– Nie, z tym nie! Pewnie, że nie!
– Co znaczy to pewnie, że nie.
– Że akurat ten moment był tak piękny, tak wyjątkowy, tak fantastyczny, że uznałem, iż byłoby głupotą go przerywać. Jakby ci to powiedzieć, że to by było niestosowne…
Rzuca się na łóżko tuż obok, jakby dawała nura na poduszkę.
– Tyś kompletnie oszalał… I co my teraz zrobimy?
– No, dajże mi chwilę odsapnąć i skoro chcesz, niedługo możemy zacząć od początku. Znowu masz ochotę poprowadzić?
– Ale nie, pytam, co mamy robić, co mamy robić, sam rozumiesz, nie udawaj! Nie rób sobie ze wszystkiego żartów… gdzie my tu dostaniemy tę pigułkę, którą się zażywa już po, na wszelki wypadek, i to w Wietnamie? To przecież absurd, nigdy jej tu nie dostaniemy!
– Wobec tego jej nie szukajmy.
– Jak to?
– Skoro i tak jej tu nie dostaniemy, to przecież nie ma sensu jej szukać, czyż nie?
Całuję ją. Siedzi przez chwilę skonsternowana. Ale pozwala mi się całować. Choć niespecjalnie odwzajemnia mi pocałunki Przerywam i patrzę na nią.
– A więc? – Ma śmieszny wyraz twarzy. Jest zaskoczona a zarazem niepewna. – To, co mówisz, nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, a więc…
– A więc, jak już powiedziałem, nie będziemy jej szukać. Odetchnę chwilę i możemy znowu zaczynać.
Kręci głową i się uśmiecha, szalona tak samo jak ja, całuje mnie. Głaszcze i znowu całuje. I zaraz jestem gotowy do powtórki z rozrywki. Postanawiam, że tym razem to ja poprowadzę, bez pośpiechu, bez gwałtownego dodawania gazu, łagodnie przyspieszać. I gdy zachód słońca znów zaczyna swoją ulubioną zabawę w chowanego, my raz jeszcze osiągamy apogeum rozkoszy, tym razem niczego przed sobą nie ukrywając, śmiejąc się, w całkowitej harmonii, jeszcze większej niż poprzednio. W oparach absurdu. Oszaleli z miłości. I od tego wszystkiego, co nas czeka.
Później. W dziwnym pubie, nazwanym przez obdarzonych zmysłem ironii wietnamskich właścicieli Apocalipse Now, popijamy sobie piwo. Gin z zapamiętaniem pisze coś w swoim pamiętniku.
– Ej, można zapytać, co też za nową wersję Boskiej Komedii właśnie płodzisz? Od kiedy tu usiedliśmy, ty nie robisz nic innego, tylko piszesz, a co z rozmową? Przecież związek opiera się na dialogu, czyż nie?
– Ciii! Staram się uchwycić moment.
Gin dopisuje pospiesznie ostatnie słowo i zamyka pamiętnik.
– Gotowe! Bridget Jones to przy tym fraszka. Będzie bestseller na skalę światową!
– Co tam napisałaś?
– To, co dziś zrobiliśmy.
– I tyle czasu ci zajmuje opisanie jednego dymanka?
– Cham!
Wystarczy jedna chwila. Gin wylewa na mnie swoje piwo. Kilku Wietnamczyków się odwraca. Najpierw się śmieją, a następnie milkną, zaniepokojeni, niepewni tego, co się zaraz wydarzy. Macham głową, by spłynęły mi z twarzy ostatnie krople piwa. Na tyle, na ile to możliwe, wycieram się koszulką. Po czym się do nich uśmiecham, starając się dać im do zrozumienia, że to nic takiego.
– Wszystko w porządku… taka już jest! Ponieważ inaczej nie potrafi, to by powiedzieć kocham cię, chlusta piwem.
Nie rozumieją, ale się uśmiechają. Gin też się uśmiecha, udając sympatyczną. Pociąga łyk piwa.
– Chcesz wiedzieć, co takiego napisałam? Wszystko! Nie tylko o tym, że się kochaliśmy, ale też to, co się stało. To część naszego przeznaczenia. Być może za sprawą tego jednego momentu będziemy mieli dziecko. I już na zawsze pozostaniemy razem.
– Na zawsze? Wiesz, rozmyśliłem się. Według mnie w Wietnamie też da radę znaleźć tę pigułkę. Przystąpmy do poszukiwań choćby od razu!
Odskakuję pospiesznie, robiąc unik akurat wtedy, kiedy Gin usiłuje na mnie wylać resztkę piwa, która jej została na dnie kufla. Tym razem pudłuje. Wietnamczycy zaśmiewają się rozbawieni i klaszczą. Załapali, o co w tym wszystkim chodzi, z grubsza. Kłaniam się w ich stronę. Zaczynają intonować dziwacznym, choć zgodnym chórem: – Ti amo… ti amo… ti amo. - Śmiesznie to wymawiają, ale rzeczywiście zajarzyli, o co chodzi. Nie zdążam się podnieść. Kufel piwa trafia mnie prosto w brzuch. -Ała! – Tym razem to Gin się kłania, a Wietnamki reagują żywiołowymi okrzykami. Nie wiem, czy będziemy mieli dziecko. Ale jedno jest pewne. Jeśli znaleźlibyśmy się w tarapatach, to w każdej chwili możemy założyć trupę aktorską i ruszyć w trasę z naszymi przedstawieniami.
