Выбрать главу

– A to kuchnia… Chcesz coś?

– Nie, nie, na razie nie.

– Ojej, tylko bez krępacji, bo jak zaczniesz mi tu Wersal odstawiać, to się porzygam, jasne?

Parska śmiechem.

– Nie, nie, na serio.

Śmieje się tak samo. Wygląda na zdrową, wypoczętą, spokojną. Gdyby tylko Pollo mógł cię teraz zobaczyć. Sam z siebie byłby dumny. Z tego, co mówił, wynikało, że był twoim pierwszym mężczyzną, Pallina. Mnie akurat Pollo nie wciskał kitu, nie było takiej potrzeby, nie musiał przesadzać, żeby się upiększyć, żeby wypaść na superkolesia w moich oczach, w oczach swojego najlepszego przyjaciela. To za sprawą Polla przepoczwarzyła się z larwy, jaką była wcześniej, właśnie on tchnął w nią, wręcz rozniecił w niej miłość, to dzięki niemu ten młody motyl po raz pierwszy wzbił się w powietrze… A teraz proszę, mam ją tuż przed sobą. Śmiało kroczy naprzód. Po chwili, nieoczekiwanie, Pallina zmienia wyraz twarzy.

– A nie pokażesz mi sypialni?

Dostrzegam w niej nagłą zmianę. Staje się zmysłowa i kokieteryjna. Serce mi się ściska. Czyżby miała jakiegoś faceta? Czy po nim miała innych? Co się wydarzyło, od kiedy nie ma Polla? Step, minęły już prawie dwa lata. Tak, ale ja nie chcę tego słuchać. Step, przecież to dziewczyna, młoda, ładna… Tak, wiem o tym. Ale nic mnie to nie obchodzi. Nie chcesz szukać dla niej usprawiedliwienia? Nie, nie chcę się nad tym zastanawiać.

– Proszę, tutaj jest pierwsza.

Pukam cicho do drzwi i je otwieram.

– Można?

Paolo, który właśnie zdejmował z siebie koszulę, natychmiast coś na siebie narzuca i podchodzi do drzwi.

– Pewnie, cześć, Pallina!

– Właśnie, a oto i pomysłodawca wystroju wnętrz, które dopiero co widziałaś.

– Cześć.

Podają sobie rękę. Pallina uśmiecha się lekko speszona.

– Gratulacje, wyglądają przepięknie, świetny gust. Myślałam, że to wszystko sprawka kobiety.

Paolo właśnie przymierza się do odpowiedzi, ale ja jestem od niego szybszy.

– On sam ma w sobie coś z kobiety.

I zamykam drzwi, wyłączając go tym samym z naszego obchodu.

– Ej, ale mnie chodziło o twoją sypialnię.

Szturcha mnie w ramię, popychając przy tym do przodu.

– Nie wyraziłaś się dostatecznie jasno. A oto i ona.

Otwieram drzwi do mnie do pokoju.

– Ej, całkiem nieźle.

Pallina wchodzi i rozgląda się dookoła.

– Tylko trochę tu pustawo, przydałoby się więcej kolorów. Uświadamiam sobie, że zrobione polaroidem zdjęcie Gin stoi u mnie na szafce nocnej. Dyskretnie je zakrywam.

– No, ale i tak ma swój urok. A poza tym, zawsze jeszcze można dorzucić jakieś kolory.

Patrzy na mnie zaintrygowana, starając się dociec, co takiego chciałem przez to powiedzieć, ale dokładnie w tej samej chwili dzwoni telefon. Pallina wyciąga komórkę z kieszeni kurtki, patrzy na wyświetlacz, i po chwili przykłada sobie aparat do ucha.

– Ej, to nie mój.

Biorę komórkę ze stołu tuż obok.

– A fakt, to mój!

Nie znam tego numeru.

– Halo?

– Witaj z powrotem!

Rumienię się. Słyszę jej głos.

– Mam nadzieję, że się wkrótce zobaczymy, skoro już jesteś z powrotem w Rzymie.

– Tak.

– Podoba ci się twoje nowe lokum?

– Tak.

– Dobrze ci było w Stanach?

– Tak.

Potakuję i słucham tego, co ma mi do powiedzenia, jej słowa są łagodne, życzliwe, pełne czułej miłości, z której przebija troska, by wreszcie sforsować tę cienką, kryształową taflę, uporać się z naszą przeszłością, z naszą tajemnicą. Odpowiadam na zadawane pytania. Udaje mi się wydusić z siebie coś jeszcze, oprócz samych tylko zdawkowych potakiwań.

– A co u ciebie?

Nie przerywa opowiadania. Pallina patrzy na mnie, ale nic nie mówi. Tylko potrząsa głową, chcąc się dowiedzieć, z kim rozmawiam. Ale nawet na to nie reaguję. Odwracam się do okna. Patrzę przed siebie, zasłuchany w jej słowa.

