— Do jasnej cholery, Calvin! Nie zdążyłeś powiedzieć mi o czym takim? Co to jest i co o tym wiesz?
— To nasz sposób na spuszczanie się z urwiska — powiedział. — Nazywa się… — oblizał usta i zagwizdał akord z trzech tonów zakończony świergotem… — ale widzę, że to raczej dziwne używać tego na zmianę z angielskim. Nazywam go Gwizdkiem.
— Nazywasz go Gwizdkiem — powtórzyła tępo Cirocco.
— Tak jest. To jest miękkolot.
— Miękkolot.
Spojrzał na nią dziwnie, a ona zgrzytnęła zębami.
— Wygląda raczej na sterowiec, ale nim nie jest, bo nie ma sztywnego szkieletu. Zawołam go i będziesz mogła przekonać się sama. — Włożył dwa palce do ust i wygwizdał przeciągły, skomplikowany dźwięk, podzielony na dziwne muzyczne odcinki.
— Woła go — powiedziała Cirocco.
— Przecież słyszę — powiedziała Gaby. — Dobrze się czujesz?
— Tak. Jednak myślę, że jak odrosną mi włosy, będę siwa.
W odpowiedzi z góry ozwała się seria treli, a potem przez kilka minut nic się nie działo. Czekali.
Gwizdek pojawił się z lewej. Był o trzysta do czterystu metrów od ściany urwiska i poruszał się równolegle do niej — nawet z takiej odległości mogły dostrzec jedynie małą jego część. Wyglądał jak wielka niebieskoszara zasłona rozciągnięta przed ich wzrokiem. Potem Cirocco dostrzegła oko. Calvin zagwizdał ponownie, a oko obracało się bez celu, dopóki wreszcie ich nie odnalazło. Calvin spojrzał przez ramię.
— On za dobrze nie widzi — wyjaśnił.
— Jeżeli tak, to proponuję nie wchodzić mu w drogę — powiedziała Gaby z przerażeniem. — Jego tyłek jest pewnie gdzieś w sąsiednim hrabstwie.
Nos zniknął i Gwizdek zaczął przesuwać się bokiem. Szybował i szybował, wydawało się, że bez końca.
— Dokąd on leci? — spytała Cirocco.
— Zatrzymanie się zajmuje mu trochę czasu — wyjaśnił Calvin. Zaraz ustawi się pod wiatr.
Cirocco i Gaby w końcu dołączyły do Calvina stojącego na skraju urwiska i obserwującego całą operację.
Miękkolot Gwizdek miał od dziobu do rufy dobry kilometr. Gdyby miał jeszcze wymalowaną na ogonie swastykę, do złudzenia przypominałby nadludzkich rozmiarów replikę niemieckiego sterowca „Hindenburg”.
Nie, zdecydowała Cirocco, to niezupełnie tak. Była miłośnikiem statków powietrznych, a kiedyś aktywnie zaangażowała się w projekcie NASA, mającym na celu zbudowanie czegoś prawie tak wielkiego jak Gwizdek. Pracując razem z inżynierami — projektantami, dość dobrze poznała projekt LZ-129.
Kształt był taki sam: wydłużone cygaro, z tępym nosem, zwężające się ku rufie. Pod nim nawet rodzaj gondoli, chociaż znacznie dalej ku tyłowi niż na „Hindenburgu”. Inny był kolor, a także faktura powierzchni. Nie było konstrukcji wzmacniającej. Gwizdek był gładki, jak stare balony Goodyera, a w słońcu błyszczał tęczowo niczym macica perłowa. Podstawowy szaroniebieski kolor był jakby powleczony cienką warstewką oleju.
Poza tym „Hindenburg” nie miał włosów. Gwizdek natomiast — tak: wzdłuż poprzecznych brzusznych pręg miał gęstniejące i dłuższe pośrodku włosy, które przechodziły w rzadki błękitny puch na końcach. Poniżej centralnego węzła, czy gondoli, czy cokolwiek to w końcu było, zwisał pęk delikatnych wąsów.
Dalej były oczy, a wreszcie płetwy ogonowe. Cirocco widziała jedno oko, patrzące w bok, i pomyślała, że jest ich może więcej. Zamiast czterech powierzchni lotnych na ogonie Gwizdek miał tylko trzy: dwie poziome i jedną sterową. Cirocco widziała, jak się wyginają, kiedy olbrzymie stworzenie próbowało odwrócić się nosem w ich kierunku, jednocześnie skręcając grzbiet w połowie długości. Płetwy były cienkie i przeźroczyste, niczym skrzydła lotni i elastyczne jak meduza.
