Выбрать главу

Sekundy mijały, aż Berkowitz zaczął:

— Pięć… cztery… trzy… dwa… — i wycelował w nią palec dramatycznym gestem.

Holly próbowała się uśmiechnąć, gdy zaczęła mówić.

— Dobry wieczór. Jestem Holly Lane. Kandyduję na stanowisko głównego administratora habitatu. Do wczoraj pracowałam jako dyrektor działu zasobów ludzkich, ale zostałam wyrzucona z pracy, bo facetowi, który teraz jest głównym administratorem, pewnie nie spodobało się, że z nim konkuruję.

Wzięła głęboki oddech, dostrzegła na monitorze następny akapit i spojrzała na Berkowitza, który kiwał się na palcach, uśmiechał i wykonywał zachęcające gesty zza środkowej kamery.

— Chcę wam powiedzieć, dlaczego podjęłam decyzję o wzięciu udziału w wyborach i konkurowaniu z moim byłym szefem. Stało się tak z powodu pewnego małżeństwa, które przyszło do mnie ubiegać się o zgodę na urodzenie dziecka. Dzięki nim uświadomiłam sobie, że w tym habitacie musi być mnóstwo kobiet, które chcą mieć dzieci.

— Wiem, że żyjemy w zamkniętym środowisku o ograniczonych zasobach. Wiem, że wszyscy podpisaliśmy zobowiązanie do przestrzegania zasady ZRP, kiedy wkraczaliśmy na pokład Goddarda. Mam jednak wrażenie, że nadszedł czas, by przyjrzeć się tej zasadzie bliżej i zastanowić się, czy nie ma jakiegoś sposobu dopuszczenia do rozwoju populacji — oczywiście w granicach naszych zasobów. Ponad połowa habitatu jest pusta, niezaludniona, nieużywana. Uważam, że — zachowując środki ostrożności — możemy zezwolić na niewielki rozwój populacji. Sądzę, że mamy zarówno wiedzę, jak i odwagę, by dopuścić do kontrolowanego rozwoju. Ten habitat nie powinien pozostawać jałowy, pozbawiony dzieci.

Berkowitz nadal kiwał głową i uśmiechał się do niej. Na monitorze pojawił się ostatni, zamykający akapit. Holly zignorowała go jednak i rzuciła:

— Uważam także, że nie istnieje żadna akceptowalna przyczyna przerwy w zasilaniu, jaką zaobserwowaliśmy dziś rano. To niedopuszczalne. Musimy poświęcić więcej uwagi sprzętowi, którzy utrzymuje nas przy życiu. To wszystko, co mam do powiedzenia. Na razie. Więcej informacji następnym razem. Dziękuję.

Holly wydało się, że słyszy ryk wściekłości Eberlyego niosący się przez całą wioskę.

19 LUTEGO 2096: PÓŁNOC

— Gdzie pani była? — warknął Urbain.

Yolanda Negroponte z gracją podeszła do krzesła przed jego biurkiem i usiadła na nim, po czym odgarnęła z czoła blond włosy i rzekła:

— Nasza grupa odbyła pewną dyskusję polityczną przy kolacji.

Habib, który już siedział przy biurku Urbaina, wyglądał na zaskoczonego.

— Jaka grupa?

— Grupa kobiet wśród kadry naukowej — odparła Negroponte z lekkim uśmiechem. — Oglądał pan wystąpienie Holly Lane dziś wieczorem?

Habib potrząsnął głową.

— Byłem tutaj i…

— Tam, gdzie pani powinna być — rzucił Urbain ponurym tonem do Negroponte. — Przerwa na kolację nie powinna trwać trzy godziny.

— Jak powiedziałam — odparła niewzruszona Negroponte — odbyłyśmy pewną dyskusję polityczną przy jedzeniu.

Zanim zaczęli się kłócić na dobre, Habib wskazał obraz na wyświetlaczu ściennym i rzekł:

— Próbowaliśmy jakoś zebrać w całość te niewidzialne koleiny.

Obraz powierzchni Tytana był jedynym źródłem światła w gabinecie Urbaina. Gdy Negroponte obróciła krzesło, by patrzeć na ekran, Urbain zauważył, że Habib patrzy na nią, nie na ekran. Zgrabna kobieta, pomyślał. Trochę za wysoka, wielka jak Amazonka. Habib najwyraźniej był nią zafascynowany.

