Выбрать главу

– Ej, ty, niekumata, ej, Ele… Śpiąca królewno…-Wszystkowiedząca. – Twoja kolej, wstawaj do odpowiedzi, sprawa zwłoki niecierpiąca.

Żartujemy sobie, nabijamy się z niej, ilekroć siedzimy w klasie, a ona mogłaby zostać wezwana do tablicy. Kurczę, gdyby tylko tu była, to z pewnością dotrzymałaby mi towarzystwa. Każda wymówka jest dla Ele dobra, byle tylko nie wracać do domu przed świtem. Szkoda. Cóż, może zajrzę do Simony, zważywszy że mieszka tu w pobliżu. Simona to rzymianka z krwi i kości, blondynka, świetne ciało, ma trochę dziwny charakter. Ale jest fajna. Już od roku spędzamy razem czas i istotnie bardzo się ze sobą zżyłyśmy. Oczywiście spotyka się to z dezaprobatą Ele. Utrzymuje, że w głębi duszy Simona to wredna suka.

– Możesz mieć do mnie zaufanie, możesz mi wierzyć jakem Toscanaccia, tym razem to ty jesteś niekumata. – A ja w śmiech. Ele jest zazdrosna. To oczywiste, nie może ścierpieć, że raz na jakiś czas ja i Simona się razem umawiamy. Właśnie zajechałam, już stoję pod jej domem i tutaj ma miejsce coś nieprawdopodobnego. Albo raczej coś bardzo prawdopodobnego, bo kiedy dzwonię domofonem do mieszkania Simony, otwierają się drzwi na klatkę i z budynku wychodzi Francesco. Jest za kwadrans czwarta. Jakby sama pora nie była wystarczająco wymowna, na dodatek pojawia się bez krawata, w rozpiętej koszuli i, co najgorsze, ma ten swój wyraz twarzy, który sama widziałam już nieraz. Widziałam go aż nazbyt często. Teraz żałuję, że miałam z nim cokolwiek wspólnego. Po miłosnych pieszczotach wszyscy robimy się łagodniejsi. Rysy twarzy nam się rozluźniają, oczy lekko wilgotnieją, usta stają się pełniejsze i łatwiej przychodzi nam się uśmiechnąć, chociaż zajmuje nam to trochę więcej czasu. Francesco nie zdąża wykrztusić z siebie ani słowa.

– Gin, ja… – próbuje się tłumaczyć, ale pluję mu w twarz. Nacharchałam na niego elegancko. Trafiony, zatopiony, nawet na niego nie spojrzę. Kiedy odchodzę, jedyne, o czym myślę, to że zaraz się wytrze.

– Gin, stój, wszystko ci wytłumaczę.

– Co wszystko? Co tu jest do tłumaczenia?

Wsiadam do polo, które zaparkowałam w drugim szeregu, a on leci za mną, próbuje uniemożliwić mi zamknięcie drzwi, ale się nie wyrabia. Zamykam się w środku i blokuję zamek.

– Gin, nie jest tak, jak myślisz. Pierwszy raz z nią byłem. Poczekaj, nie jedź jeszcze, Gin. – Odczekuje jeszcze chwilę, po czym mówi coś, czego nigdy nie chciałabym od niego usłyszeć. A w każdym razie nie w chwili takiej jak ta. – Gin, ja cię kocham.