— Ty… no, ty mówisz do tego czegoś? — spytała Calvina.
— Zupełnie nieźle. — Uśmiechał się do sterowca. Cirocco jeszcze nie widziała go tak szczęśliwym.
— Czy łatwo nauczyć się tego języka?
Zmarszczył brwi.
— Nie, tego bym nie powiedział.
— Jak długo tu byłeś? Siedem dni?
— Powiem ci: wiem, jak z tym mówić. Wiem o nim bardzo dużo.
— A więc w jaki sposób się tego nauczyłeś?
Pytanie najwidoczniej było dla niego kłopotliwe.
— Obudziłem się z tym.
— Co proszę?
— Po prostu to wiem. Kiedy tylko go zobaczyłem, wiedziałem o nim wszystko. Rozumiałem go, gdy mówił. Tak po prostu.
Cirocco była pewna, że nie było to aż tak proste. On jednak najwidoczniej nie życzył sobie, żeby go w tej sprawie indagowano.
Prawie godzinę zajęło Gwizdkowi zajęcie właściwej pozycji, a następnie ostrożne zbliżenie się dziobem do ściany urwiska. W czasie całej operacji Gaby i Cirocco cofnęły się na bezpieczną odległość. Lepiej się czuły, gdy widziały jego gębę z daleka. Przypominała szeroką na metr szramę, dziwnie drobną jak na stworzenie wielkości Gwizdka, położoną dwadzieścia metrów poniżej przedniego oka. Poniżej gęby znajdował się osobny otwór, zamknięty podwójnym mięśniem — zwieraczem, spełniający rolę gwizdka zaworu regulującego ciśnienie.
Długi, sztywny przedmiot wysunął się z gęby i opuścił do ziemi.
— Chodźcie — powiedział Calvin, kiwając na nie. — Wsiadamy.
Ani Gaby, ani Cirocco nie powstało w głowie, żeby za nim pójść. Po prostu się gapiły. Przez chwilę wyglądał na poirytowanego, a potem znowu się uśmiechnął.
— Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale to prawda. Wiem bardzo dużo o tych stworzeniach. Już tym kiedyś leciałem. On jest absolutnie uległy, zresztą i tak zmierza w tę samą stronę co my. Poza tym jest całkowicie bezpieczny. Odżywia się tylko roślinami i to w bardzo niewielkiej ilości. Nie może jeść za dużo, boby opadł na ziemię. — Postawił stopę na długiej kładce i ruszył w stronę wejścia.
— Co to jest, to, na czym stoisz?
— Zdaje się, że można by to nazwać językiem.
Gaby zaczęła się śmiać, ale wyszło jakoś nieszczerze i śmiech przeszedł w kaszel.
— Czy to wszystko nie jest trochę zbyt… Chcę powiedzieć, Jezu, Calvin! Do licha, stoisz sobie na języku tego cholerstwa, namawiając mnie, żebym weszła do jego paszczy. Przypuszczam, że na końcu… możemy to nazwać gardzielą? Więc na końcu gardzieli jest coś, co może nie jest prawdziwym żołądkiem, ale spełnia przecież tę samą funkcję. Jak zaczną nas zalewać soki żołądkowe, to też będziesz miał pewnie jakieś miłe i elokwentne wytłumaczenie!
— Hej, Gaby, przyrzekam ci, to jest bezpieczne jak…
— Nie, bardzo dziękuję! — wrzasnęła Gaby. — Mogę być najgłupszą córką Mamy Plauget, ale nikt nigdy nie powie, że nie miałam dość oleju w głowie, żeby trzymać się z daleka od gęby jakiegoś pieprzonego potwora. Boże! Czy ty w ogóle wiesz, do czego nas namawiasz? W czasie tej wyprawy raz już byłam zjedzona żywcem. Nie mam zamiaru pozwolić, żeby to się powtórzyło.
Teraz już wrzeszczała, trzęsła się, a twarz nabiegła jej krwią. Cirocco zgadzała się ze wszystkim, co tamta mówiła, w każdym razie na płaszczyźnie emocjonalnej. A jednak stanęła na języku. Był ciepły, ale suchy. Odwróciła się i wyciągnęła rękę.
— Chodź, koleżanko. Wierzę mu.
Gaby przestała się trząść i wyglądała na oszołomioną.
— Nie zostawiłabyś mnie tutaj?
— Oczywiście, że nie. Idziesz z nami. Musimy dostać się na dół, by spotkać Billa i August. No chodź, gdzie twoja odwaga?