— Myślę, że najgorsze mamy już za sobą. Hej, szczękasz zębami.
— Już się nie boję. Strasznie mi zimno.
Cirocco czuła to samo. Temperatura gwałtownie spadała. W ciągu kilku minut powietrze z balsamicznego stało się chłodne, a teraz miały wrażenie, że staje się mroźne. Przy wietrze wiejącym z prędkością sześćdziesięciu kilometrów nie było to wcale zabawne. Objęły się, ale Cirocco czuła, że ciepło gwałtownie ucieka przez nieosłonięte plecy.
— Musimy poszukać jakiegoś schronienia! — krzyknęła.
— Tak, ale gdzie?
Żadna nie chciała opuścić nędznej kryjówki, w której siedziały. Próbowały przysypać się wzajemnie piachem i zeschłymi liśćmi, ale porywał je wiatr.
Kiedy były już pewne, że zamarzną na śmierć, wiatr gwałtownie ustał. Nie zelżał, ale po prostu ustał w jednej chwili, tak że Cirocco zabolało w uszach. Na chwilę ogłuchła, a potem zmusiła się do ziewnięcia.
— No! Słyszałam o zmianach ciśnienia, ale nie aż takich.
W lesie znowu było cicho. Wtedy Cirocco przekonała się, że kiedy wsłuchała się mocno, mogła usłyszeć zamierające ostatnie tchnienie czegoś, co wydawało ten jęczący dźwięk. Sprawiło to, że zaczęła dygotać, ale już nie z zimna. Nigdy nie uważała się za kogoś obdarzonego bujną wyobraźnią, ale jęk tak bardzo przypominał ludzki głos, choć w nieporównywalnie większej skali. Sprawiał, że pragnęła położyć się i umrzeć.
— Nie śpij, Rocky. Mamy tu coś jeszcze.
— Co znowu? — Otworzyła oczy i zobaczyła, że z góry leci drobny, biały proszek. Połyskiwał w bladym świetle.
— Moim zdaniem to śnieg.
Ruszyły tak szybko, jak tylko mogły, by nie pozwolić zdrętwieć nogom, a Cirocco wiedziała, że tylko ciszy w powietrzu zawdzięczały przeżycie. Było zimno, nawet ziemia była teraz zimna. Cirocco czuła się jak pod wpływem narkotyku. To nie mogło się zdarzyć. Była kapitanem statku kosmicznego: jak mogła skończyć tak marnie, przedzierając się na golasa przez zamieć?
Jednak śnieg również okazał się tylko chwilowym problemem. W pewnym momencie brodziły w nim na głębokość kilku centymetrów, ale potem zaczęło go topić podziemne ciepło. Wkrótce ociepliło się także powietrze. Kiedy Poczuły, że niebezpieczeństwo minęło, znalazły odpowiednie miejsce na ciepłej ziemi i zasnęły.
Kiedy się ocknęły, kawał mięsa, który ze sobą dźwigały i skórzany pas Gaby nie pachniały już zbyt apetycznie. Wyrzuciły więc to wszystko i umyły się w strumieniu, a potem Gaby zabiła jeszcze jednego zwierzaka tego gatunku, który nazwały śmieszkiem. Poszło równie łatwo jak za pierwszym razem.
Po śniadaniu poczuły się znacznie lepiej. Uzupełniły je odrobiną pospolicie wyglądających owoców, których była tu ogromna obfitość. Cirocco szczególnie zasmakowała w owocu przypominającym kluchowatą gruszkę, o miąższu podobnym do melona. Smakował jak ostry ser cheddar.
Czuła się tak, że mogłaby chyba maszerować cały dzień, ale okazało się, że to niemożliwe. Strumień, który był ich przewodnikiem w całej dotychczasowej wyprawie, znikał w ogromnym otworze u podstawy wzgórza.
Stały obie przy krawędzi otworu i spoglądały w dół. Słychać było bulgot jak w otworze spustowym wanny, a co jakiś czas jakby odgłos ssania przerywany głębokim beknięciem. Cirocco cofnęła się, zupełnie jej się to nie podobało.
— Może jestem stuknięta — powiedziała — ale zastanawiam się, czy bestia, która nas zjadła, właśnie tu nie pobiera swojej porcji wody?
— Być może. Nie mam zamiaru nurkować, żeby to sprawdzić. Co teraz zrobimy?
— Też chciałabym wiedzieć.
— Możemy wrócić do miejsca, z którego wyszłyśmy i tam poczekać. — Gaby nie była zbyt entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu.
— Cholera by to! Byłam prawie pewna, że jeśli tylko zajdziemy dostatecznie daleko, znajdziemy miejsce, z którego będziemy mogły się rozejrzeć. Czy myślisz, że całe wnętrze Temidy zajmuje jeden wielki las tropikalny?
