Wunderly gapiła się na stojący na biurku ekran tak intensywnie, że aż podskoczyła na krześle, gdy Holly wpadła do jej przegródki.
— Nadiu! Oni będą eksploatować pierścienie!
— Manny ma kłopoty — odparła Wunderly. — Pancho musi go wyłowić i to jak najszybciej.
— Masz go na radarze? — spytał w napięciu Wanamaker.
— Przy całym tym szumie, jaki dają pierścienie? Jedyna szansa to oszacować jego pozycję korzystając z efektu Dopplera.
Wanamaker skinął głową i pokazał palcem w centralny wyświetlacz kokpitu. Miał tam wykres trajektorii Gaety i ich własny kurs. Obie linie ładnie się przecinały, tuż poniżej płaszczyzny pierścieni.
— Ten plan to przeszłość — rzekła Pancho, stukając palcem w wyświetlacz. — Musimy go złapać o wiele wcześniej.
— Ale wtedy musimy podlecieć do pierścienia — rzekł Wanamaker.
— Tak. Czeka nas niezła jazda, Jake.
Holly spojrzała na ekran Wunderly.
— Pancho złapie Manny’ego bliżej pierścienia? Czy to nie jest niebezpieczne?
W świetle padającym z ekranu, przypominająca kształtem serce twarz Wunderly miała barwę popiołu.
— Gorzej, Holly. Ona jest teraz na kursie prosto między pierścienie.
— Przecież nie miała wlatywać między pierścienie!
— Ale leci. W przeciwnym razie nie zdoła go złapać wystarczająco szybko. Udusi się w skafandrze.
Po raz pierwszy Holly zrozumiała, że Pancho ryzykuje życiem. Moja siostra może zginąć, pomyślała.
— Możemy z nią porozmawiać?
Wunderly zawahała się, po czym potrząsnęła głową.
— Nie należy jej rozpraszać, Holly. Za jakąś minutę będzie miała pełne ręce roboty.
Wanamaker spojrzał na ekran radaru.
— Tam! — wskazał rozmazaną kreskę na mieniącym się tle. — To musi być on!
— Hej, Manny — zawołała Pancho do mikrofonu. — Wyleciałeś już z pierścienia?
— Nic nie widzę — rozległ się głos Gaety. — Wizjer mam cały w lodzie, a czujniki zewnętrzne nie działają. Zgodnie z planem powinienem już wylecieć.
Pancho poleciła:
— Jake, podłącz kamerę do radaru i wrzuć maksymalne powiększenie.
Wanamaker skinął głową i postukał w klawisze. Na głównym ekranie pojawił się przestwór białych, lśniących cząstek pierścienia.
— Tam — rzekła Pancho, wskazując mały, podłużny obiekt poruszający się w polu widzenia. — To musi być on.
— Szkoda, że nie mamy lepszego namiaru.
— Widzę go — rzekła Pancho, rzucając okiem na przyrządy.
Nagłe uderzenie ciągu sprawiło, że zakołysali się w pętlach. Obiekt na obrazie z kamery teleskopowej rósł, nabierał kształtu. Teraz dostrzegali już ręce i nogi.
— Pewnie jest cały oblepiony lodem — mruknął Wanamaker.
— Lepiej wskakuj w skafander i idź do ładowni — odparła Pancho.
— Dobra.
Wanamaker zanurkował przez klapę kokpitu i ze schowka na grodzi wyciągnął jeden ze skafandrów wykonanych z nanotkaniny. Zaczął go nakładać, ale dopiero gdy wziął w dłonie hełm — poczuł ukłucie strachu. Skafandry kosmiczne powinny być wielkie, grube i pękate, pomyślał. Ten wyglądał jak płaszcz przeciwdeszczowy. Pancho kiedyś używała takiego na Księżycu. I wszyscy, których było na to stać, przerzucali się na skafandry z nanotkaniny. W przeciwieństwie do kombinezonów starego typu nanoskafandry można było włożyć w kilku sekund i były bezpieczniejsze.
Mimo prób uspokojenia się nadal czuł się niepewnie. Poszybował w kierunku ładowni i zamknął za sobą klapę. Ładownia była metalową skorupą, niewiele większą od paki średniej furgonetki, pustą, jeśli nie liczyć dorównującej wzrostem człowiekowi kriogenicznej lodówki, w której miały się znaleźć pojemniki z próbkami Gaety.
