– Lepiej się nie spiesz, bo może jeszcze będziesz tego żałował. – Anna również zaczęła mu mówić po imieniu.
– Aw, cher – zaczął w kajuńskim żargonie, przyciągając ją jeszcze bliżej. – Chyba nie chcesz złamać mi serca?
Poczuła jego oddech na swoim uchu. Było to zmysłowe, pełne erotyzmu doznanie.
– Przykro mi, ale twoje wdzięki nie robią na mnie żadnego wrażenia.
– Naprawdę? Myślę, że chcesz mnie okłamać – rzucił głębokim męskim głosem.
Miał rację. Niestety, miał rację. Spojrzała mu w oczy, udając chłód i rozdrażnienie.
– Nudzą mnie zbyt pewni siebie mężczyźni. Lepiej poszukaj sobie jakiejś łatwiejszej sztuki, która da się nabrać na twoje chwyty.
Chciała mu się wyrwać, ale trzymał ją mocno.
– Zlituj się nad kajuńskim chłopcem i zatańcz ze mną do końca.
– Z takim nazwiskiem wątpię, żebyś miał choć odrobinę francuskiej krwi w żyłach. Już raczej irlandzką whiskey!
Zaśmiał się.
– Źle mnie oceniasz, Anno.
– Dalton mówił, że mnie obserwowałeś. Dlaczego?
– A jak sądzisz?
– Nie wygłupiaj się. I nie mów mi tylko, że jestem najładniejszą dziewczyną w „Tipitinie“, bo i tak w to nie uwierzę.
Malone nagle spoważniał.
– Może uznałem, że potrzebujesz ochrony…
– Przed kim miałbyś mnie chronić? Przed Daltonem? – prychnęła pogardliwie. – Daj spokój!
Mocna ręka zacisnęła się na jej talii.
– Przed kimś, kto przychodzi w takie miejsca na łowy. Przed drapieżnikiem, który szuka rozbawionych, nieuważnych kobiet. Takich jak ty.
– O ile wiem, tylko ty na mnie patrzyłeś.
– Tak, ale ja jestem twoim sprzymierzeńcem.
– Skąd mam to wiedzieć? – spytała, zła na niego za to, że usiłuje ją przestraszyć. – Tylko dlatego, że jesteś policjantem?
– Chociażby.
– Przykro mi, ale to nie budzi mojego zaufania. – Nagle z wściekłością mu się wyrwała. – I co to znaczy, że jestem „rozbawiona i nieuważna“? Może chciałeś powiedzieć: „łatwa“?
– Nie, wcale nie o to chodziło. Posłuchaj, zginęły dwie rudowłose kobiety. Obie spędzały wieczór w towarzystwie przyjaciół, świetnie się bawiąc. Obie były ładne. Oczywiście nie ma w tym nic złego. Tyle że przyciągnęły uwagę mordercy.
Poczuła na całym ciele gęsią skórkę. Potrząsnęła głową i spojrzała na niego.
– Chcesz mnie przestraszyć?
– Tak. Ci, którzy się boją, są ostrożni.
Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu. Przed oczami stanęły jej obrazy z przeszłości. Ufna trzynastoletnia dziewczyna i niewinny sześcioletni chłopiec. Nigdy tego nie zapomni.
– Czasami ostrożność nic nie znaczy – powiedziała drżącym głosem. – Czasami wszystko dzieje się przypadkiem. Nic mi nie jest, panie Malone. Chcę być sama.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie, potrącając tańczące pary. Niektórzy patrzyli na nią ze zdziwieniem, inni z irytacją. Jednak Quentin nie zostawił jej samej. Dogonił ją przy zejściu z parkietu dla tańczących.
Złapał ją za łokieć, więc musiała się do niego odwrócić.
– Przepraszam, jeśli cię uraziłem.
– Dobrze. A teraz daj mi spokój. – Wyswobodziła się i podeszła do Daltona. – Wracam do domu. Daj mi torebkę.
– Naprawdę? – Patrzył zmieszany to na nią, to znów na Malone’a. – Czyżby coś nie tak? Nic nie rozumiem. Co się…?
– Nic, po prostu tak działam na kobiety – mruknął Quentin. – Za dużo gadamy. To przekleństwo klanu Malone’ów.
Anna nawet się nie uśmiechnęła, tylko wyciągnęła rękę.
– Poproszę o torebkę. I kurtkę.
Dalton podał jej te rzeczy.
– Zaczekaj, poszukam Billa i pójdziemy razem.
– Nie ma potrzeby. Bawcie się dobrze. – Pocałowała go w policzek. – Pożegnaj ode mnie Billa. Cześć, do jutra.
Dalton wahał się i w tym momencie raz jeszcze wtrącił się Malone:
– Niech się pan nie przejmuje, sam ją odprowadzę. Dam tylko znać partnerowi.
Anna nie sądziła, że stać go będzie na taką bezczelność. Natychmiast zaprotestowała:
– Nic z tego! Pożegnamy się tutaj!
