Выбрать главу

Gin nie przestaje sapać, raz za razem okładając worek. – Prawy, lewy i unik! Świetnie, a teraz się cofnij, prawy, lewy i unik… I jeszcze raz to samo…

Jest cała zlana potem, ale nie przerywa, odrzuca tylko do tyłu czarne włosy. Po chwili, prawie jak na spowolnionym obrazie, rękawicą odgarnia włosy z twarzy i zakłada je sobie za ucho. Brakuje jeszcze tylko, żeby się zabrała za poprawianie makijażu. Kobiety i boks, toż to czysty obłęd. Podchodzę powoli, tak by nie rzucać się w oczy.

– Teraz przejdź do ofensywy i naprzód.

Gin zadaje dwa ciosy z lewej, następnie robi zamach z prawej. Błyskawicznie zmieniam jej położenie worka i blokuję prawe ramię.

– Bum. – Widzę, jak jej twarz przybiera wyraz zaskoczenia, wygląda wręcz, jakby ją zamurowało. Sam szybko zaciskam dłoń w pięść i trafiam ją lekko w brodę. – Cześć, Million Dollar Baby. Bum, bum i już po tobie. – Robi unik i udaje jej się wywinąć.

– Co ty tu robisz do cholery?

– Chciałem wypróbować tę siłownię.

– Myślałby kto! Akurat tę?

– Przypadek chciał, że tak wyszło, było mi na rękę, a ponieważ ja też „pracuję" w tej okolicy…

– Wybrali mnie niezależnie od ciebie.

– Ale czy ja coś powiedziałem.

– Zrobiłeś aluzję.

– Jesteś chora.

– Za to z ciebie skończony złamas!

– Dosyć tego, spokój… Tylko nie zaczynajcie mi tu na siłowni żadnych awantur, jasne?

Trener wkracza między nas.

– A poza tym, przepraszam, Ginevra… to twój pierwszy próbny trening tutaj u nas, nieprawdaż? Jeszcze się do nas, do Gymnastic, nie zapisałaś. A skoro tak, to przecież on nie mógł wiedzieć, nie mógł być pewny, że cię tu zastanie. To czysty przypadek.

Patrzę na nią i się uśmiecham. – To czysty przypadek. Całe życie jest pasmem przypadków. Według mnie to absurd, by doszukiwać się źródeł tego przypadku. Nie mam racji? To tylko przypadek, i już.

Gin się obrusza, a ręce, wciąż uwięzione w rękawicach, trzyma na biodrach.

– Co ty „przypadkiem" wygadujesz?

– Spokojnie, Ginevra. – Trener znowu interweniuje. – Za dużo między wami wrogości. Wygląda, jakbyście się nienawidzili.

– Nie wygląda. Tak jest!

– Wobec tego musicie uważać. Ty powinnaś być na bieżąco z tym, czego uczą w szkole i pamiętać takie zdanie: Odi et amo. Quare id fasciam… nescio… Nienawidzę i kocham. Pytasz, jak to robię… sam nie wiem…

Gin przewraca oczami.

– Tak, tak, dziękuję, znam to. Ale tutaj problem tkwi w czym innym.

– W takim razie rozwiązujcie go sobie na zewnątrz.

Patrzę na nią i się uśmiecham.

– Słusznie, prawda… To rzeczywiście dobry pomysł. Idziesz?

– Musisz uważać. Bo się okaże, że jej nie doceniasz, Ginevra jest silna, wiesz?

– Jakże mógłbym nie wiedzieć. Ma nawet trzeci dan.

– No co ty… – Trener wyraźnie się ożywia. – O tym nie wiedziałem. Serio?

– Tak, o dziwo mówi prawdę.

Trener odchodzi, kręcąc głową.

– Tyle wrogości, tyle wrogości. Tak nie może być, tak nie może być.

Po chwili wraca, cały roześmiany, jakby znalazł sposób, by zaradzić wszystkim problemom na świecie. A przynajmniej tym między mną a Gin.

– Dlaczego nie rozegracie szybkiej walki? Sami przyznajcie, czyż to nie idealne rozwiązanie, zdrowe ujście emocji.

Gin unosi rękę, na której ma rękawicę, rozchyla ją i pokazuje na mnie.

– Ta, nie łudź się nawet, że ten kolo ma ze sobą rzeczy na zmianę.

– A właśnie, że „ten kolo" ma.

