– Sam widziałem, miałaś niezły odjazd! Kochany, słodki, co ty mówisz? Przecież ja palcem nawet nie kiwnąłem! A szkoda, bo mogłem się okazać jeszcze lepszy, gdybyś nie przepadła tak, jak to zrobiłaś! Prawie od razu straciłem cię z oczu i potem już cię więcej nie widziałem. Gdzieś ty się podziewała? Puścili taki super wolny E… Vasco Rossi. Chciałem go z tobą zatańczyć. Gdzieś ty była? Potem chciałem odwieźć cię do domu, ale się okazało, że ciebie i Giuli już nie ma! Dlaczego?
To nie z powodu wolnego, który przegapiła. Ani nie dlatego, że ominęło ją podwiezienie do domu, żołądek jej się ściska, a serce zaczyna walić szybciej niż zwykle. To dlatego, że Daniela szuka odpowiedzi. Ale zamiast nich wciąż tylko przybywa nowych pytań.
– Tak, rzeczywiście, przepraszam, miałam ci o tym powiedzieć, Giuli zadzwoniła po brata, który po nas przyjechał, bo nie mogłyśmy cię znaleźć i nie odbierałeś komórki! Może wyładowała ci się bateria. Przepraszam, że tak znikłam… krążyłam bez wytchnienia, tańczyłam, śmiałam się do rozpuku i całkiem straciłam poczucie czasu! Dobra, nie ma co, zdzwonimy się później i jeszcze zobaczymy, co z tą kawą.
– W porządku, maleńka, to na razie!
Maleńka. Dobrze by było… Wciąż być tą samą, co wcześniej, kiedy razem z Babi bawiły się tu w mieszkaniu, w jednym pokoju. Kiedy nie musiałam się o nic martwić. Kiedy znajdowałam wszystkie odpowiedzi, bo same pytania byty takie proste. Nie to, co teraz. Trudne jak diabli. I na dodatek absurdalne. Tak bardzo, że nawet Giuli i Chicco nie udało się rozwiać wątpliwości. A przecież byli tam oboje. Tak. Właśnie tam. Ale nie ze mną, nie w tamtym pokoju. Nic, tylko czas może mi teraz pomóc. Muszę tylko poczekać kilka dni… tylko… teoretycznie to takie proste.
Daniela otwiera szafę i przegląda się w lustrze. Próbuje doszukać się na swojej twarzy choćby jednego śladu, jakiejś zmiany, czegoś, co by jej pomogło zrozumieć, co by jej dało najmniejszy choćby pewnik, którego mogłaby się uchwycić. Zero. Tylko ten mały pryszcz, schowany pod grzywką, który jej wyskoczył nie wiedzieć kiedy, chyba w nocy. To zbyt mało, żeby pretendować do miana zwiastuna jakiejś głębokiej prawdy, która wychodzi na jaw. To pewnie przez tę czekoladę, którą wczoraj jadłam. I do tego jeszcze nieokreślone wrażenie, którego sama nie potrafi sprecyzować, coś, co ją ogarnia od dołu ku górze.
Ostatnia piosenka na kompakcie. How do you see the world? Kolejne pytanie. I nawet na nie niełatwo jest odpowiedzieć.
18
– I jak ci poszło spotkanie?
Jeszcze nawet nie wszedłem, a już Paolo daje upust swojej nieposkromionej ciekawości.
– Myślę, że dobrze.
– Co znaczy, „myślę, że dobrze"?
– Znaczy, że uważam, że dobrze mi poszło, że chyba zrobiłem dobre wrażenie.
– Czyli?
– Zaczynam od przyszłego tygodnia!
– Świetnie, tak trzymać! Musimy to uczcić. Przyrządzę ci wyśmienitą kolację. W gotowaniu nie mam sobie równych. Wiesz, że w czasie twojej nieobecności zaliczyłem kurs u Costantiniego…
– Dziś wieczór nie mogę.
– Jak to?
– Wychodzę z przyjaciółmi.
– A może z Evą?
Patrzy na mnie ironicznie, jakbym miał w ogóle jakikolwiek powód, żeby go okłamywać. Śmieszy mnie. – Powiedziałem, że z przyjaciółmi. Zachowujesz się zupełnie jak mama.
