– A więc tak…
Romani oraz Kocur & Kocur, Żmija razem z kilkoma jeszcze innymi oddelegowanymi do pracy siedzą sobie w pierwszym rzędzie, w oczekiwaniu na wielki popis umiejętności w zamkniętym gronie, szansa na to, by trochę się rozerwać przed rzuceniem się w wir ciężkiej pracy.
Siadam w głębi, mam jeszcze resztkę mrożonego jogurtu i z oddali kontempluję widok, który mam przed oczami. Gin mnie nie widzi. Wygląda na pewną siebie, spokojną, trzyma ręce w kieszeni. Nie potrafię jej zaliczyć do żadnej grupy. Wydaje mi się jedyna w swoim rodzaju. Jej przyjaciółce też jakoś nie jest do śmiechu. Co pewien czas macha głową, odrzucając włosy do tyłu. Choreograf stoi z mikrofonem w dłoni.
– A więc tak, teraz wyjdziecie krok do przodu, przedstawicie się, imię i nazwisko, wiek, wymienicie swoje dotychczasowe doświadczenia zawodowe. Macie patrzeć do środkowej kamery, do dwójki, tej z czerwoną lampką, tam gdzie powyżej widać tego pana, który wam teraz pomacha. Pino, weź pomachaj!
Koleś okupujący środkową kamerę, nie odwracając się od monitora, wypuszcza na chwilę kamerę z rąk, unosi dłoń i macha w ich kierunku.
– Okay! Wszystko jasne?
Niektóre dziewczyny potakują niezdecydowane skinieniem głowy. Gin, oczywiście, jak mogłem się tego spodziewać, ani drgnie.
Rozczarowanemu choreografowi dosłownie ręce opadają, po chwili odzywa się do mikrofonu: – Ej, dziewczyny, odezwijcie się głośno, tak żebym mógł się przekonać, jakie macie piękne głosy… Sprawcie, bym poczuł, że żyję. – Na co dziewczyny odpowiadają trochę chaotycznym chórem, rozpadającym się na wiele nie do końca ze sobą zgranych głosów, że tak, dobrze, zgoda, niektóre nawet się przy tym uśmiechają.
Choreograf sprawia wrażenie bardziej zadowolonego.
– Dobrze, w takim razie zaczynamy.
Marcantonio podchodzi do mnie.
– Ej, Step, co tak siedzisz z tyłu? Chodźmy do przodu, zajmiemy któryś z pierwszych rzędów, stamtąd lepiej widać.
– Nie, ja mam stąd lepszy widok.
– Jak sobie chcesz.
Siada obok mnie.
– Zobaczysz, że Romani nas zawoła. W każdej sprawie chce poznać także i nasze zdanie.
– A tam, jak nas zawoła, to pójdziemy.
Dziewczyny, jedna po drugiej, przekazują sobie mikrofon i się przedstawiają. – Cześć, nazywam się Marelli Anna, mam dziewiętnaście lat. Brałam już udział w rozmaitych programach jako hostessa, studiuję prawo. Zagrałam również małą rólkę w filmie u Ceccheriniego…
Renzo Micheli, Żmija, sprawia wrażenie zainteresowanego nie na żarty.
– Kogo tam grałaś?
– Prostytutkę, raptem tylko epizod.
– Podobała ci się ta rola?
Wszyscy aż skręcają się ze śmiechu, choć starają się, by nie było tego za bardzo widać.
Tylko Romani pozostaje niewzruszony. Marelli Anna udziela odpowiedzi:
– Tak, lubię kino. Ale według mnie mam większe szanse w telewizji.
– Dobrze, przejdźmy teraz do następnej.
– Dzień dobry, nazywam się Francesca Rotondi, mam dwadzieścia jeden lat i wkrótce ukończę ekonomię. Mam za sobą…
Romani obraca się w prawo i w lewo, rozglądając się przy tym naokoło, w końcu nas dostrzega.
– Mazzocca, Mancini, chodźcie tu bliżej.
Marcantonio podnosi się, patrząc na mnie. – A nie mówiłem?
– Wobec tego chodźmy, to trochę tak jak w szkole, ale skoro takie są reguły gry…
Dziewczynom biorącym udział w naborze oślepiające światło świeci prosto w twarz, dlatego nic nie widzą. Następna laska się przedstawia, po niej jeszcze jedna. W końcu przychodzi kolej na tę stojącą obok Gin. Ostatecznie siadam w pierwszym rzędzie po prawej. Ona wciąż jeszcze mnie nic dostrzegła. Za to Ele, jej przyjaciółka, już tak.
