Выбрать главу

Ktoś półgłosem pozwala sobie na idiotyczny komentarz.

– Skoro tak, to dlaczego nie poświęcisz się temu na dobre?

To z pewnością był Sesto, ten od spółki Kocur & Kocur. Ale jakoś nikt się nie śmieje. Wobec tego Micheli – Żmija – rozgląda się wokół. Romani udaje, że nic nie słyszał. I on oczywiście zachowuje się dokładnie tak samo. Toscani, drugi z Kocurów, śmieje się przez moment. Ale już po chwili, kiedy dociera do niego, że nie wyjdzie na tym najlepiej, milknie i zaczyna lekko się krztusić, symulując nagłą chrypę.

– Świetnie, dziękuję uroczym paniom.

Romani podchodzi do choreografa, patrzy na kartkę, którą ten trzyma w ręku i palcem wskazuje niektóre nazwiska. I zaraz spogląda na nas i zmierza w naszym kierunku.

– Czy macie jakieś typy?

Patrzę na kartkę. Obok nazwisk niektórych dziewczyn widnieją krzyżyki. Pięć czy sześć już wybrano. Spoglądam na dół, na koniec listy. A oto i ona. Ginevra Biro też już ma swój krzyżyk. Niesamowite, ja i Romani mamy taki sam gust, uśmiecham się. Właściwie to nie jest wcale takie znów niemożliwe. Sesto i Toscani wskazują po jednej każdy, Romani idzie im na rękę. Żmija typuje aż dwie, ale Romani godzi się tylko na jedną. Wreszcie przychodzi kolej na Mazzoccę i on też ma swoją propozycję.

– Romani, może ci się to wydać absurdalne, ale jedną musimy wziąć koniecznie. Może ci się nie podobać, ale jeśli tylko lepiej się nad tym zastanowisz, to sam uznasz, że to genialny wybór.

– Posłuchajmy, kto to taki?

– Spodoba się wszystkim osobom niepewnym własnej wartości, tym, które siedzą w domu przekonane, że nie dadzą rady. Dlatego musisz ją wziąć, Romani.

– Którą?

– Tę ostatnią.

Kocur & Kocur do spółki ze Żmiją, który się do nich przyłącza, reagują jednogłośnie. – Buuu. – Są najwyraźniej oburzeni. Romani nie mówi ani słowa i cała trójka milknie, nie słysząc żadnego komentarza z jego strony. Żmija tym razem dał się ponieść i to aż za bardzo.

– Ależ to czysty absurd. Że niby co, organizujemy wybory miss Italia na opak? Czy na dole na pasku puścimy podpisy z wyjaśnieniem, o co chodzi… – Postanawia obstawać przy swoim. Mazzocca kręci głową.

– Pomysł jest naprawdę niezły. Tobie też już pewnie przyszło to do głowy, Romani, nieprawdaż?

Romani przez chwilę siedzi w milczeniu. Po czym niespodziewanie się uśmiecha. – Nie, nie przyszło mi to do głowy, ale pomysł jest przedni, naprawdę. Okay, Carlo, zaznacz także i ją. – Choreograf wprawdzie niczego nie zrozumiał, ale stawia ten jakże upragniony, ostatni już krzyżyk!

– Okay, w takim razie, dziewczyny…

Choreograf opuszcza pierwsze rzędy i wychodzi na środek sceny.

– Z góry dziękuję tym wszystkim, które wzięły udział w castingu, ale nie zostały wybrane…

Ele wzrusza ramionami: – Proszę.

Gin szturcha ją łokciem.

– Przestań być taką wieczną pesymistką. Nastaw się pozytywnie, bądź konstruktywna, sama aż się prosisz, a potem się dziwisz, że masz pecha.

Choreograf zaczyna czytać: – A więc: Calendi, Giasmini, Fedri…

– I nagle wybrane dziewczyny jedna po drugiej się rozpromieniają, uśmiechają i występują krok naprzód. Inne, których imię zostało pominięte, markotnieją, marzenie, by zabłysnąć choć na chwilę w telewizji, znów wydaje się nieosiągalne. – Bertarello, Solesi, Biro i Fiori. – Gin i Ele jako ostatnie występują krok do przodu. Ele wpatruje się w przyjaciółkę.

– Nie mogę w to uwierzyć. Teraz będzie tak samo jak w tym filmie: Chorus Line, że te, które występują, zostaną odesłane, a pozostałe przejdą dalej.