— Jeśli te niewyraźne ślady na gruncie to rzeczywiście koleiny Alfy — rzekł Habib — może będziemy mogli ich użyć do znalezienia bestii.

Urbain skrzywił się z niechęcią przy „jeśli”, a jeszcze bardziej przy określeniu Alfy jako bestii.

Negroponte potrząsnęła głową, a niesforny lok znów opadł jej na czoło.

— Coś tam jest — rzekła. — Coś ważniejszego. Urbain poczuł, jak jego brwi wędrują w górę.

— Ważniejszego od znalezienia Alfy?

— Jeśli te gładkie obszary to pozostałość po koleinach Alfy, powstaje pytanie, co je zaciera?

— Jak już wspominaliśmy, istnieje teoria, że coś aktywnie zaciera ślady Alfy. Coś, co znajduje się w gruncie.

— Aktywnie zaciera ślady — powtórzył Urbain.

— W ciągu kilku dni — rzekła Negroponte. — Czy nawet godzin.

Na przekór sobie Urbain poczuł, że go to intryguje.

— To może być erozja spowodowana przez deszcz.

— Albo zjawisko natury tektonicznej, geologicznej — zastanawiał się Habib.

— Jakie zjawisko geologiczne mogłoby zrobić coś takiego?

Negroponte potrząsnęła głową.

— Nie sądzę, to nie jest erozja. Nie w tej skali czasowej.

— Sądzi pani, że to coś biologicznego? — mruknął Urbain.

— A cóż innego?

— Lepiej zagońmy do pracy zespół biologów — zaproponował Habib.

Wstał, a Negroponte za nim. Urbain odruchowo odnotował, że jest nieco wyższa od niego. Ruszyli do drzwi.

— Już po północy — odezwała się do Habiba.

— I co z tego? — odparł, niemal się roześmiawszy. — Czas zacząć od razu. Kiedy indziej się wyśpią.

Opuścili gabinet, zostawiając Urbaina z rozdziawionymi ustami i gonitwą myśli: przecież musimy znaleźć Alfę! To najważniejsze zadanie. I został nam jeszcze tylko dzień albo dwa, może parę godzin, zanim przejdzie w hibernację. Był już jednak sam i nie mógł się nikomu pożalić.

Eberly usiadł w ulubionym fotelu, by obejrzeć wystąpienie Holly, z przekonaniem, że jej się nie powiedzie. Jednak wzmianka o przerwach w zasilaniu doprowadziła go do szału. Jak gdyby to była moja wina, wściekał się, spacerując tam i z powrotem po mieszkaniu.

W końcu uznał, że nie ma wyboru. Musi wyrzucić Aaronsona. Czyjaś głowa musiała polecieć — trzeba pokazać wyborcom, że coś robi. Przeorganizuję dział konserwacji, powiedział sobie Eberly. Timoshenko będzie szefem całego działu, a Aaronson numerem dwa, jego podwładnym. I pierwszym zadaniem Timoshenki będzie wykrycie, co spowodowało awarię zasilania i zapewnienie, żeby to się już nigdy nie stało. Przynajmniej do końca wyborów.

Tamiko i Hideki Mishima byli tak podekscytowani przemówieniem Holly, że nie mogli spać.

— Ona naprawdę chce nam pomóc — powiedziała Tamiko mężowi, gdy leżeli w ciemnej sypialni.

— Tak, ale sprzeciw będzie ogromny — ostrzegł ją Hideki. — Wielu ludzi boi się eksplozji populacyjnej, która mogłaby nas zniszczyć. Będą woleli utrzymać zasadę ZRP.

— Tak sądzisz?

— Jestem pewien.

Tamiko oparła się na łokciu i spojrzała na twarz męża.

— W takim razie musimy zacząć jakieś pozytywne działania. Zjednoczyć ludzi, by poparli panią Lane. Zorganizować jakieś poparcie polityczne.

— My? — spytał wątpiąco.

— Kobiety, które chcą mieć dzieci — odparła, po czym zaśmiała się i zmierzwiła mu włosy: — Nie martw się, kochanie, nie będziesz musiał nic robić. To moje zadanie.

Oswaldo Yańez oglądał przemówienie Holly z sofy w salonie, u boku żony. Wysłuchał uważnie każdego słowa, po czym zapomniał o wszystkim. Wstał, poszedł do małego gabinetu, który urządził sobie w alkowie w ich sypialni, i spędził resztę wieczora badając ostatnie biuletyny medyczne z Ziemi i Selene.