Выбрать главу

– Co ty wygadujesz! Zrobiłeś to specjalnie!

– Mówię ci, że nie.

Wysiadam z samochodu i zaglądam pod spód od strony maski, żeby sprawdzić koła.

– O tutaj, widziałaś?

Też wysiada i widzi przebitą oponę.

– I co teraz?

– Teraz mam nadzieję, że masz zapasowe koło.

– Pewnie, że mam.

– Świetnie!

Stoimy tak przez chwilę i się sobie przyglądamy.

– No i?

– No i co? Idź i je przynieś, nie?

– Sorry, ale to ty prowadziłeś. Czyli wina leży po twojej stronie.

– Może… Ale to twój samochód. A skoro tak, to sama zmienisz sobie koło.

Ginevra się obrusza i idzie w stronę maski samochodu.

– Będzie raczej z tyłu, nie z przodu!

– Tylko sprawdzałam, czy nic się nie wgniotło – kłamie.

– Jasne… Jasne… Jakżeby inaczej.

Otwiera bagażnik i unosi podłogę bagażnika, pod którą leży koło.

– Ale jak je stąd wyjąć?

– Widzisz tę wielką śrubę pośrodku? Odkręć ją, a potem pociągnij koło do siebie.

Stosuje się do wszystkich moich zaleceń, koło już jest odkręcone. Próbuje je wyciągnąć, ale w połowie koło wpada jej do środka bagażnika tak, że aż odbija się od spodu. Nie daje rady.

– Sorry, ale dlaczego mi nie pomożesz?

– A co to ma do rzeczy? Zachowuj się, jakby mnie tu nie było. Sama przecież powiedziałaś, że nie uwzględniałaś mnie w planach na swój dzisiejszy wieczór, tak? O tym całym ględzeniu na temat równości płci już nawet nie wspomnę, a poza tym jest coś jeszcze, coś znacznie ważniejszego.

Staje naprzeciwko mnie, trzymając się pod boki. – Posłuchajmy. Co to takiego?

– Sama powiedziałaś, że masz trzeci dan, zgadza się? Pomyśl tylko, jeśli teraz wymiękniesz przez jedno koło… Ha, ha…

Patrzy na mnie wkurwiona nie na żarty. Nieomal daje nura do bagażnika, obejmuje koło i wygina plecy w koci grzbiet. Wkłada w to mnóstwo wysiłku, zbliżam się do niej niezwłocznie, żeby pomóc, ale udaje jej się uwinąć, zanim się przy niej zjawiam.

– Sama sobie dałam radę, a coś ty myślał. – A już po chwili, kiedy mnie mija, specjalnie popycha mnie ramieniem i mówi: – Weź spadaj! Zejdź mi z drogi, bo nic tylko tu zawadzasz i tyle.

Toczy koło, niewiele brakuje, żeby popchnęła je na mnie.

– To co, spadasz stąd w końcu, czy jak?

– A jakżeby inaczej, co więcej pójdę, siądę tam pod drzewem i zapalę sobie papieroska. Ej, tylko weź się streszczaj, jasne?!

– Właśnie, idź sobie, ale już.

19

Idę na pobocze, przysiadam na murku i zapalam papierosa. Nie ruszam się stamtąd, przyglądam się jej ukryty w mroku. Po chwili krzyczę do niej z daleka:

– Zuch dziewczyna, rewelacja, świetnie ci idzie.

Wsuwa głowę pod samochód, żeby podstawić lewarek. Klęczy, ręce trzyma oparte na ziemi, palce ma uniesione w górę i patrzy, gdzie powinna go umieścić. Jej obciśnięty dżinsami tyłek wyrasta niczym niewielkie wzniesienie wprost z samego asfaltu, wyraźnie odcinając się od karoserii samochodu, która wygląda jak niebo. Kręci pupą, starając się znaleźć odpowiednie miejsce dla metalowej nasadki lewarka. Coś pięknego.

– Ej, nawet nie masz pojęcia, jakie mam stąd widoki. Sama powinnaś to zobaczyć. Księżyc, i to w całej pełni, cudo. Wiesz, że jest pełnia?

Podnosi się, otrzepując ręce. Palcami delikatnie strzepuje sobie z dłoni drobinki z asfaltu, które przywarły do jej miękkiej skóry.

– Jaki znowu księżyc, skoro nic nie widać.

– Jeszcze dwie minuty temu można go było zobaczyć, przysięgam, taki księżyc cały w dżinsie, coś wprost cudownego. Wyłaniał się spod twojego auta.

– Słuchaj, ani słowem się do ciebie nie odezwę.

Zaczyna regulować lewarek, machając wajchą raz w górę, raz w dół, przez co samochód lekko się kołysze.