Uśmiecham się do niej rozbawiony i sięgam za kolumnę po swoją torbę. – A teraz, posłuszny wskazówkom twojego trenera, natychmiast idę się przebrać. Ale nic się nie martw, widzimy się lada moment.

Gin i trener nie ruszają się z miejsca i patrzą, jak się oddalam.

– Naprawdę świetnie się składa, w gruncie rzeczy ten chłopak wydaje mi się sympatyczny, a przy okazji będziesz też mogła przećwiczyć część ciosów, które ci dzisiaj pokazałem, tak czy owak, uważam, że znakomicie załapałaś, o co idzie.

– Tak, a czy ty załapałeś, kim on jest?

Trener patrzy na mnie zdezorientowany. – Nie, a co, kto to taki?

– To Step.

Rozmyśla przez chwilę, ma przymknięte oczy, przywołuje znajome twarze, wspomnienia i zasłyszane tu i ówdzie, przekazywane z ust do ust historie. Nic. Nic mu to nie mówi.

– Step, Step, Step. Nie, w życiu nie słyszałem.

Patrzę na niego z niepokojem, gdy tymczasem on uśmiecha się do mnie cały zadowolony. – Nie, na serio, w życiu. Ale możesz być spokojna, dasz mu radę!

I w tym momencie docierają do mnie dwie rzeczy. Po pierwsze: to z pewnością nie jest dobry trener i po drugie: właśnie dlatego powinnam zacząć się martwić.

Lekka koszulka, spodenki, podkolanówki i nowe nike'i kupione w Nike Town w Nowym Jorku. – Ej, Step, cześć. – W szatni spotykam znajomego kolesia, którego imienia jednak nie pamiętam. – Co tam, trenujesz tutaj?

– Tylko dzisiaj. Przyszedłem na próbę, żeby się zorientować, jak sobie radzi ta siłownia.

– Radzi sobie, i to jeszcze jak! A poza tym przychodzi tu tłum lasek. Widziałeś tę tam przy worku? Zajebista na maksa.

– Niedługo będę się z nią boksował, tak na rozgrzewkę.

– No co ty!

Koleś, którego imienia za nic nie mogę sobie przypomnieć, patrzy na mnie zaskoczony, a już po chwili zaczyna mu rzednąć mina.

– Ej, chyba nie posunąłem się za daleko? Nie powinienem był tego mówić?

– Czego?

– Że jest zajebista na maksa?

Zamykam szafkę na klucz, wkładam kłódkę do kieszeni.

– A niby dlaczego nie? Przecież to prawda! – Uśmiecham się do niego i wychodzę.

– No jak tam, trzeci dan, czas zaczynać?

Gin patrzy na mnie, sztucznie się uśmiechając.

– Tyle tylko, że trzeci dan nie ma tu nic do rzeczy, a poza tym strasznie się powtarzasz, czy naprawdę nie stać cię na coś mniej oklepanego?

Śmieję się jak szalony i rozkładam ręce.

– Nie mogę w to uwierzyć. Lada moment mamy rozpocząć walkę bokserską, czeka nas porządne spotkanie, z gatunku tych zaciętych… a ty co? Wyzłośliwiasz się na mnie.

– Ładnie, wyzłośliwiasz się na mnie, właśnie tego słowa mi brakowało.

– Nie wolno ci się nim posługiwać, w tym wypadku prawa autorskie należą do mnie! – I niemal od razu po tym… Trach. Tego się nie spodziewałem. Trafia mnie w samą twarz z prawej, szybko, dokładnie, w ramach usprawiedliwienia mogę powiedzieć, że z zaskoczenia. Tak czy siak, celnie.

– Świetnie, znakomicie.

Trener podskakuje zadowolony.

– Prawy, lewy, wyprowadź, a potem przechodź do defensywy. Ruszam żuchwą, raz w prawo, raz w lewo, czuję, że została lekko nadwerężona.

– Żadnych złamań?

Gin podskakuje, jej nogi są w ciągłym ruchu, patrzy na mnie i unosi brew. – Jeśli chcesz, to możemy zaczynać na poważnie.

I zaraz, podrygując, zbliża się do mnie. – To był zaledwie przedsmak tego, co cię jeszcze czeka, boski Stepie. Aha, mój trener w życiu nie słyszał twojego imienia.

Wkładam rękawice i nie przestaję na nią patrzeć.

– Skoro już o tym mowa, to nie widział również zdjęcia, które ci zrobiłem polaroidem. Jasne, że gdyby je zobaczył…