Выбрать главу

Znajdowały się na krawędzi jednego z obszarów wiecznego dnia. Zamglona granica pomiędzy dniem i nocą zaczęła spowijać teren po prawej stronie, nie tak ostra i wyraźna jak obszar na planecie widzianej z kosmosu, ale blaknąca poprzez strefę zmierzchu, której szerokość szacowała na jakieś trzydzieści do czterdziestu kilometrów. Poza tą strefą panowała noc, ale nie była smoliście czarna. Migotało tam ogromne morze, dwa razy tak wielkie jak to, które dostrzegła po drugiej stronie, i wyglądające tak, jakby padało nań jasne światło księżyca. Iskrzyło się niczym równina usiana brylantami.

— Czy nie z tego kierunku nadleciał wiatr? — spytała Gaby.

— Tak, o ile nie skręciłyśmy razem z nurtem rzeki.

— Nie sądzę. Wygląda mi to na lód.

Cirocco zgodziła się. Kra pękała w miejscu, gdzie morze zwężało się, tworząc rzekę płynącą na wprost niej i uchodzącą do drugiego morza. Teren był górzysty i pofałdowany niczym tarka. Nie mogła zrozumieć, w jaki sposób rzeka mogła przedrzeć się przez góry, by wpaść do morza po drugiej stronie. Uznała, że musi być nadal pod wpływem złudzenia wywołanego specyficzną perspektywą. Woda nie może płynąć do góry, nawet na Temidzie.

Poza obszarem lodu widać było jeszcze jedną strefę dnia, jaśniejszą i bardziej żółtą niż inne, które mogły stąd dostrzec, i przypominającą wyglądem piasek pustyni. Żeby tam dojść, musiałyby przejść poprzez zamarznięte morze!

— Trzy dni i trzy noce — powiedziała Gaby. — To całkiem dobrze pasuje do teorii. Powiedziałam, że z dowolnego punktu będziemy mogły widzieć prawie połowę wnętrza Temidy. Nie przewidziałam tylko tego.

Cirocco pobiegła wzrokiem tam, gdzie wskazywał palec Gaby i dostrzegła cały szereg czegoś, co przypominało liny, które wyrastały z ziemi i biegły stromo w górę w kierunku sklepienia. Na wprost nich widać było trzy, ustawione dokładnie jedna za drugą, tak, że najbliższa niemal przesłaniała pozostałe. Cirocco widziała je już przedtem, ale prześliznęła się po nich tylko wzrokiem, bo nie mogła ogarnąć wszystkiego od razu. Teraz przyjrzała się uważnie, marszcząc brwi. Podobnie jak przygnębiająco wiele rzeczy na Temidzie, również i te liny były ogromne.

Najbliższa z nich dawała dobre wyobrażenie o ramionach pozostałych. Przebiegała w odległości pięćdziesięciu kilometrów, ale i tak Cirocco widziała, że została spleciona z co najmniej stu włókien. Każde takie włókno mogło mieć dwieście — trzysta metrów grubości. Pozostałe szczegóły nikły w tej odległości.

Trzy liny przebiegały pod stromym kątem ponad zamarzniętym morzem, wznosząc się na sto pięćdziesiąt albo i więcej kilometrów i łącząc się ze sklepieniem w punkcie, który — jak pamiętała — musiał być jedną ze szprych widzianą od środka. Widać było stożkowatą gardziel, niczym kielich trąbki, która wybrzuszała się, przechodząc w sklepienie i boki obręczy. Po drugiej stronie kielicha, o jakieś pięćset kilometrów od miejsca, w którym stała, mogła domyślić się dalszych lin.

Po lewej stronie widać było więcej kabli, ale te biegły prosto w górę ku łukowemu stropowi, dochodząc doń i niknąc. Poza nimi widać było dalsze, ustawione w rzędach i nachylone w kierunku podstawy szprychy, której nie mogły dostrzec ze swojego punktu obserwacyjnego, bo zawieszona była ponad morzem w górach.

Tam, gdzie kable stykały się z ziemią, przechodziły w wybrzuszenia o rozmiarach pokaźnej góry o szerokiej podstawie.

— Wyglądają podobnie jak liny wiszącego mostu — powiedziała Cirocco.

— Zgoda. Myślę, że to właśnie to. Nie potrzeba wież dla ich podtrzymania. Liny mogą być umocowane w środku. Temida jest po prostu okrągłym wiszącym mostem.