Gaby wzruszyła ramionami.
— Nie mam wystarczająco dużo informacji.
Cirocco przez dłuższą chwilę przeżuwała tę myśl. Gaby najwidoczniej jej pragnęła zostawić podejmowanie decyzji.
— W porządku. Przede wszystkim wejdziemy na szczyt tego wzgórza i rozejrzymy się tam trochę. Jeżeli nie znajdziemy tam niczego ciekawego, chciałabym spróbować wejść na któreś z tych drzew. Być może uda się nam wspiąć dostatecznie wysoko, żeby coś zobaczyć. Myślisz, że nam się uda?
Gaby uważnie oglądała pień.
— Pewnie, przy tym słabym ciążeniu. Chociaż nie ma pewności, czy będziemy mogły wystawić głowę górą.
— Wiem. Chodźmy na wzgórze.
Teren był bardziej stromy niż ten, który dotąd pokonywały. Były nawet miejsca, gdzie musiały wspinać się na czworakach. Gaby obejmowała wtedy prowadzenie jako mająca większe doświadczenie we wspinaczce. Była zwinna, dużo mniejsza i zręczniejsza niż Cirocco, dlatego też wkrótce tamta odczuła każdy miesiąc różnicy wieku pomiędzy nimi.
— Jasna cholera, popatrz tylko na to!
— Co jest? — Cirocco została kilka metrów z tyłu. Kiedy podnosiła głowę, widziała tylko nogi i pośladki Gaby, pod absolutnie niezwykłym kątem. To takie dziwne, pomyślała, że widziała nago wszystkich męskich członków załogi, ale musiała trafić aż na Temidę, żeby zobaczyć Gaby. Jak dziwnie wyglądała bez włosów.
— Znalazłyśmy nasz punkt widokowy — powiedziała Gaby. Odwróciła się i podała rękę Cirocco.
Szczyt wzgórza porośnięty był drzewami, jednak nie tak wysokimi jak te, które pozostawiły za sobą. Chociaż rosły gęsto i pokryte były pnączami, żadne nie przekraczało dziewięciu metrów wysokości.
Cirocco chciała wejść na wzgórze, żeby przekonać się, co jest po jego drugiej stronie. Teraz wiedziała: wzgórze nie miało drugiej strony.
Gaby stała o kilka metrów od krawędzi urwiska. Z każdym kolejnym krokiem, który stawiała Cirocco, widok zmieniał się, poszerzał, obejmując coraz większy obszar. Kiedy stanęła obok Gaby, nadal nie mogła dostrzec ściany urwiska, mogła sobie jednak wyobrazić jej wysokość. Na pewno całe kilometry. Poczuła, że wywraca jej się żołądek.
Stały w naturalnym oknie, utworzonym przez dwudziestometrową szczerbę pomiędzy dwoma najbardziej wysuniętymi drzewami. Przed nimi na przestrzeni dwustu kilometrów rozciągało się tylko powietrze.
Znajdowały się na brzegu obręczy i spoglądały przez całą szerokość Temidy na drugą stronę. Hen, po drugiej stronie z trudem dostrzegły cienki jak włos cień, który mógł być takim samym urwiskiem, jak to, na którym stały. Ponad tą linią widać było zielony ląd, przechodzący w biel, a później w szarość i wreszcie kończący się połyskliwą żółcią, kiedy podnosiły oczy aż do półprzezroczystej powierzchni sklepienia.
Rocky przebiegła wzrokiem w dół krzywizny ku odległemu urwisku. Poniżej rozciągał się intensywnie zielony teren, białe chmury niemal muskały grunt albo unosiły się niewiele wyżej.
Przypominało to widok z górskiego szczytu na Ziemi, ale była jednak pewna różnica. Teren wydawał się płaski, dopóki nie spojrzała w lewo albo prawo.
Jednak był nachylony. Przełknęła ślinę i wyciągnęła szyję wykręcając ją i próbując znaleźć poziom, żeby zaprzeczyć temu, co widziała: że tam, daleko, teren, wcale się nie podnosząc, był wyższy niż tutaj.
Nabrała pełną pierś powietrza i opadła na kolana. Tak było bezpieczniej. Ciągle patrzyła w lewo. Daleko przed nią rozciągała się pogrążona w półmroku kraina, nachylona tak, że mogła ją obserwować. Ciemne morze połyskiwało w nocnej poświacie, morze, które w jakiś sposób nie opuszczało swoich brzegów, a jednak nachylało się w jej stronę. Po jego drugiej stronie widać było inny, jaśniejszy obszar, podobny do tego, który rozciągał się przed nią, niknąc w oddali. Dalej widok zasłaniało sklepienie, które zdawało się opadać na spotkanie lądu. Wiedziała, że to złudzenie optyczne: sklepienie powinno być tak samo wysokie w każdym punkcie.