– Tylko proszę pamiętać, bez żadnych dziwnych sosów, bez niczego na wierzchu. Nothing, nothing…
Oni, kiedy tylko usłyszą, że zwracamy się do nich w ten sposób, od razu potakują skinieniem głowy. Zawsze. Także wtedy, kiedy wygadujemy nawet najbardziej niedorzeczne rzeczy. Ostatecznie nigdy nie wiemy, co takiego naprawdę nam przyniosą. Czasami się udaje, czasami nie. Staram się doradzić coś Gin.
– W każdym razie jeśli się zdecydujesz na smażone „pescado”, to na pewno nie masz powodu do obaw.
Śmieje się.
– Matko święta, staruch z ciebie. Cały urok polega na tym, by wciąż próbować coś nowego.
Rozglądam się wokół. Na tej wyspie nie ma prawie nikogo. Przy jednym z oddalonych stolików jakaś para jest w trakcie jedzenia. Są od nas starsi i zachowują się znacznie ciszej. Czy to normalne, że z wiekiem ludzie mają sobie coraz mniej do powiedzenia? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nie spieszy mi się. Sam się przekonam, kiedy nadejdzie właściwy moment. Za to Gin mówi strasznie dużo, o tym i owym, o rzeczach zabawnych i ciekawych. Wtajemnicza mnie w epizody ze swojego życia, których inaczej nigdy bym nie poznał, nawet nie byłbym sobie w stanie ich wyobrazić, gdyby nie jej opowieści. I słucham, patrzę jej prosto w oczy, ani na chwilę nie odrywając od niej wzroku. A poza tym zawsze ma całą masę propozycji.
– Słuchaj, wpadłam na świetny pomysł. Jutro wybierzemy się na wyspę, tę, która jest z przodu, albo czekaj, weźmiemy łódkę i pójdziemy łowić ryby, nie, nie, coś lepszego przyszło mi do głowy, pochodzimy sobie po wyspie… Ha, i co ty na to?
Uśmiecham się. Nie mówię jej nawet, że cała wyspa ma średnicę bez mała jednego kilometra.
– Jasne, świetny pomysł.
– Ale który jest świetny? Przecież są aż trzy!
– Wszystkie trzy są świetne.
– Czasami wydaje mi się, że się ze mnie nabijasz.
– Dlaczego tak mówisz? Jesteś prześliczna.
– Widzisz, nabijasz się ze mnie.
Wstaję, siadam obok niej i ją całuję. I to długo. Bardzo długo. Z zamkniętymi oczami. To absolutnie wolny pocałunek. A wiatr próbuje przecisnąć się pomiędzy naszymi ustami, naszym uśmiechem, naszymi policzkami, naszymi splątanymi włosami… I nic, bezskutecznie, nie daje rady się przecisnąć. Nic nas nie rozdziela. Słyszę jedynie plusk małych fal rozpryskujących się pod nami, to oddech morza, który jest echem naszych oddechów, o słonym smaku… I o smaku jej samej. I na chwilę ogarnia mnie strach. Czyżbym znów chciał się zatracić? A potem? Co będzie dalej? Bo ja wiem. Daję się ponieść. Zatracam się w tym pocałunku. I przestaję się zamartwiać. Bo ten strach mi odpowiada, jest zdrowy. Gin nagle odrywa swoje usta od moich, odsuwa się i wpatruje we mnie.
– Ej, dlaczego tak się na mnie patrzysz? O czym myślisz? Sięgam do jej włosów, które za sprawą wiatru opadły jej na twarz.
Zbieram delikatnie wszystkie pasma i trzymam przez chwilę w dłoni. Odgarniam je do tyłu, odsłaniam jej twarz, która jest teraz jeszcze piękniejsza.
– Chcę się z tobą kochać.
Gin wstaje. Bierze kurtkę. Przez chwilę wygląda, jakby ogarnęła ją złość. Ale już po chwili się odwraca i uśmiecha się do mnie promiennie.
– Już mi minął głód. Idziemy?