Ruszyła do wyjścia, a on za nią.
– Wiem, że jesteś zła, ale nie bądź głupia. Zginęły już dwie kobiety.
Nie bała się, nie chciała dać się zastraszyć. Dzielnica Francuska była jej domem, miała tutaj mnóstwo przyjaciół. Z powodu tego, co się kiedyś stało, bała się wielu miejsc, ale nie tego.
– Posłuchaj, zwalniam cię z wszelkiej odpowiedzialności. Spocznij. I dobranoc – rzuciła.
Podeszła do drzwi. Malone był tuż za nią.
– Wobec tego wezwę taksówkę.
– Nie.
– Anno, to nie są żarty. W tym mieście grasuje morderca.
– A także gwałciciel i porywacz – rzuciła rozpaczliwie i wzięła kilka głębokich oddechów, żeby się uspokoić. – Ale ja nie mogę żyć w ciągłym strachu. Ta dzielnica to mój dom, a do siebie mam zaledwie parę przecznic. Wszędzie tutaj mieszkają moi przyjaciele. Mogę ich wezwać w razie potrzeby. Poza tym chodziłam tędy setki razy i nigdy nie miałam problemów.
Gdy te argumenty nie zrobiły na nim żadnego wrażenia, postanowiła zmienić taktykę.
– Dobrze, możesz mnie odprowadzić, jeśli ci to pomoże – rzekła z udawanym rozdrażnieniem. – Powiedz o tym swojemu partnerowi, a ja zaczekam. – Zmarszczyła groźnie brwi. – Byle nie trwało to zbyt długo.
Z ulgą skinął głową.
– Świetnie, zaraz wracam. – Chciał już odejść, ale jeszcze spojrzał na nią. – Tylko obiecaj, że mi nie uciekniesz.
Wyciągnęła dwa palce do góry.
– Skautowskie słowo honoru.
Gdy tylko zniknął jej z oczu, natychmiast odwróciła się i wyszła. Uśmiechnęła się, zadowolona z własnego pomysłu, chociaż czuła się też trochę winna. A przecież nie powinna robić sobie żadnych wyrzutów. W końcu to on narzucił jej swoje towarzystwo. No i nigdy nie była skautem.
Szła szybko w obawie, że Malone zacznie ją gonić. Zacisnęła ze złością szczęki. Co za pewny siebie, nadęty głupek! Być może przy takim uporze i determinacji jest niezłym gliną, ale zupełnie nie nadaje się na podrywacza.
Skurczyła się w swojej skórzanej kurtce. Brakowało jej towarzystwa Daltona i Billa. Jednak ulice, ich odgłosy i zapachy wciąż wydawały się przyjazne. Nagle coś zaczęło ją niepokoić. W czasie kiedy bawiła się w „Tipitinie“, spadł zimny, rzęsisty deszcz. Chodniki były mokre i śliskie jak brzuchy ryb, a jej cienkie buty zaczęły przemiękać. Zrobiło się jeszcze zimniej.
Skręciła w Jackson Square. Sklepy były pozamykane. Spojrzała na zegarek. Dochodziła pierwsza. Myślała, że jest znacznie wcześniej.
Dwie rudowłose kobiety zostały zamordowane, pomyślała. Obie bawiły się z przyjaciółmi. Anna zaklęła pod nosem i przyspieszyła. Teraz nie czuła się już tak bezpiecznie. Cholerny Malone! Przeklęty traf, że akurat na niego musiała się natknąć! A tak było jej przyjemnie tego wieczoru. Jej myśli wciąż krążyły wokół zamordowanych kobiet. Czytała o nich w „Times Picayune“, ale nie było tam żadnej wzmianki o ich włosach. Dziennik nie kładł też nacisku na to, że obie wcześniej bawiły się w lokalach. Pisał za to, że je uduszono. A wcześniej brutalnie zgwałcono.
Anna zadrżała. Cisza, która panowała dookoła, wydała się nienaturalna, a puste ulice nieprzyjazne. Zaczęła wsłuchiwać się w odgłosy swych kroków i wydało jej się, że słyszy za sobą ciężkie, męskie stąpanie.
Potęga sugestii!
Po chwili usłyszała je jednak wyraźniej. Zaledwie kilkadziesiąt metrów za sobą! Jeszcze raz przeklęła Malone’a i przyspieszyła. Kroki za nią również stały się szybsze. Zatrzymała się. Znów otoczyła ją cisza, słyszała tylko walenie swego serca. Z trudem zdołała zerknąć za siebie. Chodnik wyglądał na pusty. Spojrzała nieco dalej i cienie wokół placu wydały jej się żywe i przerażające. Otworzyła usta, ale powstrzymała krzyk. Pomyślała, że musi nad sobą panować. Ruszyła naprzód, przyspieszając w chwili, gdy znów znów usłyszała za sobą męskie kroki.