Выбрать главу

Zginęły dwie rudowłose kobiety.

Naprawdę przerażona, zaczęła biec. Przecięła Jackson Square, minęła przytłaczającą w swym ogromie katedrę i skręciła w St. Ann, a potem Royal. Z każdym krokiem zbliżała się do swego mieszkania, ostatniego bezpiecznego azylu. Mężczyzna wciąż szedł za nią.

Czółenka, które miała na nogach, tylko spowalniały jej bieg, dlatego zrzuciła je, ale zaraz krzyknęła, gdy coś ostrego wbiło jej się w stopę. Biegła, ciężko dysząc. Serce waliło jej jak młotem, a głowę wypełniał szum krwi. Teraz nic już nie słyszała. Prawie dotarła do domu, zostały tylko cztery przecznice. Po lewej miała wąską uliczkę, biegnącą między dwoma rzędami budynków. Skrót, pomyślała. Gdyby pobiegła tędy, dotarłaby na miejsce znacznie szybciej. Robiła to tysiące razy. Bez dłuższego namysłu skręciła w uliczkę. Otoczyła ją ciemność. Anna próbowała skoncentrować się wyłącznie na biegu. Za sobą usłyszała odgłos toczącej się po asfalcie metalowej puszki.

Znalazł ją. Była z nim sam na sam.

Dobry Boże! Zamiast go zwieść, sama wpakowała się w pułapkę. Narastał w niej strach, który odbierał władzę nad ciałem. Nie mogła racjonalnie myśleć. Traciła cenne sekundy. Rzuciła się przed siebie, oczami duszy widząc, jak morderca ją dogania.

Jej prześladowca opuścił swą kryjówkę w cieniu. Zobaczyła wreszcie koniec uliczki. Pospieszyła w tamtym kierunku i wpadła wprost na Quentina Malone’a. Zaczęła płakać ze szczęścia, kiedy zacisnęły się wokół niej jego silne, męskie ramiona. Uniósł jej głowę. Zobaczyła, że patrzy na nią bardzo poważnie.

– Anno, co się stało?

Z trudem złapała oddech.

– K… ktoś m… mnie gonił!

Odsunął się od niej i spojrzał w dół uliczki.

– Gdzie to było? – spytał rzeczowo.

– T… tu – pokazała ręką. – I wcześniej.

– Zostań tutaj. Zobaczę tylko…

– Nie! Nie zostawiaj mnie!

– Muszę, Anno. – Odsunął jej rękę. – Stań tutaj. W świetle będziesz bezpieczna.

Wciąż chlipiąc, stanęła pod latarnią, tak jak jej kazał. Szczękała zębami, ale nie dlatego, że było jej zimno. Wciąż myślała o swoim prześladowcy. Malone wrócił, jak powiedział, po paru minutach, chociaż miała wrażenie, że trwało to całą wieczność.

– Nikogo tam nie ma – powiedział. – Nie widziałem nic niezwykłego. Jesteś pewna, że ktoś cię gonił?

– Tak. – Skurczyła się jeszcze bardziej. – Słyszałam go…

– I co jeszcze?

– Najpierw usłyszałam za sobą jego kroki.

– Kiedy to było?

– Zaraz po tym, jak… jak wyszłam.

Spojrzał na nią przeciągle, jakby rozważał wszystkie szczegóły związane z tą informacją. Również ton jej głosu.

W końcu skinął głową.

– Odprowadzę cię do domu.

Tym razem już się nie sprzeczała. Szła blisko, wdzięczna za to, że zechciał jej pomóc.

– Dlaczego dzwonisz zębami? – spytał. – Tak ci zimno?

– Jestem bosa – wyjaśniła.

Dopiero teraz spojrzał na jej stopy i aż gwizdnął ze zdziwienia.

– Przecież ty nie masz butów! – wykrzyknął.

– Właśnie mówiłam. Musiałam je zrzucić w czasie ucieczki.

– Poszukam ich.

– Nie, to nie ma sensu. Chcę jak najszybciej wrócić do domu.

Spojrzał na nią, marszcząc czoło.

– Mógłbym cię ponieść.

– Nie, dziękuję. Poradzę sobie.

Miał taką minę, jakby chciał zacząć kłótnię, ale w końcu skinął głową. Popatrzył na nią, a potem na ciemną uliczkę.

– Chciałbym dokładnie usłyszeć, co się stało.