– Tak, obiecuję, zadzwonię do ciebie i przyjdę cię odwiedzić, tak…

Po czym zalega krępująca cisza, usilnie staram się powiedzieć coś na pożegnanie.

– Cześć. – I się rozłączam.

– O rany, kto to był? Kolejna z twoich kobiet?

– I tak, i nie.

Uśmiecham się, udając rozbawionego i starając się otrząsnąć z wrażenia, jakie zrobiła na mnie ta trudna rozmowa. Ale nie zostawiam jej czasu na dalsze dociekanie. – To była moja matka. No i co, wyruszamy czy nie na ten rajd po lokalach?

29

Zachodzące słońce przywdziało swoje najbardziej olśniewające szaty. Ale to nie dlatego jej twarz jest teraz taka rozpromieniona. Babi wychodzi z domu. Idzie przed siebie raźno, lekkim krokiem. Tak samo jak ci, którzy wychodzą na spotkanie czegoś, na co czekają już od dawna. Może od zawsze. Ma na sobie nowy, lazurowy komplet. Włosy zebrała do tyłu, odsłaniając lekko zaróżowione policzki. I to bynajmniej nie dlatego, że dopiero co pokonała biegiem schody. Nie zjechała windą, bo dziś wydała jej się zbyt wolna. Czasami to, co nas otacza, nie nadąża za naszym szczęściem. Właśnie dlatego teraz zmierza do garażu, bo potrzebny jest jej skuter. Z uwagi na ruch panujący na mieście o tej porze jazda samochodem byłaby czystym szaleństwem. Skuterem dojedzie szybciej. A przynajmniej nie zostanie w tyle za sercem. O tym samym śpiewał zresztą Cremonini, kiedy jeszcze występował razem z Lunapop… Jak fajnie jest krążyć sobie po mieście, kiedy masz skrzydła pod samymi stopami, wystarczy ci Vespa Special, byś pozbył się wszelkich problemów… Ale Babi nie boryka się teraz z żadnymi problemami. A wręcz przeciwnie. Teraz jedynie musi, a zarazem pragnie, gnać przed siebie, tak by się nie spóźnić na umówione spotkanie. Kto wie, jak pójdzie, czy będzie tak, jak oczekuje.

Jakiś dziwny szelest przerywa jej rozmyślania. To chyba nie kot. Ani nie wiatr. Ani nawet Fiore.

– Cześć.

Ileż to razy słyszała już ten głos. Tylko że akurat dzisiaj brzmi jej on jakoś inaczej. Jest bardziej zachrypnięty. Jakby docierał do niej z daleka, skądś, gdzie ona sama chyba nigdy jeszcze nie była. A gdzie człowiek trafia tylko wtedy, kiedy czuje się samotny. Zbyt samotny. Tam akurat głos staje się zbędny, bo nie ma nikogo, kto by nas wysłuchał.

– Alfredo. Cześć… co słychać? Co ty tu robisz, za krzakami?

– Cześć, właśnie czekałem na ciebie.

– Aha, ale sorry, dlatego się ukrywasz?

– Wcale się nie ukrywam, stałem sobie po prostu tutaj z tyłu, wystarczy przecież spojrzeć i od razu mnie widać. Dokąd idziesz? Jesteś śliczna, świetnie wyglądasz.

– No, dzięki… Jestem umówiona. Co u ciebie?

– Dlaczego mi nie odpowiedziałaś wczoraj na SMS-a? Przez całą noc miałem włączoną komórkę, ale nic do mnie nie przyszło.

– A właśnie, sorry, wyczerpał mi się kredyt na karcie i skoro już o tym mowa, to powinnam jak najszybciej ją doładować. Tak, przeczytałam twoją wiadomość. Słuchaj, nie mam teraz czasu, żeby o tym pogadać, może przełożymy to na kiedy indziej? Może jakoś w tych dniach wpadniesz do mnie do domu i na spokojnie…

– Chuj, a nie na spokojnie.

– Alfredo, co z tobą? Co to za ton?

– Alfredo, co z tobą, co to za ton. Posłuchaj samej siebie. A tak w ogóle to gdzie cię niesie? Spotykasz się z kimś dajmy na to w Vigna Stelluti? Albo na corso Francia? A może przed Falconieri, żeby przywołać wspomnienia?

– Alfredo, nie wiem, o co ci chodzi… tak czy siak, nie podoba mi się ton, jakim się do mnie zwracasz, powiesz mi wreszcie, co się takiego stało? Co z tobą? Jesteś jakiś dziwny.

– Tak naprawdę akurat ty sama powinnaś mi powiedzieć, co się takiego stało, nie sądzisz?