Выбрать главу

Hammerstein zdecydował się najwyraźniej – lekko ugiął kolana, cofając jednocześnie ręce za plecy. W szkłach celownika James widział, jak lekki wiatr targa owłosieniem na jego ciele. Wyrzucił gwałtownie ręce w górę, odbijając się jednocześnie od deski i przez ułamek sekundy jego ciało jeszcze było w pionie, choć już leciało w powietrzu. W tym samym ułamku sekundy coś srebrzyście błysnęło na tle jego pleców i Hammerstein zniknął pod wodą w całkiem niezłym skoku.

Gonzales zerwał się na równe nogi, niepewnie patrząc w wodę, w której zniknął jego szef – nie wiedział, czy coś widział, czy tylko mu się zdawało. Goryle nie mieli wątpliwości – przykucnęli z bronią gotową do strzału, czekając na rozkaz i spoglądając to na majora, to na drzewa rosnące po przeciwnej stronie jeziora.

Tafla powoli uspokajała się, a Hammersteina nie było widać. Musiał skoczyć dość głęboko.

Bond oblizał suche usta i wpatrzył się w wodę – w głębi pojawiło się coś różowego, podnosząc się powoli. Ciało Hammersteina wypłynęło głową w dół, kołysząc się lekko. Z pleców pod lewą łopatką wystawała co najmniej stopa stalowej, zakończonej piórami strzały.

Gonzales ryknął komendę i dwa pistolety maszynowe bluznęły ogniem. Gdy James naciskał spust, słyszał kule tnące gałęzie i trafiające w pnie za jego plecami. Prawy strzelec podskoczył i zwalił się na twarz. Jego towarzysz ruszył biegiem, bijąc krótkimi seriami z biodra. James strzelił, spudłował i strzelił ponownie. Pod biegnącym ugięły się nogi, ale siła rozpędu nadal pchała go do przodu – z głośnym pluskiem wylądował wreszcie w wodzie, nadal naciskając spust, dopóki woda nie dotarła do broni.

Ten drugi strzał dał Gonzalesowi parę sekund, które należycie wykorzystał – padł plackiem za ciałem pierwszego strzelca i przejął jego broń, z której ostrzeliwał Bonda. Dla Jamesa było nieistotne, co zdradziło jego lokalizację: ruch czy błysk wystrzału. Istotne natomiast były kule gwiżdżące wokół. Wystrzelił dwa pozostałe w magazynku Sarage'a pociski i martwy strzelec podskoczył, trafiony kulami. Za nisko! Załadował broń i ponownie wymierzył, gdy nagle odstrzelona gałąź opadła na lufę blokując widoczność. Zanim ją strząsnął, Gonzales zdążył dobiec do ogrodowych mebli z metalu, przewrócić żelazny stolik i schować się za nim, kiedy dwie kule Bonda wzbiły w górę kępki trawy w miejscu, w którym przed chwilą był. Mając solidną osłonę, zaczął lepiej celować i krótkie serie zaczęły trafiać teraz w pień, podczas gdy pojedyncze kule z Sarage'a rykoszetowały od metalowego blatu. Ponieważ Gonzales wychylał się to z prawej, to z lewej strony stołu, Jamesowi nie było łatwo go trafić z broni, z której mógł prowadzić tylko pojedynczy ogień. Kule zaczęły zbyt blisko trafiać w pień, toteż Bond schylił się i przesunął na drugą stronę z zamiarem wybiegnięcia na łąkę i trafienia przeciwnika od strony, z której był pozbawiony osłony. Jednakże Kubańczyk miał najwyraźniej również dosyć tej patowej sytuacji, gdyż James biegnąc zauważył, jak tamten wyskakuje zza zasłony stołu. Biegł ku tamie, by przedostać się nią do lasu i zajść Anglika od tyłu. 007 stanął i uniósł broń – w tym momencie dostrzegł go Gonzales. Przyklęknął i nacisnął spust, ale kule poszły górą. James poczekał, aż krzyżyk celownika znieruchomieje na piersi tamtego i nacisnął spust. Majora podniosło do półprzysiadu – z wyrzuconymi w górę ramionami, nadal pakując kule prosto w niebo, runął do wody i znieruchomiał.

