Выбрать главу

W ciągu tej godziny opinia Cirocco o zabójstwie dokonanym przez Gaby diametralnie się zmieniła. Kiedy odarła zwierzę ze skóry, a Gaby zrezygnowała z prób skrzesania ognia, przekonały się, że mogą jeść to mięso na surowo.

— To zwierzę nie miało chyba żadnych wrogów — powiedziała Cirocco z wypchanymi ustami. Mięso było smaczniejsze niż się spodziewała, przydałaby się tylko odrobina soli.

— W każdym razie nie zachowywałoby się tak, gdyby miało — zgodziła się Gaby. Przykucnęła z drugiej strony martwego ciała, a jej oczy penetrowały teren ponad ramieniem Cirocco, która zresztą robiła to samo.

— To może oznaczać brak drapieżników na tyle dużych, by mogły nas niepokoić.

Obiad trwał bardzo długo, bo niestety musiały mocno napracować się szczękami. Spędziły ten czas badając ubite zwierzę. Dla niewprawnych oczu Cirocco nie był to stwór godny uwagi. Chciałaby, żeby był tu Calvin i wyprowadził ją z błędu. Mięso, skóra, kości i futro miały zwyczajny kolor i fakturę, nawet zapach był prawidłowy. Były tam jednak również organy, których nie potrafiły rozpoznać.

— Skóra powinna się do czegoś przydać — zauważyła Gaby. — Mogłybyśmy zrobić sobie z niej ubrania.

Cirocco zmarszczyła nos.

— Jeśli chcesz w tym chodzić — proszę bardzo. Na pewno wkrótce zacznie śmierdzieć. Jak na razie, jest dość ciepło, żeby obyć się bez ubrań.

Zostawienie większości pożywienia na pewno nie było dobrym rozwiązaniem, ale nie miały innego wyjścia. Obie zatrzymały po kości udowej, która mogła służyć za oręż, a Cirocco odrąbała wielki kawał mięsa, podczas gdy Gaby wycinała ze skóry paski, by powiązać razem resztki kombinezonu. Zrobiła dla siebie prosty pas i przytroczyła swój dobytek. Następnie podjęły dalszą wędrówkę w dół strumienia.

Widziały jeszcze inne kangurowate stwory, pojedynczo i w stadkach liczących trzy do sześciu sztuk. Były tam również inne, mniejsze zwierzęta, które poruszały się w górę i w dół po pniach drzew w tempie, które prawie uniemożliwiało obserwację, a wreszcie były i takie, które trzymały się brzegu rzeki. Do wszystkich można było bez trudu podejść. Zwierzęta nadrzewne wydawały się nie mieć w ogóle głowy, jeżeli zawierzyć wynikowi obserwacji tak ruchliwych obiektów. Były podobne do niebieskich kulek futra z sześcioma szponiastymi łapami rozmieszczonymi na obrzeżu i poruszały się z równą łatwością w dowolnym kierunku. Gębę miały pod spodem, pośrodku przypominających rozgwiazdę kończyn.

Krajobraz zaczynał się zmieniać. Nie tylko dlatego, że pojawiało się coraz więcej zwierzyny, ale również szata roślinna stawała się bardziej zróżnicowana. Z trudem posuwały się w świetle, które zmieniło teraz barwę na bladozieloną, sącząc się poprzez pokrywę lasu. Szły w tempie stu tysięcy kroków na teoretyczną, dwudziestoczterogodzinną dobę.

Niestety, wkrótce straciły rachubę. Ogromne, proste w rysunku drzewa ustąpiły setce rozmaitych gatunków i tysiącu rodzajów kwitnących krzewów, wijących się pnączy i pasożytniczych porostów. Jedyną rzeczą, która nie uległa zmianie, był strumień, a także zauważalna wśród drzew Temidy skłonność do przybierania gigantycznych rozmiarów. Każde z pewnością otrzymałoby stosowną tabliczkę pomnika przyrody i ściągnęłoby tłumy turystów w Narodowym Parku Sekwoi.

Przestało również być cicho. Pierwszego dnia wędrówki towarzyszyły im jedynie odgłosy własnych kroków i grzechot ocalałych resztek kombinezonów. Teraz w lesie rozbrzmiewał świergot, ujadanie i zawodzenie.