Ele oczywiście nie może przepuścić takiej okazji.
– Ej, Gin – szepcze – popatrz, kogo my tu mamy, w pierwszym rzędzie.
– Gin ręką zasłania sobie oczy przed rażącym światłem, cofa się kawałek i ma mnie jak na dłoni. Unoszę prawą rękę na wysokość twarzy i dyskretnie ją pozdrawiam. Nie chcę się z niej nabijać. Rozumiem, że pojawiła się tutaj w sprawie pracy. Ale ona nic, bierze to za złą monetę i znów, jak zwykle, wyprostowanym palcem lewej ręki opuszczonej wzdłuż ciała, daje mi do zrozumienia, bym szedł się jebać. I trzy.
– Twoja kolej, ej, ty, z ciemnymi włosami.
Teraz ona, ale ponieważ się zdekoncentrowała, to wygląda na zaskoczoną.
– Co tam, hę? Ach, tak. – Bierze mikrofon, który jej podaje dziewczyna stojąca obok po prawej. – Nazywam się Ginevra Biro, mam dziewiętnaście lat, studiuję filologię włoską, specjalizuję się w antropologii audiowizualnej. Brałam już udział w wielu programach jako hostessa. – Gin wyciąga ręce przed siebie i robi krok naprzód, po czym wykonuje lekki ukłon.
– Gdybym, jak zwykle, miała przy sobie kopertę, to już by odfrunęła. I zaraz wraca na swoje miejsce. Wszyscy śmieją się rozbawieni.
– Świetna, nie ma co.
– Tak, jest śmieszna i do tego ładna.
– Właśnie, i znakomicie sobie radzi.
Ja też się w nią wpatruję, cały rozbawiony. Patrzy na mnie, śmiała i pewna siebie, wcale niespeszona tym, że tak tam stoi przed wszystkimi, w świetle reflektorów. Mało tego, jeszcze się do mnie krzywi. Nachylam się do Romaniego. – Przepraszam, panie Romani… – On odwraca się w moją stronę.
– Czy mogę zadać jedno pytanie tej dziewczynie, wie pan, tak żeby ją lepiej poznać.
Spogląda na mnie zaintrygowany.
– Czy to pytanie związane z pracą, czy też chodzi ci o jej numer telefonu?
– Jak najbardziej związane z pracą.
– Skoro tak, to jasne, właśnie po to tu jesteśmy.
Wracam do pozycji siedzącej, patrzę na nią, jeszcze przez chwilę milczę, po czym zaczynam:
– Jakie ma pani plany na przyszłość?
– Mąż i gromadka dzieci. Ty, jeśli chcesz, możesz robić za dziecko. Kurwa. Znokautowała mnie, załatwiła jak nic. Wszyscy zanoszą się dzikim śmiechem. Aż ich skręca, tak im wesoło, myślałby kto. Nawet Romani pęka ze śmiechu i patrzy na mnie, rozkładając szeroko ręce, jakby chciał powiedzieć: „Ona wygrała". I rzeczywiście tak jest. Nawet gorzej, niż gdybym się spotkał z samym Tysonem. Mniej by mnie poturbował… OK, sama tego chciałaś, Gin. Gwiżdżę na wszystkich wokół i idę na całość.
– Skoro tak, to wybaczy pani, ale dlaczego bierze pani udział w castingu, zamiast się poświęcić jak najbardziej zrozumiałym i słusznym poszukiwaniom kandydata na męża?
Gin patrzy na mnie i się uśmiecha. Zgrywa poczciwe, naiwne dziewczątko i odpowiada, jakby sama wiodła prym wśród wszystkich świętych.
– A dlaczego właśnie tutaj nie miałabym spotkać swojego ideału? Widzę niepokój na pana twarzy, niepotrzebnie, bo pana akurat wcale nie biorę pod uwagę.
Co poniektórzy nadal zanoszą się od śmiechu.
– Okay, dosyć tego – mówi Romani. – Czy to już wszystkie?
– Nie, tak naprawdę zostałam jeszcze ja.
Przyjaciółka Gin, Ele, robi krok naprzód, skupiając tym samym uwagę na sobie.
– Nazywam się Eleonora Fiori, mam dwadzieścia lat. Próbowałam wystąpić w różnych programach, ale z miernym rezultatem, studiuję malarstwo i na tym polu mam naprawdę imponujące osiągnięcia.