– A propos, była tu, chciała się z tobą przywitać.
Jestem w pokoju i nie mam ochoty go słuchać. A przynajmniej nie jeśli o to chodzi. Ale Paolo oczywiście wcale się z tym nie liczy i krzyczy do mnie z drugiej części mieszkania: – Ale czy ty mnie w ogóle słyszysz? Do ciebie mówię.
– Jasne, do kogóż by innego? Jest nas tutaj tylko dwóch.
Co za koleś. Staje w drzwiach.
– Popatrz tylko. – W ręku ma przezroczystą reklamówkę. Patrzy na mnie zaskoczony: – No co ty, nie poznajesz? Morselletti! Pamiętasz je jeszcze? To te ciasteczka, które zawsze robiła mama, z miodem i orzechami. No weź, jak możesz ich nie pamiętać?! Zawsze je dla nas kładła na kaloryferze, żeby zrobiły się pulchniejsze, a my opychaliśmy się nimi jak szalem i za jej zgodą oglądaliśmy filmy, które puszczali w poniedziałek wieczorem. Wyciąga jedno. – No co ty, nie wierzę, że ich nie pamiętasz.
Trącam go, przechodząc obok.
– Tak, przypominam je sobie, ale teraz nie mam na nie ochoty. Wybieram się na kolację.
Paolowi jest przykro. Zastygł w miejscu z morselletto w ręku i przygląda mi się, kiedy wkładam kurtkę i zabieram klucze.
– No pewnie, zjem trochę jutro na śniadanie, dobra?
– Okay, jak chcesz.
Paolo przygląda się, jak wychodzę, po czym kieruje swoją uwagę na ciastko i próbuje je ugryźć:
– Ala, twarde…
– Włóż je na trochę do piekarnika.
Jestem już w windzie i zapinam kurtkę. Zawracanie gitary. Przeciągam dłonią po krótkich włosach i lekko je mierzwię, na tyle, na ile jest to możliwe. Morselletti to najlepsze na świecie ciasteczka, nie za słodkie, na początku ciężko je pogryźć, ale potem… Trochę przypominają gumę, są odrobinę twardsze, w miarę jedzenia robią się coraz smaczniejsze, a czasami można nawet trafić na całego orzeszka.
Mama. Pamiętam, jak się krzątała u nas w kuchni. – Trzeba rozpuścić miód w garnku, mieszać, mieszać bez przerwy i co pewien czas próbować… – Nabierała trochę na długą drewnianą łyżkę i brała do buzi to, co było na samym jej brzegu, po czym unosiła wzrok, zarazem mrużąc lekko oczy, by móc się bardziej skupić na samym smaku. – Przydałoby się jeszcze trochę cukru. A ty, jak sądzisz? – I tym samym zachęca mnie, bym przyłączył się do zabawy, bym ja także sięgnął po drewnianą łyżkę, spróbował. Przystawałem na to. Zawsze we wszystkim zgodny z nią, z mamą. Z moją mamą. I wówczas zaczynała nucić: I połykamy pastylkę, połykamy pastylkę. Zdejmowała czerwoną pokrywkę ze słoika na cukier i wywijając nadgarstkiem, wsypywała trochę cukru do garnka. Tyle, ile było trzeba, przynajmniej według niej. Następnie zakręcała przykrywkę, odstawiała słój na miejsce, wycierała sobie ręce w fartuszek w kwiatki, podchodziła do mnie, stawała tuż obok i sprawdzała, jak mi idzie. – Jeśli szybko skończysz się uczyć, dostaniesz o jedno morselletto więcej od Paola… on i tak się o tym nie dowie. – I razem zanosiliśmy się śmiechem, a ona całowała mnie w kark, ja zaś ściągałem łopatki, kuląc się pod wpływem nagłego dreszczu…
Jakie to upierdliwe! Tak trudno jest wymazać z pamięci fajne rzeczy.