Wstaję, zostawiam na stole pieniądze i ją doganiam. Zaczynamy się przechadzać po wilgotnym piasku, w miejscu, do którego raz po raz docierają fale. Obejmuję ją. Noc. Księżyc. Łagodne podmuchy wiatru. Gdzieś w oddali, na morzu widać łodzie. Białe żagle łopoczą. Wyglądają jak chusteczki, którymi machają nam na pożegnanie. Ale nie, my nie wyjeżdżamy. Jeszcze nie. Morskie fale pieszczotliwie gładzą nas po kostkach, dyskretnie przy tym szemrząc. Są ciepłe, leniwe, ciche. Potrafią uszanować momenty takie jak ten. Są niczym preludium do pocałunku, który pragnie posunąć się dalej. Obawiają się, by swoim odgłosem niczego nie zakłócić. Pojawia się kelner i przynosi nam do stołu talerze. Ale nas nie zastaje. I wtedy nas dostrzega. Oddaliliśmy się już nieco. Woła do nas. – Jutro, zjemy jutro. – Koleś kręci głową i się uśmiecha. Tak, to doprawdy przepiękna wyspa. Tutaj wszyscy potrafią uszanować miłość.
64
Kiedy byłem mały i wracałem z wakacji, Rzym za każdym razem wydawał mi się inny. Czystszy, bardziej uporządkowany, z mniejszą liczbą samochodów, z nieoczekiwanie pozmienianymi kierunkami ruchu, z nową sygnalizacją świetlną. Tym razem wydaje mi się identyczny jak wtedy, kiedy wyjeżdżaliśmy. To Gin wydaje mi się inna. Patrzę na nią, tak żeby się nie zorientowała. Czeka posłusznie w kolejce, aż będziemy mogli wsiąść do taksówki. Co pewien czas poprawia włosy, wzburzając je sobie trochę, odgarnia je z twarzy, a one, wciąż jeszcze przesiąknięte słonym zapachem morza, podporządkowują się jej życzeniu. Nie, nie tyle inna. Po prostu bardziej kobieca. Oparła sobie o nogi worek, a przez prawe ramię przewiesiła plecak, nawet niezbyt ciężki. Surowa i wyprostowana, ale o lekko zaokrąglonych kształtach. Odwraca się, patrzy na mnie i się uśmiecha. Czyżby została mamą? O Boże, czy rzeczywiście spodziewa się dziecka? Ja chyba naprawdę wtedy oszalałem. Patrzy na mnie zaintrygowana, może nawet starając się odgadnąć, co chodzi mi po głowie. Za to ja patrzę na nią i usiłuję odgadnąć, co kryje się w jej brzuchu. Czyżbym miał do czynienia z dwiema osobami zamiast jednej? Przypominam sobie taki film, który widziałem jako dziecko. Historia Ligabue. Ale nie tego piosenkarza. Malarza. Kiedy Ligabue patrzy na swoją modelkę podczas uwieczniania jej na płótnie, to po oczach, które mają w sobie jakiś inny blask, po miękkich zarysach jej ciała, orientuje się, że kobieta jest w ciąży. Ale ja nie jestem malarzem. Choć być może wykazałem się większym szaleństwem od samego Ligabue.
– Można się dowiedzieć, o czym tak rozmyślasz?
– Może uznasz to za absurdalne, ale o Ligabue.
– O, no co ty, nawet nie masz pojęcia, jak mi się podoba, zarówno jako piosenkarz, jak i mężczyzna.
Nuci sobie wesoła, w ogóle nie fałszując. Zna całe słowa do Certę notti, ale nie przejrzała, co takiego sobie myślałem. Przynajmniej ten jeden raz.
– Ej! Wiesz co? Ligabue podoba mi się również jako reżyser… Widziałeś może Radiofreccia?
– Nie.
Teraz kolej na nas. Ładujemy walizki do bagażnika i wsiadamy do taksówki.
– Szkoda, w którymś momencie pojawia się tam bardzo fajne zdanie… Myślę, że mam w sobie, gdzieś w środku wielką czarną dziurę, ale rock and roli, panienki, piłka nożna, jakieś sukcesy w pracy, wygłupy z przyjaciółmi i takie tam, raz na jakiś czas mi tę dziurę zapełniają.
– Fajnie się zapowiada… Muszę przyznać, że masz łeb do cytatów, wiesz?
Gin nie odpuszcza. – A Da dieci a zero?
– Też nie.
– A tak w ogóle to jesteś pewien, że chodziło ci właśnie o tego piosenkarza, a nie o Ligabue malarza?
Patrzy na mnie pytająco, z bezczelną arogancją. Ta dziewczyna martwi mnie na poważnie. Wymieniam taksówkarzowi ulicę, na której mieszka Gin, a ten potakuje skinieniem głowy. A tam. Wszyscy wszystko wiedzą. Zakładam sobie okulary. Gin się śmieje.