– Gdyby je zobaczył, to co?
– No, pewnie by zmienił zdanie. Na tamtym zdjęciu wzbudzasz taki postrach, że niewątpliwie przeszłaby mu nawet ochota, by zaciągnąć cię do łóżka!
– Teraz to już naprawdę przegiąłeś.
Gin rzuca się cała rozjuszona i zaczyna mnie okładać. Zasłaniam się przed jej ciosami i zanoszę śmiechem, razy spadają na mnie ze wszystkich stron, uderza a to otwartą rękawicą, to znów zaciśniętą, całą jej powierzchnią albo z kolei samym bokiem. W końcu daje mi kopniaka, prosto i celnie.
– Ej…
Trafiony zatopiony. W podbrzusze. I to z całej siły. Z bólu zginam się wpół. Ledwo jestem w stanie oddychać.
– Ała! To się nie liczy!
– Z tobą wszystko się liczy.
– Właśnie, Gin, nawet gdybym ci chciał okazać, jak bardzo cię kocham, to w tym momencie i tak nie stanąłbym na wysokości zadania.
– Nic się nie martw… Wierzę ci na słowo.
Kurwa mać, odwróciła moją uwagę, rozśmieszyła mnie, po czym zadała mi cios. Wciąż jestem zgięty w pół, staram się odzyskać siły. Zbliża się trener. – Jakieś problemy? – Opiera mi rękę na ramieniu. – Nie, nie, wszystko w porządku… Albo prawie.
Tupię nogami i biorę się pod boki, głęboko oddycham i wracam do pionu.
– Właśnie, widzisz, teraz mogłabym cię dokończyć, gdyby nie to, że mi ciebie żal.
– Jakaż ty jesteś miłosierna. Może przeniesiemy się na ring?
– Jasne.
Gin uśmiecha się do mnie zupełnie spokojna. Przechodzi tuż obok, pewna siebie. Trener staje przy samym brzegu ringu i unosi liny, ułatwiając nam przedostanie się na matę.
– Ej, chłopcze, tylko posłuchaj… Żadnych niedozwolonych ciosów i zachowajcie umiar, co? To ma być ładna walka, no dalej.
Gin dołącza do mnie, na środek ringu, trącamy się rękawicami. Obydwoje naraz, jak na filmach.
– Jesteś gotowa?
– Jestem gotowa na wszystko. A jego nie słuchaj, to nie mój trener, zresztą już po tobie! Zawiadamiam cię, że można zadawać wszelkie możliwe ciosy, zwłaszcza te niedozwolone, przynajmniej z mojej strony!
– Oj, oj, oj… Już się boję!
W odpowiedzi próbuje mnie uderzyć prosto w twarz, ale tym razem nie daję się zaskoczyć, zasłaniam się lewym i daję jej eleganckiego kopa w tyłek, uważając jednak, by nie był zbyt bolesny.
– He, he, he… Już oprzytomniałem. To co, zaczynamy?
Podskakujemy, góra, dół, krążymy jedno wokół drugiego, obserwujemy uważnie siebie nawzajem, gdy tymczasem Nicola, czyli trener, zaczął już odmierzać czas na stoperze Swatcha albo innej, równie popularnej marki. Gin zaczyna mnie uderzać i nie przestaje się uśmiechać.
– Ej, widzę, że nadal dobrze się bawisz, co? Świetnie, masz absolutną rację, bo już wkrótce… – I zaraz wyprowadza mi cios prosty w sam brzuch, przez moment brak mi tchu. Szybka z niej zawodniczka.
– Nie gadaj tyle, boski Stepie, bo nie starczy ci tchu, a jeszcze ci się przyda. Mówiłam ci, że sporo trenowałam fuli contact. – Wciąż podryguję i zbieram siły. – Pierwsza zasada: po tym, jak spudłujesz, musisz natychmiast atakować dalej, w przeciwnym razie…
Wyprowadzam cios z bliska, ale nie za mocny i nie za szybki. Prawy, jeszcze raz prawy, dla zmyłki robię zamach lewym, po czym znów prawy. Przed trzema pierwszymi doskonale udaje jej się osłonić, ale ostatni prawy ją dosięga. I zaraz widzę, jak pod wpływem tego ciosu zarzuca Gin w lewo, mało się nie przewraca. Uderzyłem ją zbyt mocno. Próbuję ją załapać, zanim wyląduje na ziemi.
– Ej, przepraszam, zrobiłem ci krzywdę? – Jestem szczerze zaniepokojony. – Ja tylko…
Gin w ramach rewanżu wyprowadza uppercut, trafiając mnie w podbródek z ukosa. Powybijane słowa więzną mi w gardle, na szczęście tylko one.
