34
Na Prati, niedaleko Rai, na rogu via Nicotera i viale Mazzini znajduje się Residence Prati, dom i zarazem hotel wielu gwiazdeczek występujących w filmach kinowych, telewizyjnych, w telenowelach, programach rozrywkowych i wszelkich produkcjach włoskiej telewizji. Tam właśnie, kawałek dalej jest i siłownia. Schodzę na dół, poniżej poziomu ulicy. Nie wygląda, ale ma powierzchnię czterystu metrów kwadratowych, o ile nie lepiej, dobry rozkład, mnóstwo luster, drewniane stropy, doskonałą wentylację, bo olbrzymia stalowa rura wije się, pikując z sufitu prosto na sam dół i sapie, pompując powietrze.
– Cześć, szukasz kogoś?
Dziewczyna ze śmiesznie uczesanymi krótkimi włosami uśmiecha się do mnie zza przedziwnego biurka. Zasłania podręcznik do prawa, który leży zamknięty i założony pośrodku ołówkiem, tuż obok dwóch odblaskowych flamastrów – klasyczny zestaw studenta pierwszego roku wyższej uczelni.
– Tak, szukam tu mojej przyjaciółki.
– O kogo chodzi? Może ją znam? Od dawna jest u nas zapisana? Chce mi się śmiać i aż mnie korci, by jej odpowiedzieć: „Nigdy nie była u was zapisana!". Ale byłoby to równoznaczne ze stratą u Gin jakichkolwiek szans. Zdemaskowanie jej misternej sieci siłowni, to już byłby maks.
– Nie, powiedziała mi, że chciała skorzystać z możliwości próbnego treningu.
– Powiedz mi, jak się nazywa, to wezwę ją przez mikrofon.
– Nie, dzięki. – Uśmiecham się i zgrywam niewiniątko. – Chcę jej zrobić niespodziankę.
– Okay, jak chcesz.
Dziewczyna ze stoickim spokojem powraca do nauki. Kodeks karny. Pomyliłem się, musi być co najmniej na trzecim roku, o ile nie wchodzi w grę jakiś dodatkowy fakultet. Śmieję się pod nosem. Kto wie, może któregoś dnia mogłaby zostać moim adwokatem. Nie da się tego wykluczyć.
A oto i ona, Ginevra, Gin. Biro. Towar taki, że mózg staje. Przynosząc zaszczyt własnemu nazwisku, rozsławionemu przez markę jednego z najpopularniejszych długopisów, kreśli w powietrzu perfekcyjne wzory, zanim przystąpi do okładania worka treningowego. Wciąż podskakuje. Pseudozawodowa bokserka. Niespodziewanie przywodzi mi na myśl Hilary Swank, która idzie ćwiczyć, i to sama, by w ten sposób uczcić swoje urodziny. Na sali gimnastycznej krąży bez wytchnienia wokół worka treningowego, aż w końcu Morgan Freeman postanawia udzielić jej kilku wskazówek odnośnie tego, jak należy zadawać ciosy. Doszły mnie słuchy, że Włoszki oszalały na punkcie boksu. Myślałem, że to tylko gadanie. A tymczasem okazuje się, że to prawda.
– Tak trzymaj, świetnie, wyprowadzaj ciosy proste jeden za drugim. – Trenuje pod czyimś okiem. Ale ten ktoś nie przypomina Clinta Estwooda. Wygląda nieomal na zadowolonego, może zależy mu tylko na tym, by zaciągnąć ją do łóżka. A jednak i ja sam na nią patrzę. Jednak, bo mam wrażenie, jakbym ją widział w innym świetle. Jakie to dziwne. Kiedy patrzysz na jakąś kobietę z daleka, to dostrzegasz nawet najdrobniejsze szczegóły, detale, sposób, w jaki rusza ustami, jak się dąsa, jak przygryza wargę, jak się niecierpliwi, jak poprawia sobie włosy… mnóstwo różnych rzeczy. Rzeczy, które z bliska ci umykają, rzeczy, które w sytuacji, gdy dzieli was zaledwie kilka kroków, schodzą na dalszy plan, przyćmione przez czar jej oczu.