Cirocco podpełzła jeszcze nieco bliżej krawędzi. Wytknęła głowę i spojrzała w dwukilometrową przepaść.

Urwisko było prawie pionowe na tyle, na ile jest to możliwe w przypadku naturalnej powierzchni. Jedynie przy samym dnie opadało łagodnie, łącząc się z lądem w dole.

— Nie myślisz chyba tam schodzić, prawda? — spytała Gaby.

— Chodziło mi to po głowie, przyznaję, ale oczywiście nie mam na to wielkiej ochoty. Zresztą, co mogłoby tam w dole być lepszego niż tu na górze? Mamy zupełnie niezły pomysł na przetrwanie tu na górze. — Urwała. Czy to miał być ich jedyny cel?

Gdyby miała szansę, przedłożyłaby przygodę ponad bezpieczeństwo, jeżeli to bezpieczeństwo miało oznaczać zbudowanie szałasu i przejście na dietę składającą się z surowego mięsa i owoców. Zwariowałaby w ciągu miesiąca.

A kraj tam w dole był piękny. Niesamowicie strome góry z połyskującymi, błękitnymi jeziorami, lśniącymi niczym klejnoty. Widziała bujne stepy i gęste lasy, a daleko na wschodzie spokojne, nocne morze. Trudno było orzec, jakie niebezpieczeństwa krył ten ląd, a jednak wzywał ją i pociągał.

— Mogłybyśmy spuścić się po tych pnączach — powiedziała Gaby, sięgając ponad krawędzią i wskazując możliwą drogę zejścia.

Ściana urwiska usiana była roślinami. Dżungla przelewała się przez krawędź niczym zamarznięta kipiel. Potężne drzewa wyrastały z nagiej skalnej ściany, przyczepionej do niej jak małże do morskiego dna. Sama skała była widoczna tylko w niektórych miejscach, ale nawet i tam sprawy nie przedstawiały się najgorzej. Wyglądała na bazalt gęsto naszpikowany wiązkami krystalicznych słupów z szerokimi sześciokątnymi platformami w miejscach, gdzie kolumny się odłamały.

— Da się zrobić — powiedziała w końcu Cirocco. — Ale nie będzie to ani łatwe, ani bezpieczne. Będziemy musiały wymyślić dobry powód, żeby podjąć taką próbę. „Tam, w dole jest coś więcej niż tylko nieokreślony zew, który czuję teraz w sobie” — pomyślała.

— Do diabła, też nie chcę tutaj tkwić — powiedziała Gaby z uśmiechem.

— A więc kłopot z głowy — odezwał się spokojny głos zza ich pleców.

Cirocco poczuła, jak sztywnieje każdy mięsień jej ciała. Przygryzła wargę, zmuszając się do powolnych ruchów, dopóki nie stanęła w bezpiecznej odległości od krawędzi.

— Tu na górze. Czekałem na was.

Na gałęzi, trzy metry ponad ziemią, majtając gołymi nogami siedział Calvin Greene.

Rozdział 7

Zanim Cirocco zdążyła ochłonąć, siedzieli w kręgu, a Całym opowiadał.

— Wyszedłem na powierzchnią niedaleko miejsca, w którym znika rzeka — mówił. — Siedem dni temu. Usłyszałem was od razu następnego dnia.

— Dlaczego w takim razie się nie odezwałeś? — spytała Cirocco.

Calvin pokazał jej szczątki swojego hełmu.

— Brakuje mikrofonu — powiedział, wyciągając urwany koniec przewodu. — Mogłem słuchać, ale nie mogłem nadawać. Czekałem. Odżywiałem się owocami. Po prostu nie stać mnie było na ubicie któregoś z tych zwierzaków. — Rozłożył swoje wielkie ręce i wzruszył bezradnie ramionami.

— Skąd wiedziałeś, że tu właśnie powinieneś czekać? — spytała Gaby.

— Nie wiedziałem na pewno.

— No dobrze — powiedziała Cirocco. Klepnęła się dłońmi po udach, a potem roześmiała się. — Dobrze. Popatrzcie tylko. Właśnie wtedy, kiedy na dobrą sprawę straciłyśmy już nadzieję na znalezienie kogokolwiek z naszych, wpadamy na ciebie. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Prawda, Gaby?