– Dużo jeszcze brakuje do spotkania?
Właśnie w tej samej chwili wjeżdżamy na rozjazd, tuż przed tunelem prowadzącym do Prima Porta. Wszyscy już tam są: Bardato, Manetta, Zurli, Blasco i kilka jeszcze innych osób. Wśród nich widzę też parę dziewczyn. Mijam ich, nawet się nie zatrzymując.
– Nie, już niedługo będziemy na miejscu. – Przyspieszam, choć i tak nie sądzę, by mnie rozpoznali. Spodziewali się, że przyjadę na motorze. I to sam. Ja zaś siedzę w samochodzie, i to razem z nią. Nadal się rozglądam, jakby nigdy nic. Gin wygląda przez szybę.
– Widziałeś? Tam jest grupka, która czeka na jakiegoś spóźnialskiego. Co za absurdalne miejsce na spotkanie.
A mówiąc to, spogląda na mnie. Serce mi wali. Nie mogę uwierzyć, że się połapała.
– Właśnie, absurdalne miejsce.
Nie przestaje mi się przyglądać: – Dziwna jest ta cała sytuacja, prawda?
– Jaka sytuacja? – Mam nadzieję, że nie zachce jej się znów rozmawiać o tamtej grupce.
– No, że tak sobie siedzimy razem w samochodzie, ty i ja, dwoje całkiem obcych sobie ludzie. A zarazem wszystko zdążyło się już wydarzyć. Kiedy się spotkaliśmy, o mały włos nie doszło między nami do bójki… I to z powodu śmiesznych dwudziestu euro.
– Z których chciałaś mnie skroić.
– Tak, ale przestań wciąż się wdawać w zbędne szczegóły. Bo zaraz złapiemy gumę i znów będę musiała zmieniać koło.
– Mów dalej. Ty też przestań się wdawać w zbędne szczegóły. – Gin się uśmiecha.
– Zatrzymuje się trzech kolesiów, jeden z nich się do mnie podwala, ty dajesz im wycisk, a teraz jedziemy sobie razem na kolację z grupą twoich przyjaciół. Właściwie to już jakby jesteśmy jedną z takich klasycznych par… Typowy wieczór, z paroma nieprzewidzianymi incydentami na dodatek.
– Właśnie, tyle że my nie jesteśmy razem.
– Ach, oczywiście.
Jadę przed siebie, ale jej stwierdzenie brzmi dla mnie trochę nieswojo.
– Co ma znaczyć: „Ach, oczywiście"?
– Znaczy: „Ach, oczywiście", ni mniej, ni więcej. – I zaczyna się śmiać.
– No, to „Ach, oczywiście" wcale nie znaczy wyłącznie: „Ach, oczywiście". Za tym się kryje znacznie więcej, co?
Patrzę na nią w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Ty chyba rzeczywiście musisz mieć lekkiego świra na punkcie tego, co z „tyłu”? To, co ja mam z tyłu, stanowi zamach na cudzy spokój, u ciebie zaś to, co z „tyłu" stanowi stały podtekst we wszystkich rozważaniach. Ej, sorry, ale czyżbyśmy byli razem?
– Na razie nie.
– Nie, odpowiedź w tym wypadku, skoro już o tym mowa, ma brzmieć tylko i wyłącznie „nie", żadne tam „na razie nie". Jasne?
Maleńka zaczyna się rozkręcać.
– Aha, jasne.
– Czyli nie jesteśmy razem.
– Nie.
– O, dobrze.
Odczekuję kilka sekund. – Na razie.
Gin patrzy na mnie poirytowana. – Zawsze chcesz postawić na swoim, co?
– Zawsze.
– Cóż, wobec tego umówmy się następująco. Nie jesteśmy razem, na razie i z całą pewnością aż do końca tego wieczoru. A jeśli nadał będziesz się ze mną spierał, wówczas wymienię jeszcze odleglejsze daty, mogę nawet posunąć się do najodleglejszych miesięcy, czy jasno się wyrażam?
– Tak jasno jak to tylko możliwe. Uśmiecham się.
– Jednak zdążyłem się już przekonać, że zbyt ostentacyjna pewność siebie jest synonimem czegoś wręcz przeciwnego. Czy mam wyrażać się jaśniej?
– Tak.
– Byłoby lepiej, gdybyś po prostu powiedziała „na razie". – Uśmiecham się. Gin kręci głową.
– Na razie sobie odpuszczam, bo mam już tego dosyć. A poza tym do czego to doszło, że ty i ja spieramy się o to, że nie jesteśmy razem?
– Właśnie, zazwyczaj ludzie spierają się ze sobą, kiedy już są razem. Znaczy, że zaczęliśmy wszystko na odwrót.