– Nic mi nie zrobiłeś. – Zżyma się, unosząc honorem, i szybko kręci głową, odrzuca do tyłu włosy, i niezwłocznie przystępuje do ataku. Dwukrotnie przebiera nogami, wykonując ruchy nożycowe. Prawy, lewy, równocześnie stopą pcha mnie w tył i nie odpuszcza. Prawy, lewy i znów prawy. Lewy, prawy, sierpowy, osłaniam się jak mogę, nie chcąc uderzyć jej ponownie, osłaniam się z uśmiechem na twarzy, choć niekiedy, szczerze powiedziawszy, bywa to trudne. Coraz bliżej. Zapędza mnie do rogu, wciąż atakuje. – Ej, zbyt żywiołowo. – Zasłaniam się rękawicami, a ona nie przestaje zadawać ciosów, w końcu próbuje mnie dosięgnąć prawym prostym i ciach, już ją mam. W okamgnieniu odchylam lewą rękę i opuszczam ją wzdłuż ciała. Blokuję jej prawe ramię moim własnym i trzymam je, mocno do siebie przyciskając. – Skuta!
Nie ma możliwości manewru, jest zablokowana, lewym też już nic nie wskóra.
– Walczysz zbyt żywiołowo i sama widzisz, do czego to prowadzi?
Gin na wszelkie sposoby usiłuje się wyswobodzić. Szarpie się do tyłu, opiera na linach, rzuca się na mnie, znów odskakuje w tył, w szamotaninie odbija się ode mnie, nie daje za wygraną. Wyprowadzam lekki prawy i trafiam ją w twarz. – Bach… Widzisz, co bym ci mógł zrobić? – Wciąż ją uderzam. – Bach, bach, bach. Gin, piłka do boksowania… Już by było po tobie!
Cała jej odpowiedź sprowadza się do tego, że w napadzie szału usiłuje mnie uderzyć lewym, bowiem od tej strony nic nie ogranicza jej ruchów. Z łatwością się przed nim osłaniam, ale ona nie daje za wygraną, bach, bach, bach, odpieram wszystkie ciosy, jeden po drugim. Gin próbuje od dołu, by już po chwili przejść do prostych, następnie do haka, i znów usiłuje wyprowadzić cios z dołu, jedną nogą staje na linie i się wybija, by uderzyć, biorąc większy zamach. Nic z tego, jak stałem, tak i stoję w samym rogu i kurczowo trzymam ją za prawe ramię. Gin wychodzi z siebie.
– I jaaa! – Próbuje dosięgnąć mnie kolanem, ale od razu unoszę nogę, znowu ją uprzedzając. Ponownie stara się mnie uderzyć, tym razem lewym sierpowym, ale jest już wolniejsza, chyba trochę się zmęczyła. Właśnie na taki jej błąd czekałem. Wyciągam prawą rękę i blokuję także jej lewe ramię, trzymając je kurczowo. – I co teraz? – Na chwilę zastyga naprzeciwko mnie, wpatrując mi się w twarz, pozbawiona jakiejkolwiek możliwości manewru. – I co teraz pocznie Gin, Tygrysica? – Próbuje się uwolnić.
– Grzeczna, bądź grzeczna. Jesteś tu, w moich ramionach. – Znów stara się wyswobodzić, ale bezskutecznie. Zbliżam się do niej i ją całuję, w pierwszej chwili wydaje się, że nie ma nic przeciwko temu. – Ała! – Ugryzła mnie. Natychmiast ją zostawiam, puszczam jej ramiona, oba naraz. – Kurwa mać. – Przystawiam rękawice do ust, by sprawdzić, czy nie leci mi krew.
– Jak tak dalej pójdzie, to odgryziesz mi wargę? A potem co?! Wierz mi, że z tymi pięściami nie ma żartów, jak zaczną grzmocić, to nie ma przebacz.
– Już ci mówiłam. Ja się nie boję.
I na dowód tego ucieka się do waikiki. Odwraca się, chcąc trafić mnie z półobrotu. Ale ja jestem od niej szybszy, padam na ziemię i ją podcinam, tak że sama upada tuż obok mnie.
– To na nic, Gin, to tak, jak Apollo mówi w Rocky Cztery: Nauczyłem cię prawie wszystkiego. Walczysz po mistrzowsku, ale to ja jestem mistrzem!
I błyskawicznie ją dopadam, przygniatam i unieruchamiam, siadając na niej okrakiem, prawą ręką przyciskam ją do ziemi, twarzą dotyka podłogi, a nasze policzki nieomal się o siebie ocierają.
– I co? Wiesz, że ślicznie teraz wyglądasz? – Mój zachwyt jest naprawdę szczery. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mi to przypomina Zabójczą broń. Kiedy Mel Gibson i Rene Russo porównują swoje blizny i przewracają się na ziemię. Ale my jesteśmy od nich piękniejsi, prawdziwsi.
– Gin, masz ochotę się kochać?
Gin się uśmiecha i kręci głową. – Tutaj? Teraz, na parkiecie siłowni, na oczach Nicoli i całej reszty, która się na nas gapi?