– A więc te, które wyczytałem, zaczynają od przyszłego poniedziałku. Tylko nie zapomnijcie: w południe macie być w biurze, żeby podpisać umowę, a o drugiej tutaj w teatrze, zaczynamy próby. Próby mamy popołudniami od poniedziałku do soboty. W sobotę wieczór jest transmisja na żywo, czy wszystko jasne?

Jedna z wybranych dziewczyn, i to z tych najładniejszych, z ogromnymi oczami i lekko tępym wyrazem twarzy unosi do góry rękę.

– O co chodzi?

– Prawdę powiedziawszy to ja nie zrozumiałam.

– Czego?

– Tego, co pan powiedział.

– Nieźle jak na początek. W takim razie słuchaj: masz nie odstępować na krok koleżanki z rudymi włosami, która stoi obok ciebie i robić zawsze to samo, co ona. A to zrozumiałaś?

– Mniej więcej. – Udaje poirytowaną i patrzy na rudą, która się do niej uśmiecha, starając się dodać jej trochę otuchy. Być może ona również nie wszystko tak do końca zrozumiała.

Ele trzyma rękę we włosach.

– Wierzyć mi się nie chce, wzięli mnie!

– Nic innego ci teraz nie pozostaje, jak tylko w to uwierzyć. Najwyższy czas skończyć z gadaniem o tym, że nikt cię nie chce.

Ginevra i Ele kierują się do wyjścia.

– Zostanę gwiazdą! Juhu! Nie mogę w to uwierzyć!

– Cóż, co do tego to wzięłabym na wstrzymanie.

Tony widzi, jak się zbliżają i wita się z nimi rozbawiony.

– No i co, jak wam poszło?

– Świetnie.

– Obydwu?

Ele patrzy na niego, krzywiąc usta.

– No pewnie, obydwie, i to wybrane jako pierwsze. – I wychodzą, śmiejąc się rozbawione, i nie przestają poszturchiwać się dla zabawy. – Od czasu do czasu trzeba się umieć dobrze sprzedać, nie?

– W mordę jeża… samochód!

– Gdzie jest?

– Właśnie go nie ma. – Ginevra rozgląda się naokoło cała zmartwiona. – Zaparkowałam go pod samym budynkiem. Mój… Podpieprzyli mi go. Zasrani złodzieje!

– Ej, nie czepiaj się złodziei. – Zwracam się do niej, pojawiając się tuż za jej plecami w towarzystwie Marcantonia. – Kto by ci podpieprzył taki złom?

– Nawet nie próbuj teraz ze mną zadzierać. O rany, muszę to zgłosić na policję.

– Sama się o to prosiłaś. Myślisz, że możesz ot tak dawać samochodowi ksywę Mój?

– Ale skoro jest Mój!

– Był twój, teraz już jest ich albo jego. Słowem, wystarczy, że zmienisz mu imię, i wszystko znów będzie jak należy!

– A ja myślę, że przyjdzie ci po prostu zapłacić mandat, musieli go stąd zabrać, więc jeśli rzeczywiście masz mieć do kogoś pretensje, to do straży miejskiej. A gwoli ścisłości, skoro chcesz być aż tak dokładna i sama, jak sądzę, domagasz się tego na każdym kroku, to miej pretensje do samej siebie.

– Słuchaj, szlag mnie trafia, a ty jeszcze dodatkowo wytrącasz mnie z równowagi, zalewając mnie potokiem słów. O co ci właściwie chodzi?

– O to, że zaparkowałaś w miejscu, gdzie jest wyjście ewakuacyjne z teatru. Trudno o większy banał.

– Ten pan ma rację. – Strażniczka miejska przechodzi tuż obok. Słyszała całą naszą rozmowę i, rozbawiona, postanowiła zabrać głos.

– Musieliśmy go stąd zabrać.

– Bo ja wiem, „musieliście" to chyba jednak lekka przesada, mogliście poczekać dwie minuty. Byłam w środku w sprawie pracy.

Strażniczka miejska przestaje się uśmiechać.

– Co, chce się pani kłócić?

– Tylko pani przedstawiam, jak się sprawy mają.

Strażniczka miejska się oddala, nie udzielając odpowiedzi. Ginevra nie może sobie darować, pokazuje język i dorzuca, wprawdzie już ściszonym głosem: – Głupia pinda, strażniczka do dupy. Weź sobie więcej używaj w nocy, to rano nie będziesz taka skwaśniała. – Śmieję się, gwiżdżąc z podniesioną głową.

– Fiuuu… Nareszcie dziewczyna, która ma szacunek dla przedstawicieli władzy! Dzielna, zdrowa i nade wszystko tak pełna poszanowania. Podobasz mi się.

– Za to ty mi wcale!

– A czy ty sama trzymasz się tego, co radzisz innym?