Pędzę na motorze. Wiatr tego wrześniowego wieczoru jest ciepły i łagodny. Nie ma zbyt wielu samochodów. Wjeżdżam na corso Francia od Vigna Stelluti i na światłach skręcam we Flammię. Dodaję gazu. W oddali widzę zielone, jeszcze bardziej przyspieszam, zanim światło zmieni się na czerwone. Tu akurat jest trochę chłodniej, przechodzi mnie dreszcz. Wzdłuż ulicy rośnie dużo zieleni. Trasa przebiega przez wysokie wzgórza, gdzieniegdzie widać groty ukryte pośród drzew, za którymi raz po raz chowa się księżyc. Motocykl sam zaczyna zwalniać. Właśnie jadę na rezerwie. Dziwne. Przecież zatankowałem do pełna. To pewnie przez brudny karburator. Dlatego pali więcej niż zwykle. Dodaję gazu i nie zmieniając biegu, przesuwam rękę na lewą stronę baku, póki nie trafię na dźwigienkę. Przekręcam ją w dół, w stronę rezerwy. Muszę zatankować. Mijam wielkie Centro Euclide po prawej i kawałek dalej dostrzegam światła stacji samoobsługowej. Zatrzymuję się z boku dystrybutora. Działa. Wyłączam silnik i wkładam kluczyki do korka od baku. Podnoszę się i wyciągam portfel z kieszeni dżinsów. Cały czas stoję okrakiem, z motorem między nogami, wyciągam dwa banknoty po 10 euro każdy i wsuwam je do automatu. Drugie 10 euro trafia do mnie z powrotem. Wsuwam je ponownie i kiedy widzę, jak znikają w szczelinie, walę z góry pięścią w dystrybutor. Po kilku sekundach mechaniczny grzechot oznajmia mi, że także zostało przyjęte. Cofam się kawałek motorem i sięgam po pistolet od dystrybutora. Kurwa, niemożliwe. Niemożliwe. Na dystrybutorze z benzyną super wisi kłódka. Jest zablokowana. To nie jest taka zwyczajna kłódka od dystrybutora. Tylko większa. Na dodatek blokuje też przycisk, który wydaje resztę. To ci dopiero szwindel! Szwindel w wydaniu jakiegoś pierdolonego idoty, który chce sobie zatankować, robiąc mnie w konia. Ten łachmyta orżnął mnie na 20 euro… Kurwa. Kurwa. Kurwa. Nie mam czasu. Muszę jechać na spotkanie. Tylko tego brakowało mi do szczęścia! Zamykam bak, znów wkładam kluczyki do stacyjki i cały wkurwiony ruszam przed siebie na pełnym gazie. Samotny dystrybutor z benzyną pogrąża się w mroku nocy. Co raz to śmigają samochody, wyruszają naprzeciw. Bóg jeden raczy wiedzieć jakiego bajecznego weekendu, albo i choćby skuszone perspektywą kolacji nieopodal Prima Porta i jej okolic. Kot przemierza placyk przy stacji benzynowej. Nagle przystaje, jakby usłyszał jakiś niepokojący hałas. I tak zastyga nieruchomy, w półmroku, z odwróconą głową, skręconą szyją i przymkniętymi oczami. Zupełnie jakby czegoś szukał. Ale nic tam nie ma. Kot się odpręża i udaje się w swoją stronę, zmierzając nie wiadomo dokąd. Pojedyncze chmury suną w szybkim tempie. Lekki wietrzyk sprawia, że co pewien czas widać księżyc. Zza niepozornego budynku pracownika stacji benzynowej rusza samochód. Wyjeżdża stamtąd micra ciemnoniebieska, z włączonymi jedynie światłami postojowymi. Podjeżdża niespiesznie do dystrybutora benzyny. Parkuje, silnik gaśnie i z auta wysiada niezbyt wysoki koleś, w czarnej czapce na głowie, trochę babskiej, ma na sobie ciemną kurtkę Levi'sa. Rozgląda się wokół. Jako że nikogo nie widzi, wyciąga z kieszeni klucze i otwiera nimi kłódkę. Nie zdąża w porę sięgnąć po wąż, a ja już go dopadam, rzucam na maskę i przygniatam własnym ciałem. – Choćbyś się zesrał, to i tak nie będziesz tankował za moją kasę! – Ściskam go za szyję, ale się rzuca. Podczas szamotaniny spada mu czapka. Kaskada czarnych, długich włosów wysypuje się na niebieską maskę. Prawą ręką robię zamach, by mu przyłożyć prosto w twarz, ale oto ni stąd, ni zowąd snop bladego, księżycowego światła pada mu na twarz.