– Daj znać, kiedy skończysz, a nuż uda mi się zdrzemnąć.

Wyciągam się na murku, leżę sobie na plecach na samym jego brzegu. Patrzę na chmury, które mkną mi nad głową po ciemnym niebie. Właśnie zaczęły się zlewać z dymem, który wypuszczam z ust. Zwiewne, przezroczyste, przetykane jakimś ukrytym światłem, to za sprawą tego księżyca hen, gdzieś wysoko, którego nie widać, choć przecież jest, tylko wyżej, i nie ma na sobie dżinsów. Oddycham głęboko. Uśmiecham się i odwracam, żeby na nią popatrzeć. Wciąż tam jest i właśnie odkręca śruby. Mocuje się, usiłując przekręcić klucz. Nie daje rady i skacze, następując wprost na niego. Klucz zamocowany na śrubie odpada i ląduje na ziemi. Ona się złości, brzegiem dłoni, żeby się nie pobrudzić, odgarnia sobie włosy z twarzy. Taka piękna i rozpalona. Znów mocuje klucz na śrubie i próbuje ponownie. Zbliża się jakiś samochód. Jest ciemny, przejeżdża obok z umiarkowaną prędkością, miga światłami i trąbi. Za chwilę słyszę, jak hamuje kawałek dalej i pospiesznie zawraca na wstecznym, jakby nim kierował jakiś buras. To toyota corolla. Cofa się w dzikim pędzie, lekko nią zarzuca. Wykonuje półobrót na wstecznym. Po czym zatrzymuje się przed micrą Ginevry. Wysiadają jacyś ludzie. Wracam do pozycji siedzącej. To trzech chłopaków. Wyrzucam papierosa na ziemię i zastygam w oczekiwaniu na to, co się będzie działo.

– Ej, cześć, co tak późno robisz tutaj sama?

– Złapałaś gumę, co? Ale pech.

– My to dopiero mamy pecha, przez chwilę wzięliśmy cię za tirówkę. Zaczynają się śmiać.

Jeden z nich kaszle. Mają pewnie po jakieś mniej więcej dwadzieścia lat, włosy ostrzyżone na krótko, to pewnie żołnierze. Ginevra nie patrzy w moją stronę.

– Słuchajcie, czy bylibyście tak mili i pomogli mi zmienić koło?

– Jakżeby inaczej… Cała przyjemność po naszej stronie. Najmniejszy z nich przysiada na ziemi i kluczem zaczyna odkręcać śruby.

– A niech to szlag, ale pordzewiały.

– No, nigdy nie zmieniłam ani jednego koła w tym samochodzie… Pierwszy raz złapałam gumę.

– Tak, zawsze musi być ten pierwszy raz.

Jeden z nich śmieje się obleśnie, inni mu wtórują.

– Całe szczęście, że przytrafiło ci się to właśnie dzisiejszego wieczora, kiedy akurat tędy przejeżdżaliśmy.

– Otóż to, całe szczęście, że się tu znaleźliście. – Tym razem Ginevra rzuca w moją stronę wymowne spojrzenie i wykonuje dyskretny ruch ręką, jakby chciała przez to powiedzieć:,,Tere-fere, widziałeś? Oni mi pomogli”.

Knypek zmienia oponę w try miga, błyskawicznie odkręca wszystkie śruby i zdejmuje przebite koło. Rzuca je na ziemię nieopodal, tak że odbija się od podłoża, i od razu zakłada nowe. W okamgnieniu trafia w otwory i wkręca w nie śruby, jedną za drugą. Z grubsza przykręca je po kolei, ale nie do końca, po czym raz jeszcze dokręca do oporu każdą z osobna. Za dnia z pewnością jest mechanikiem. Ostatnie machnięcie klucza i podnosi się z ziemi.

– I proszę, już po wszystkim. Gotowe, panienko!

Wyciera sobie ręce w dżinsy, uderzając dłońmi o uda. Spodnie są tak brudne, że nawet nie zostawia na nich śladów.

– Dzięki, sama nie wiem, co bym bez was zrobiła.

Co tu dużo gadać, myślę sobie. Toż to urodzona księżniczka. Wie dokładnie, co i kiedy należy powiedzieć. Chyba że tego akurat mówić nie należy. Sposób taki sam dobry jak każdy inny, byle ich spławić w miłej atmosferze. Ale nie miałem żadnych wątpliwości, nic z tego.

– Ejże, nie tak prędko, coś ty? To tak się z nami żegnasz? Wyższy koleś, a zarazem nieco potężniejszy od pozostałych, przejmuje inicjatywę.

– No, przecież wam podziękowałam. Pewnie zajęłoby mi to trochę więcej czasu, ale nie myśl, że sama też nie dałabym rady zmienić sobie koła, a co!