– Ależ przecież niczego jeszcze nie zaczęliśmy. Hamuję powoli i zjeżdżam na pobocze.
Gin patrzy na mnie zaniepokojona. – A teraz co? Zaczniesz się do mnie przystawiać?
– Nie, na razie. Tutaj byliśmy umówieni ale nikogo nie widzę. Pewnie już sobie poszli, spóźniliśmy się.
– To ty się spóźniłeś.
– Okay, to ja się spóźniłem.
– Jakim cudem przyznajesz mi rację?
– Jeśli zaczniemy się tak spierać o każdą rzecz, to się rozstaniemy, jeszcze zanim się ze sobą zwiążemy.
Gin tym razem wybucha śmiechem. Ja też się śmieję. Patrzymy na siebie roześmiani, z nieistniejącym spotkaniem w tle. Muzyka głośno gra. Puszczają właśnie stare i nowe przeboje, jeden za drugim.
– Ta jest świetna! Rewelacja!
I komu ty to mówisz: właśnie leci kultowa Love me two times Doorsów.
– Love me two times, girl, one for tomorrow one just for today… Love me two times, I'm goin away…, tego nie będę ci tłumaczyć.
– Myślę, że sam zrozumiałem, o co chodzi.
Wszędzie wokół jest ciemno. Ale „na razie", może akurat ona ma rację, lepiej będzie już jechać.
– Dokąd mnie zabierasz?
– Ty i ja jedziemy razem na kolację. A to oznacza, że moich przyjaciół poznasz kiedy indziej.
– Jakie znów „kiedy indziej"?
Patrzę na nią w oczekiwaniu na reakcję. Postanawiam zawrzeć rozejm.
– No, o ile nadarzy się kiedyś jakaś okazja.
– Właśnie, o ile nadarzy się kiedyś jakaś okazja.
Cała zadowolona nastawiam głośniej muzykę i zmieniam stację, szukając gorączkowo sama nie bardzo wiem jakiej piosenki. Po chwili, nie bardzo zdając sobie z tego sprawę, w półmroku samochodu kątem oka spoglądam na Stepa.
Wprost nie mogę w to uwierzyć… Ja, Gin, w jednym samochodzie razem z nim. Gdyby tylko moi starzy się o tym dowiedzieli. Sama nie wiem dlaczego, ale to nieodmiennie pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy. To znaczy, gdyby moi rodzice wiedzieli, że właśnie teraz siedzę w samochodzie z jakimś nieznajomym, a właściwie kimś, kto według nich jest mi obcy, jakby na to zareagowali? Już sobie wyobrażam moją matkę: – No coś ty, oszalałaś? Ginevra, nigdy nie pozwalaj nikomu się ze sobą spoufalać. Z tysiąc razy ci to powtarzałam… – Oj, nic się na to nie da poradzić, cokolwiek by to było, nie wiedzieć czemu, moja matka zawsze Utrzymuje, że powtarzała mi to z tysiąc razy. Masz ci los. Jedno jest pewne: czego jak czego, ale tego nigdy by się nie spodziewała. A poza tym co takiego mogłabym jej powiedzieć? Ale wiesz, to po to, żeby zatankować… Jak zdołałabym jej wyjaśnić, o co tak naprawdę chodzi? Nie, nie chcę o tym myśleć. Skoro nawet ja sama nie mogę w to uwierzyć.
– Wiesz, z kim mi się wcześniej skojarzyłeś?
– Kiedy?
– Kiedy zmieniałam koło i pojawiło się tych trzech debili.
– Z kim ci się skojarzyłem?
– Z Richardem Gere'em.
– Z Richardem Gere'em?
– Tak, w scenie z Oficera i dżentelmena, kiedy on i jego przyjaciel umawiają się z tymi dwiema dziewczynami i idą do baru. Później, kiedy już wychodzą, pojawia się ten, który razem z innymi kumplami zaczepia dziewczyny, i Richard Gere robi wszystko, żeby uniknąć awantury, ale w końcu mu się to nie udaje i rozwala tamtemu gościowi twarz.
– Czy Richard Gere też miał trzeci dan?
– Nie, głupku. To były ciosy jak w walkach fuli contact.
– A jednak masz jakieś pojęcie.
– Już ci przecież mówiłam. Trenowałam też kick boxing i miałam kilka lekcji z walki fuli contact. Nie wierzysz mi? Prędzej czy później się o tym przekonasz.
– A, to z pewnością… a poza tym bardziej adekwatny od Oficera i dżenłelmena wydaje mi się inny cytat. Ezechiel 25,17: „I dokonam na tobie srogiej pomsty w zapalczywym gniewie i na tych, którzy chcą zatruć i zniszczyć moich braci; poznasz, że ja jestem Pan, kiedy wywrę na tobie moją zemstę!".