Malezja. Perentian. Tioman.
Opaleni na złoto, zdrowi, lekko nawet tu i ówdzie spieczeni przez to słońce, które cały czas nas nie odstępowało. Spacerujemy sobie. Popołudnie, które niczym nie różni się od tylu innych. Jak to zwykle, ilekroć jest się na wakacjach. Przystajemy obok wyciągniętego w cieniu palmy malarza i wybieramy bez pośpiechu.
– O, ten!
Jeden z wielu obrazów postawionych na piasku, niczym olbrzymie, kolorowe muszle, które ktoś postanowił osuszyć na słońcu. Wybieramy go razem, rozbawieni faktem, że ten sam przyciągnął naszą uwagę.
– Ale jesteśmy zgrani, co. Step?
– Właśnie.
Płacę mu 5 dolarów, pakuje nam go i zabieramy go ze sobą, powoli zawracając w stronę naszego bungalowu.
– Martwię się.
– Czym? Brzuchem? Jeszcze za wcześnie.
– Idiota! Wydaje mi się to jakieś dziwne. Minęło już dziesięć dni, a my jeszcze ani razu się nie pokłóciliśmy! Ani jednego razu. Jesteśmy razem od rana do wieczora i nic, ani jednej awantury.
– No, sorry, ale czyż nie lepiej w takim razie spojrzeć na to inaczej: spędzamy ze sobą wszystkie noce i każdej z nich zawsze…
Gin odwraca się gwałtownie. Robi groźną minę.
– Się kochaliśmy! Tylko się nie denerwuj. Nie ma sensu, żebyś krzywo na mnie patrzyła! I tak miałem zamiar dokładnie tak powiedzieć. Spędzamy ze sobą każdą noc i zawsze się kochamy.
– Tak… tak… jasne.
– Chociaż… – Idziemy przed siebie. – Sorry, co. Gin. Ale powiedzenie, że zawsze się pieprzyliśmy, jest znacznie bardziej adekwatne.
Zaczynam biec. – Idioto. Lepiej się przyznaj, że zachciało ci się awantury. Ona też zaczyna biec i stara się mnie dogonić. Pospiesznie otwieram drzwi do bungalowu i wskakuję do środka. Po chwili ona też się zjawia.
– To co… zebrało ci się na kłótnię.
– Nie, ale sama rozumiesz… – Wskazuję jej okno. – Jest już prawie ciemno. Późno się zrobiło, jeśli mamy się kłócić, to kłóćmy się za dnia!
– Przyciągam ją do siebie. – Bo nocą…
– Nocą? – podchwytuje Gin.
– Mamy się kochać, dobrze? Będziemy mówić, tak jak ty wolisz.
– Okay.
Uśmiecha się. Całuję ją. Jest prześliczna. Cofam się kilka kroków. Też się uśmiecham.
– Ale teraz będziemy się pieprzyć! – Znów mnie uderza. Ale zaraz przestaje. Pogrążamy się w świeżych prześcieradłach, które pachną morzem. I kochamy się, pieprząc.
63
Spędziliśmy na wyspie wiele dni. I prawdą jest, że wcale się nie kłóciliśmy. Wręcz przeciwnie. Co więcej, dobrze się bawiliśmy. Nigdy bym nie pomyślał, że coś podobnego jest w ogóle możliwe, i to na dodatek z kimś płci żeńskiej… Jednego wieczoru błądziłem gdzieś pośród morskich fal. Wydawały mi się rozkoszne, łagodne i ciepłe, woda była płytka, żadne prądy nie zakłócały jej harmonii. A może to wszystko zasługa tego pocałunku, tak pięknego i prostego, do którego między nami doszło. Tak zwyczajnie, w ciszy, wpatrzeni sobie w oczy, objęci, w blasku księżyca, sam pocałunek, nic więcej. Śmialiśmy się, gadaliśmy, cały czas przytuleni. Piękno wyspy takiej jak ta polega na tym, że jesteś wolny od wszelkich zobowiązań. Wszystko, co robisz, to robisz, bo masz na to ochotę, a nie dlatego że musisz. Każdego wieczoru jemy w małej restauracyjce. Jest cała z drewna i znajduje się nad samym morzem, do tego stopnia, że wystarczy pokonać trzy stopnie, by się znaleźć w wodzie. Czytamy menu, choć nie bardzo rozumiemy, co tak naprawdę jest tam napisane. W końcu i tak zawsze domagamy się wyjaśnień. Wszyscy ludzie, którzy tam pracują, są bardzo uprzejmi i uśmiechnięci. Po wysłuchaniu ich mniej lub bardziej zrozumiałych wyjaśnień, pełnych pokazywania na migi i wybuchów śmiechu, za każdym razem decydujemy się na jakieś inne danie. Chyba dlatego, że mamy ochotę spróbować każdego z nich w nadziei, że prędzej czy później przynajmniej jedno nam posmakuje. Ale przede wszystkim dlatego, że jest nam tak dobrze.