Wanamaker wiedział, że może sterować śluzą ze środka ładowni, ale Manny’emu może być potrzebna pomoc, pomyślał. Pancho jest dobra, ale może nie udać jej się dokładnie zrównać prędkości.
Wyjął więc butlę z tlenem ze stojaka, założył ją na plecy i przypiął ją do kołnierza; przypominało to zamknięcie rzepa. Kaptur nadął się, przybierając kształt bańki, gdy wypełniło go powietrze z butli.
— Gotów do otwarcia śluzy? — z wbudowanego w bańkę głośnika rozległ się głos Pancho.
— Otwieram ją — odparł Wanamaker, opierając dłoń o panel sterowania.
Dobrze, marynarzu, powiedział do siebie, czas zostać bohaterem.
— Co on robi? — spytała Holly, czując, jak drży z niepokoju.
Wunderly postukała w klawiaturę i obraz zmienił się; pokazywał teraz obraz Saturna w czasie rzeczywistym, z przecinającymi go dwoma cienkimi jak włos liniami.
— Czerwona linia to Manny — rzekła, wskazując. — Właśnie wylatuje z pierścienia, jeśli leci zgodnie z planem.
— Dobrze — rzekła Holly.
— Zielona linia to Pancho. Manewruje statkiem, żeby złapać Manny’ego, tu w miejscu przecięcia.
— Ale to praktycznie w pierścieniu! Wunderly skinęła głową.
— Pancho ma teraz taką prędkość, że wleci z powrotem do pierścienia i przeleci na drugą stronę, o ile nie uderzy w coś na tyle dużego, żeby uszkodzić statek.
— A jakie jest prawdopodobieństwo, że…
— Dość duże — oznajmiła ponuro Wunderly. — Lodowe cząstki są przeważnie małe, jak płatki śniegu albo kamyki pokryte lodem. Ale przy tej prędkości nawet kamyk może mieć siłę góry lodowej.
Stojąc samotnie w kokpicie, Pancho dostrzegła przez bulaj obserwacyjny pędzący w jej stronę pierścień. To będzie niezła jazda, pomyślała, mocniej wsuwając stopy w plastikowe pętle.
Dostrzegła złowieszcze światełko na kokpicie: śluza powietrzna ładowni była otwarta.
— Jake, jesteś na zewnątrz?
— W śluzie — odparł sztywno Wanamaker. — Klapa zewnętrzna jest otwarta.
— Przypiąłeś się?
— Mam dwie liny, swoją i Manny’ego.
— Przygotuj się. Zbliżamy się.
— Nie widzę go.
— Zaraz zobaczysz.
Pancho lekko dotknęła końcem palca steru manewrowego Tylko spokojnie, powiedziała sobie. Żadnych gwałtownych ruchów. Żadnych podrygów.
Unosząc się tuż przy klapie Wanamaker poczuł lekkie szarpnięcie. Przymknął oczy, oślepiony blaskiem pierścień Saturna. Wyglądają, jakby można było ich dotknąć. Cóż, za jakieś parę minut rzeczywiście ich dotkniemy.
— Widzisz go? — spytała Pancho.
— Nie… poczekaj! Jest! — Dostrzegł zarys potężnego skafandra Gaety. — Rzeczywiście, jest cały pokryty lodem.
— Gówno widzę — ogłosił Gaeta, bardziej rozzłoszczony niż wystraszony.
— W porządku, Manny — zawołał Wanamaker. — Widz cię. Wychodzę, żeby cię złapać.
— Poczekaj! — wrzasnęła Pancho. — Podlecę jeszcze trochę bliżej.
Postać Gaety nieco urosła, po czym ustabilizowała się w polu widzenia Wanamakera.
— Dobrze, bliżej już nie mogę — oznajmiła Pancho.
Wanamaker ocenił, że Gaeta jest w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów od niego i przesuwa się wolno w polu widzenia. Wiedział, że lina, którą trzyma w dłoni, ma pięćdziesiąt metrów. Nie ma czasu, żeby szukać innej liny ani żeby połączyć ze sobą dwie. Może chybić o włos.
Wziął głęboki oddech i wyskoczył ze śluzy prosto w przestrzeń, zapominając, że między nim a próżnią jest tylko ciemna warstwa nanotkaniny.