Opuszczam trochę szybę. – Ach, tak? I dlatego właśnie posuwasz taką pannę jak Simona. Wyobraź ty sobie, że jedyne, co w tobie kocham, to twoja bryka! – Ruszam na pełnych obrotach i przejeżdżam kilka metrów, rozglądając się za nią. O, tam stoi. Zaparkował ją praktycznie pod samą klatką, nawet się nie wysilił, żeby nie rzucała się w oczy. Stoi sobie właśnie tam ten jego wypasiony mercedes 200 SLK srebrny metalik. Zatrzymałam się moim polo. Czuję się jak byk, który lada moment ma się zmierzyć z toreadorem, nadymam się i parskam, a nogą droczę się z pedałem gazu. Rozpędzam się, dociskam go tak ze dwa, trzy razy. Myślę o mamie i o jej polo. Cóż, będę musiała coś wykombinować, już na samą myśl czuję się niezdrowo podekscytowana. W lusterku widzę, że Francesco biegnie i jest coraz bliżej. Ale już za późno, za bardzo spodobał mi się mój pomysł… Co za rozkosz! Bajka! Zapinam pas. W życiu są rzeczy, których nie można sobie odpuścić, bezcenne. Właśnie teraz nadszedł taki moment. Puszczam sprzęgło i ruszam na pełnym gazie. O to chodzi. Widzę, jak w zawrotnym tempie zmniejsza się dystans, który dzieli mnie od auta. Jego mercedes, piękny, nowiusieńki, najświeższy model. Przyhamowuję dopiero w ostatnim momencie, instynktownie, głównie żeby nie zapłacić za to własnym życiem. Bum. Genialne zderzenie, zarzuca mnie na siedzeniu. Trafiony, i to jeszcze jak; z boku, w same drzwi. Wrzucam wsteczny. Polo wydostaje się z niejakim trudem, ale już po chwili jedzie jakby nigdy nic. Mam przed sobą mercedesa, jest kompletnie zdewastowany, nawet szyba mu popękała. Nie czuję się na siłach szacować strat własnych, ale jeśli chodzi o wyraz twarzy Francesco, to wyobrażam go sobie z nieukrywaną przyjemnością. Co więcej, mam go jak na dłoni, wygląda jak zaprogramowany. Co za frajda… Patrzy na swój skasowany samochód. Jest wstrząśnięty, nie wierzy własnym oczom, nie chce im wierzyć, ale musi. I to jeszcze jak musi… A wiesz co? Wjadę w niego raz jeszcze. Tak. Za dużą sprawia mi to frajdę, to coś pięknego. Ruszam rozpędzona, tym razem celuję bardziej w przód. Bum. Wjeżdżam mu w sam środek na pełnym gazie, teraz już się nie boję, nawet nie hamuję. Zdążyłam się już wyrobić. Ogarnia mnie nieposkromiona chęć, by zniszczyć mu go doszczętnie. Przedni zderzak całkiem się rozleciał, nawet maska jest ostro wgnieciona. Francesco tkwi w miejscu, naprzeciwko mnie, oniemiały. Patrzę na niego, wybucham śmiechem i odjeżdżam, machając mu na pożegnanie. Weź, idź się pierdol razem z tym twoim mercedesem. Chuju złamany. Kiedy okoliczności tego wymagają, trzeba posunąć się do ostateczności. A teraz czas pomyśleć o Simonie. Oj, już ja ją urządzę, tę wredną sukę, oj, urządzę. Ale to musi być przemyślana zemsta, na zimno, wykalkulowana, że aż jej w pięty pójdzie. Genialna. Chciałabym znaleźć jeszcze więcej epitetów, o ile to tylko możliwe. Parkuję pod domem i wysiadam z samochodu. Biedne małe polo. Cały przód jest w opłakanym stanie. Ma skasowaną maskę, która wygląda jak powykręcana przez artretyzm ręka, stłuczone obydwa światła i przebitą gumę. Cholera jasna, co ja teraz powiem mamie. W windzie nadal się nad tym zastanawiam. Coś tam w końcu wymyślę na potrzeby biednego małego polo oraz tej wrednej suki Simony. Tak, coś w końcu przyjdzie mi do głowy, jestem tego pewna. Rozbieram się i kładę do łóżka. Wciąż zaprzątają mnie te same dwie kwestie, zastanawiam się, jak by je tu rozwiązać. Stale myślę, cały czas mając w pamięci mocne uderzenie, roztrzaskanego mercedesa. Powolutku zaczynam zapadać w sen. Ostatni przebłysk, zanim zasnę na dobre. Uśmiecham się. Bum! Co za uderzenie, coś pięknego! W całym tym ferworze w ogóle przestałam myśleć o Francescu. Pstryk. Zniknął. I, uśmiechnięta, ląduję w objęciach Morfeusza.

Następnego dnia rano budzę się przytomna jak nigdy przedtem. Jak na zawołanie mam już gotowe dwa pomysły. Wpierw biorę się za ten pierwszy, trzeba coś zrobić z polo. Dzwonię do Ale, mojego przyjaciela, który zawsze jest w niezłych tarapatach, liczę, że tym razem wydobędzie mnie z moich.

– Halo… Kto mówi? – Ma zachrypnięty głos, pewnie położył się raptem przed niecałą godziną.

– Ale? To ja, Gin.

– Gin, o co, kurwa, chodzi? Która to godzina?

– Siódma

– Siódma? Coś ty, ochujałaś?