Opowiedziała mu o mokrych ulicach, narastających krokach i ucieczce.

– Jesteś pewna, że ktoś cię cały czas ścigał?

– Tak – odparła bez wahania. – Kiedy dobiegałam do końca uliczki, usłyszałam stukot. Musiał wpaść na jakąś puszkę.

– Ale nie słyszałaś kroków?

Potrząsnęła głową.

– Nie, szumiało mi w uszach i ciężko dyszałam. Słyszałam tylko siebie.

Milczał przez chwilę, rozważając wszelkie możliwości tego wydarzenia.

– A może to byłem ja? – mruknął.

Aż się zatrzymała i spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Co takiego?!

– Kiedy zorientowałem się, że wyszłaś, spytałem Daltona, jak mogę do ciebie dotrzeć. Szłaś przez St. Peter i St. Ann? – Potwierdziła. – Być może do tej uliczki słyszałaś moje kroki…

– A puszka?

– Jakiś kot wskoczył do pojemnika na śmieci.

Znowu ruszyli. Czy rzeczywiście wyobraźnia podsunęła jej najgorszy scenariusz? Czy niepotrzebnie się bała?

– Sama nie wiem. Zwykle tak nie reaguję…

Chyba że jest noc i myślę o Kurcie, pomyślała. Wtedy dopadają mnie zmory przeszłości.

– To twój dom? – spytał, wskazując ciemną bryłę budynku.

Potwierdziła, a potem wydala okrzyk bólu, bo znowu trafiła na coś ostrego.

– Uu! Zaczekaj.

Złapała go za ramię, a potem spojrzała na swoją stopę, z której powoli kapała krew. Uniosła głowę, krzywiąc się z bólu.

– To musiało być szkło. Jakiś duży kawałek.

– Zaraz sprawdzę.

Obejrzał stopę Anny, mruknął coś pod nosem i już bez pytania wziął ją na ręce. Aż krzyknęła zaskoczona.

– Daj spokój! Postaw mnie!

– Nic z tego. – Ruszył do furtki. – Powinienem był to zrobić wcześniej.

– Będzie głupio, jak ktoś nas tak zobaczy.

– Pomyślą, że jesteśmy nowożeńcami. Poza tym nie tak często mam okazję pomóc cierpiącej damie.

– Przecież jesteś policjantem.

– Tak, ale wołają mnie do nich, kiedy są już martwe. Ty jesteś wyjątkiem. Masz klucze?

Sięgnęła do torebki.

– Okrągły jest od furtki, a prostokątny od mieszkania – wyjaśniła.

Po paru minutach znaleźli się w jej łazience. Anna siedziała na jednym brzegu wanny, a Malone, który trzymał jej stopę, na drugim. Wcześniej zadzwoniłdo Ósemki, wyjaśnił, co się stało i poprosił, żeby paru umundurowanych policjantów przeszukało okolice „Tipitiny“. Prosił też o kilka informacji z klubu.

Teraz oglądał uważnie jej stopę.

– Ech, to naprawdę szkło – mruknął. – Zdaje się, że po butelce piwa. Taka już jest ta nasza Dzielnica Francuska.

Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

– Myślisz, że trzeba to szyć?

Quentin zmarszczył brwi, słysząc jej drżący, wystraszony głos.

– Mam nadzieję, że nie zemdlejesz.

– Spróbuję – szepnęła i zagryzła wargi. – Trudno mi znieść widok krwi. – Wciągnęła głęboko powietrze. – Wiesz, dlaczego…

– Domyślam się.

Wstał i namoczył ręcznik zimną wodą, a następnie zaczął bardzo delikatnie przemywać ranę. Prawie nie bolało.

– Rozcięcie nie wygląda na głębokie. Myślę, że sam sobie poradzę.

To była jej jeszcze jedna obsesja. Nienawidziła wizyt w szpitalach czy choćby u lekarza.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. – Raz jeszcze wstał i sięgnął do apteczki. – Potrzebuję czegoś, żeby odkazić skaleczenie, jałowej gazy i plastra. Przydałyby się też szczypce. Masz to wszystko?

Skinęła głową.

– Na górnej półce. W jednym pojemniku.

Po chwili rozpoczął operację.

– Złap się za coś. To może trochę boleć.

Polał szczypce spirytusem. Anna zamknęła oczy i chwyciła za uchwyt przy wannie, spodziewając się przeszywającego bólu. Gdy Malone pociągnął za szkło, krzyknęła.