. Nie chciała zupełnie odcinać się od matki, zanim jeszcze zdążyła powiedzieć jej o ciąży. Zresztą niezależnie od tego, jak usiłowałaby wyrazić swoje myśli, jakich słów by użyła, jej wypowiedź zabrzmiałaby z pewnością małostkowo i egoistycznie.

Ale przecież nie była egoistką, do cholery.

Wiedziała, że ofiarowywanie pieniędzy na kościół było dobrą rzeczą, ale musiały istnieć jakieś granice. I racje, dla których to czyniłeś, powinny być słuszne. W przeciwnym razie wszystko mijało się z celem. Czasami Amy podejrzewała, że jej matka miała nadzieję WYKUPIĆ sobie miejsce w niebie, a to z całą pewnością było niewłaściwym powodem zwracania się ku kościołowi.

Amy zmusiła się, by unieść wzrok, spojrzeć na matkę i uśmiechnąć się.

– Mamo, przecież ja już mam małe stypendium na przyszły rok. Jeśli będę pracować dostatecznie ciężko, prawdopodobnie uda mi się zdobyć stypendium na każdy następny rok, nawet jeśli nie będą to zbyt duże pieniądze. Podczas wakacji i w weekendy będę pracować, a wtedy pieniądze w banku powinny mi w zupełności wystarczyć. Zanim znajdę się na uniwersytecie Ohio, nie będę musiała prosić ciebie ani taty o pomoc, nawet nie będziecie musieli przysyłać mi pieniędzy na życie. Mogę wybrać teraz te cztery setki, mamo, stać mnie na to. Mogę sobie na to pozwolić.

– Nie – powiedziała mama. – I nie myśl sobie, że uda ci się wybrać te pieniądze z banku bez mojej wiedzy. Na koncie obok twojego widnieje również moje imię. Nie zapominaj, że wciąż jeszcze jesteś nieletnia. Dopóki mogę, zamierzam bronić cię przed sobą samą. Nie pozwolę ci wydawać pieniędzy przeznaczonych na college na modne nowe ciuchy, których nie potrzebujesz, albo jakąś głupią błyskotkę, którą zauważyłaś na sklepowej wystawie.

– Nie potrzebuję tych pieniędzy na nowe rzeczy, mamo.

– Nieważne. Nie pozwolę, żebyś…

– Ani na głupawe błyskotki…

– Nie obchodzi mnie, z jakiego głupiego powodu…

– Tylko na aborcję – dokończyła Amy.

Matka spojrzała na nią wytrzeszczając oczy. Spytała powoli:

– Na co?

Strach zadziałał jak zapalnik i Amy w mgnieniu oka wybuchnęła potokiem słów.

– Męczą mnie poranne mdłości, nie miałam ostatnio okresu, naprawdę jestem w ciąży, wiem, że jestem. To Jeny Galloway zrobił mi dziecko, ja tego nie chciałam, tak mi przykro, że to się stało, naprawdę mi przykro, nienawidzę samej siebie, naprawdę, ale muszę się poddać zabiegowi, po prostu muszę, proszę, proszę, JA MUSZĘ to zrobić!

Twarz mamy nagle pobladła, stała się biała jak płótno. Nawet jej usta były kredowobiałe.

– Mamo? Rozumiesz, że ja nie mogę mieć tego dziecka? Po prostu nie mogę go urodzić, mamo.

Mama zamknęła oczy. Zakołysała się i przez chwilę wydawało się, jakby miała zemdleć.

– Wiem, że źle zrobiłam, mamo – powiedziała Amy i zaczęła płakać. -Czuję się zbrukana. Nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek poczuję się czysta. Nienawidzę siebie. I wiem, że aborcja jest jeszcze gorszym grzechem niż to co zrobiłam. Wiem o tym i obawiam się o swoją duszę. Ale jeszcze bardziej lękam się przyszłości i urodzenia dziecka. Mam do przeżycia swoje własne życie, mamo. CHCĘ ŻYĆ WŁASNYM ŻYCIEM! CHCĘ SIĘ NIM NACIESZYĆ! MAM SWOJE ŻYCIE!

Oczy mamy otworzyły się. Spojrzała na Amy i usiłowała coś powiedzieć, ale była zbyt wstrząśnięta, aby wydobyć z siebie choć słowo. Jej usta poruszyły się bezdźwięcznie.

– Mamo?