Выбрать главу

– Czego?

– Tego, żeby uprawiać więcej seksu i nie być tak skwaśniała. Nie, bo jeśli nie, to wiesz przecież, że gotów jestem ci pomóc, co ty na to?

– Jasne, koniecznie.

– Wierz mi, że zrobiłbym to jedynie, by poprawić ci humor.

– Świetny humor ani na moment mnie nie opuszcza, dzięki.

Marcantonio postanawia natychmiast przerwać tę pyskówkę.

– Okay, już dosyć. Skoro już mamy wolne popołudnie i tym bardziej, że obydwie przeszłyście przez sito eliminacyjne, proponowałbym, żebyśmy się wybrali czegoś napić i razem wznieść toast, skądinąd… – Marcantonio uśmiecha się do Ele, po czym kręci głową. – Ech, tam, skądinąd to my na was głosowaliśmy, nieprawdaż?

– Masz rację. W takim razie chodźmy się napić. Patrzę na Ele i rozkładam ręce.

– Ej, kiedy tak robisz, jest to równoznaczne ze stwierdzeniem „Niestety, padło na mnie".

Gin zagradza mi drogę najwyraźniej gotowa na wszystko.

– Ej, boski Stepie od siedmiu boleści, tylko wara od mojej przyjaciółki, jasne?

Przez moment rzeczywiście się jej boję.

– Okay, przekonajmy się w takim razie, jak ty zareagujesz na nasze zaproszenie?

– A to niby co, następny nabór? Może jeszcze zapłacicie? Patrzę na nią roześmiany. – Skoro chcesz.

– Nie mam najmniejszych wątpliwości, że stać by cię było na to. Ale bardzo mi przykro, co najwyżej możesz sobie pomarzyć.

Marcantonio staje między nami. – Jak to jest w ogóle możliwe, że cokolwiek by powiedzieć, wy i tak prędzej czy później zaczniecie się kłócić? Powiedziałem jedynie: chodźmy się czegoś napić. Okażcie choć odrobinę entuzjazmu, co żeż do licha!

Ele wydziera się jak szalona. – Juhu! Tak, cudownie! Chodźmy uchlać się wszystkim naraz, zabawmy się do upadłego… – Łapie się za włosy, wyrzuca je sobie do góry, wymachuje uniesionymi do nieba rękami, po czym zaczyna tańczyć i robi obrót. Następnie staje i się we mnie wpatruje. – Czy dobrze wypadłam?

Uśmiecham się: – Może być!

Czego się mogłem spodziewać? W końcu to przecież przyjaciółki.

Marcantonio kręci głową, po chwili bierze Ele pod ramię:

– Chodźmy już, w przeciwnym razie doczekamy tu białego rana… a znam lepsze sposoby, by dotrwać do świtu. – I zabiera ją, prawie za sobą ciągnąc.

Ginevra tkwi w miejscu i się temu przygląda.

– Oj, oj. Sprzątnęli ci sprzed nosa przyjaciółeczkę.

– Jest już duża, zaszczepiona, problem byłby wtedy, gdyby oddaliła się w twoim towarzystwie.

– Dlaczego? Byłabyś zazdrosna?

– Ej, nie bądź taki pewny! Byłabym zrozpaczona ze względu na nią. Okay, gdzie masz motor?

– A bo co?

– Odwieziesz mnie do domu, tylko ręce przy sobie, bo w przeciwnym razie znów dostaniesz klapsa, tak jak w restauracji.

– Aha, coś niesamowitego. To znaczy, że muszę cię odwieźć aż do samego domu i nawet nie wolno mi cię tknąć? Coś takiego. W życiu czegoś podobnego nie słyszałem. Czysty obłęd!

27

Jesteśmy już przy motocyklu, wsiadam pierwszy i odpalam silnik. Ona już się przymierza, żeby też usiąść, gdy tymczasem ja gwałtownie ruszam do przodu.

– Nie ma rady, jestem nowatorskim taksówkarzem.

– To znaczy?

– Trzeba zapłacić przed kursem.

– A co przez to rozumiesz?

– A to, że masz mnie pocałować.

Wychylam się do przodu, składam usta do pocałunku, zamykam oczy. Choć tak naprawdę to prawym okiem trochę podglądam. Nie chciałbym oberwać tak jak zwykle. Gin podchodzi do mnie i obślinia mi całe usta, żarłocznie, od dołu do góry, oblizuje mnie, jakby miała do czynienia z rozpuszczającym się lodem, który lada moment spłynie z wafla na ziemię.

– Ej, a to co?

– Tak właśnie całuję! Ze mnie też nowatorska dziewczyna. – I błyskawicznie sadowi mi się za plecami. – No już, ruszaj, za to, co ode mnie zainkasowałeś, jak nic wisisz mi kurs przynajmniej do Ostii.