Kiedy zatrzymały się na odpoczynek, mięso smakowało im jak nigdy przedtem. Cirocco pochłaniała je żarłocznie, siedząc ramię w ramię z Gaby obok sękatego pnia drzewa, który był znacznie cieplejszy niż powinien, o miękkiej korze i korzeniach splątanych w węzły większe niż domy. Górne gałęzie gubiły się w niewiarygodnej plątaninie gdzieś wysoko ponad ich głowami.

— Założę się, że w tych drzewach jest więcej życia niż tu na ziemi — zauważyła Cirocco.

— Popatrz tam — powiedziała Gaby. — Wydaje mi się, że te pnącza wyglądają, jakby je ktoś utkał. Widać wodę przeciekającą przez ich spód.

— Musimy o tym pomówić. Co sądzisz o możliwości istnienia tu rozumnych form życia? Jak byśmy je rozpoznały? To jeden z powodów, dla których próbowałam cię powstrzymać przed zabiciem tamtego zwierzaka. Gaby trawiła tę myśl przez chwilę.

— Czy powinnam najpierw próbować do niego przemówić?

— Bardzo się bałam, że odwróci się i odgryzie ci nogi. Ale teraz, kiedy już wiemy, że nie jest agresywne, może rzeczywiście powinnyśmy to zrobić? Spróbować do któregoś zagadać.

— Jakoś tak głupio, rozumiesz. To coś ma mózg mniejszy niż połowa mózgu krowy. Mogłaś to dostrzec w jego oczach.

— Prawdopodobnie masz rację.

— Nie, to ty masz rację. To znaczy, chcę powiedzieć, że ja mam rację, ale ty masz słuszność co do tego, że powinnyśmy być ostrożniejsze. Zupełnie mi się nie podoba myśl o zjadaniu czegoś, z czym mogłabym i powinnam pomówić. Hej, a cóż to było?

Nie był to hałas, ale nagłe wrażenie, że hałas ustał. Tylko plusk wody i szelest liści w górze zakłócały ciszę. Potem, narastając tak cicho i tak powoli, że słyszały go na kilka minut przedtem, nim mogły go rozpoznać, dobiegł je potężny jęk.

Bóg mógłby jęczeć w ten sposób, gdyby utracił wszystko, co kiedykolwiek umiłował i gdyby miał krtań niczym piszczałka organowa długości tysiąca kilometrów. Jęk narastał w tonacji, która w jakiś sposób podnosiła się, jednocześnie nie odrywając się jednak od najniższych rejestrów słyszalnych dla ludzkiego ucha. Czuły go we wnętrznościach i w gałkach oczu.

Wydawał się wypełniać cały wszechświat, a jednak jeszcze się wzmagał. Dołączył doń dźwięk sekcji smyczkowej: wiolonczeli i elektronicznych kontrabasów. Ponad tą solidną podstawą muzyczną unosiły się syczące ultradźwięki. Cała orkiestra stała się jeszcze głośniejsza wtedy, kiedy zdawało się, że jest to już niemożliwe.

Cirocco myślała, że pęknie jej czaszka. Jak przez mgłę czuła, że Gaby trzyma ją w objęciach. Z opuszczonymi szczękami patrzyły na lecący na nie z potężnego sklepienia deszcz liści. Wirując i zderzając się zaczęły spadać również niewielkie zwierzęta. Ziemia zadrżała i poczęła wzlatywać kawałkami, rozpryskując się w powietrzu. Małe trąby powietrzne niosące masy piachu kręciły się niezdecydowanie. Gaby i Cirocco obsypał deszcz różnych szczątków.

Ponad nimi ozwał się łoskot, a wiatr zaczął docierać aż do podszycia lasu. Olbrzymia gałąź runęła w sam środek strumienia. Teraz już cały las kołysał się, trzeszczał i protestował dźwiękami przypominającymi karabinowe wystrzały, jak gwoździe wyrywane z suchego drewna.

Gwałtowne zjawiska osiągnęły najwyższe nasilenie i utrzymywały się na tym poziomie. Wiatr wiał z prędkością około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, wyżej musiał być jeszcze silniejszy. Dziewczyny nie wychylały się spod osłony korzeni drzewa, obserwując w niemym podziwie furię burzy wokół nich. Cirocco musiała krzyczeć, żeby jej głos mógł się przebić przez basowe zawodzenie.

— Jak myślisz, dlaczego to się stało tak szybko?!

— Nie mam pojęcia! — odkrzyknęła Gaby. — Miejscowe przegrzanie albo oziębienie, gwałtowna zmiana ciśnienia powietrza. Nie wiem jednak, co mogło ją spowodować.