James poczekał chwilę, by upewnić się, czy nie udaje, po czym opuścił wolno broń i rękawem wytarł spoconą twarz.

Kanonada odbijała się głośnym echem w dolinie. Daleko, po prawej, dostrzegł obie dziewczyny biegnące co sił w nogach ku zabudowaniom. Jeśli nie one, to służące niedługo podniosą alarm i w okolicy zacznie się robić tłoczno. Najwyższy czas wracać do Kanady.

Powoli ruszył ku klonowi. Gdy doń dotarł, Judy już tam była. Stała przytulona do pnia, pokazując zbliżającemu się plecy i obejmując ramionami głowę. Prawy rękaw przesiąknięty był krwią, a materiał na przedramieniu został przestrzelony. Łuk i kołczan leżały na ziemi, a ich właścicielka drżała na całym ciele.

Podszedł do niej i objął za ramiona.

– Spokojnie, Judy. Już po wszystkim. Co z ręką?

– Nic, coś mnie uderzyło – głos był stłumiony. – Ale reszta… to było okropne… nie… nie wiedziałam, że to będzie takie straszne.

– Musiało tak być, bo w przeciwnym razie oni by cię zabili. To byli zawodowcy, a tacy są najgorsi. Mówiłem ci przecież, że to zajęcie dla mężczyzny. Uspokój się teraz i pozwól mi obejrzeć tę ranę. Musimy iść do granicy kanadyjskiej. Wkrótce będzie tu pełno policji.

Odwróciła się do niego z twarzą mokrą od łez. Wyraz szarych oczu był teraz zrezygnowany i posłuszny.

– To miłe z twojej strony, że jesteś taki, i to po tym, jak się zachowywałam wobec ciebie. Byłam… nie byłam poprzednio sobą.

Wyciągnęła rękę, a on rozciął koszulę wyjętym zza jej pasa nożem. Kula poszła bokiem i po zewnętrznej stronie mięsień był lekko naruszony, ale rana nie była groźna. Wyjął chustkę, rozciął ją na trzy części, które związał razem, a następnie przemył zranienie zawartością manierki. Wziął jedną z kanapek, jakie miał ze sobą i położył na ranie chleb nie posmarowaną stroną, po czym zawiązał wszystko chustką. Z rękawa zrobił temblak i zawiązał go na szyi dziewczyny. Przy wykonywaniu tej czynności jej usta znalazły się o parę cali od jego ust, toteż pocałował ją wpierw lekko, a potem jeszcze raz, głęboko i mocno. Spojrzał w jej oczy – były zaskoczone i szczęśliwe. Pocałował ją jeszcze raz – tym razem w kąciki ust. Uśmiechnęła się powoli. Odsunął ją od siebie i w odpowiedzi uśmiechnął się również, ujmując jej prawą rękę i umieszczając ją w przygotowanym temblaku.

– Dokąd mnie zabierasz? – spytała zaciekawiona.

– Do Londynu, gdzie pewien starszy pan bardzo chce cię zobaczyć. Ale najpierw musimy dostać się do Kanady, gdzie muszę porozmawiać z jednym z moich znajomych i wyprostować twoje sprawy paszportowe. Poza tym trzeba ci kupić trochę rzeczy, a to zajmie parę dni. Zatrzymamy się w miejscu, które nazywa się KO-ZEE Motel.

Spojrzała na niego uważnie. Była teraz zupełnie inna niż przy pierwszym spotkaniu.

– To może być miłe – powiedziała miękko. – Nigdy dotąd nie byłam w motelu.

James schylił się i pozbierał broń, przewieszając strzelbę i łuk przez ramię, po czym odwrócił się i tym razem wyprostowany ruszył przez łąkę.

Poszła jego śladem, zdejmując jednocześnie przytrzymującą włosy opaskę. Blond włosy rozsypały się na wietrze, opadając jej na ramiona.

Ian Fleming

***