Zaczynam się śmiać i ruszam na jedynce, przednie koto natychmiast nabiera prędkości. Ale Gin jest niesłychanie szybka. Obejmuje mnie mocno w pasie i opiera mi głowę na ramieniu. – Ruszaj, boski Stepie, uwielbiam szybką jazdę na motorze. – Nie trzeba mi tego dwa razy powtarzać. Ruszam na pełnym gazie i gnam przed siebie, a ona opiera nogi tuż przy moich i mocno się do mnie przytula. Na rozpędzonym motorze zlewamy się w jedno ciało. W prawo, w lewo, miękko i płynnie wchodzę w zakręt, dodając przy tym gazu. Przejeżdżamy przed Vannim, i dalej prosto w stronę Lungotevere. Przed nami w głębi na prawo zakręt. Zwalniam na moment, widząc czerwone światło, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienia się na zielone. Rozpędzony mijam dwa samochody, które wciąż jeszcze nie ruszyły. W prawo, kładę się na zakręcie, w lewo, to samo i oto już mkniemy wzdłuż Tybru i dalej prosto, a wiatr smaga nas po twarzy. W lusterku widzę kawałek jej buzi. Przymknięte oczy, nasadę włosów, jasną krawędź jej bladego policzka. Jej długie, ciemne włosy falują splątane na tle słońca, które zachodzi nam za plecami, rozwiane kosmyki pieszczotliwie muskają jego kontury, miękkie pasma pławią się w czerwonej poświacie, buntują się przeciw porywom wiatru, ale kiedy dodaję gazu, ostatecznie kapitulują i, pokonane, ulegają żywiołowej prędkości. Wciąż ma zamknięte oczy.

– Proszę, panienko, już jesteśmy na miejscu.

Staję pod jej domem, opieram motocykl na bocznym podnóżku i zostaję w pozycji siedzącej.

– Ale zajefajnie, zajęło nam to raptem jedną chwilę.

Patrzę na nią rozbawiony. – Ale zajefajnie? Co to znaczy?

– To połączenie zajebiście z fajnie, dwa w jednym.

Nigdy wcześniej tego nie słyszałem. – Zajefajnie. Sam będę tego używał.

– Nie. To moje, mam prawo na wyłączność w całych Włoszech.

– Co ty powiesz?

– Pewnie. No to dzięki, chętnie skorzystałabym jeszcze z twoich usług. Muszę przyznać, że jako taksówkarz jesteś rzeczywiście niezły.

– Cóż, wobec tego powinnaś zaprosić mnie do siebie na górę.

– A to dlaczego?

– Od razu wyrobiłbym ci kartę stałego klienta, zaoszczędzisz dzięki temu i mniej zapłacisz za przejazd.

– Już ty się tak nie martw. Płacę z przyjemnością.

Tym razem Gin święcie wierzy, że okaże się ode mnie szybsza i w okamgnieniu zatrzaskuje za sobą furtkę, myśląc, że uda jej się wyprowadzić mnie w pole.

– Oj nie! Spłatałem ci figla! – Wyciągam z kieszeni dżinsów klucze i macham jej nimi przed nosem. – Sama mnie tego nauczyłaś, tak?

– Okay, boski Stepie, oddawaj!

Przyglądam się jej rozbawiony. – Zwyczajny niezwyczajny… Skąd ja tam zresztą mogę wiedzieć. Coś mi się zdaje, że wybiorę się na przejażdżkę i wrócę jakoś później, może zaliczę jakiś nocny kursik.

– Nie opłaca ci się. W przeciągu pół godziny mogę mieć wymienione wszystkie zamki.

– Ale będzie cię to kosztowało więcej niż dziesięć kursów taksówką, i to prawdziwą…

– Okay, chcesz dobić targu?

– Jakżeby inaczej.

– A więc co chcesz w zamian za moje klucze? Unoszę głowę i posyłam jej rozbawione spojrzenie.

– Dobra, dobra, nic już nie mów. Chodźmy na górę. Lepiej to załatwić propozycją pod tytułem „wpadnij do mnie na herbatę", jak to się dzieje w filmach, zwłaszcza tych fajnych. Ale najpierw oddaj mi klucze.

Otwieram drzwi na klatkę i zaciskam je w prawej dłoni.

– Oddam ci je w domu, pozwól mi być swoim chaperon.

Gin uśmiecha się rozbawiona. – Kurczę, nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać.

– Chodzi ci o mój francuski?

– Nie. Zostawiłeś motocykl bez blokady. – I wchodzi, zadzierając nosa. W okamgnieniu zakładam blokadę i już po chwili do niej dołączam. Wyprzedzam ją i wsiadam do windy.