— To nieuczciwe — powiedziała płaczliwie Gaby. — Nie jestem tchórzem. Po prostu nie możesz ode mnie wymagać, żebym to zrobiła.
— Ja cię proszę. Jedyny sposób, by pokonać twój strach, polega na stawieniu mu czoła. No dalej, wchodzimy.
Gaby wahała się przez dłuższą chwilę, a później wtuliła głowę w ramiona i ruszyła jak na ścięcie.
— Zrobię to dla ciebie — powiedziała — ponieważ cię kocham. Muszę być z tobą, gdziekolwiek pójdziesz, nawet gdyby to miało znaczyć, że razem umrzemy.
Calvin spojrzał na nią dziwnie, ale nie odezwał się słowem. Weszli do paszczy i znaleźli się w wąskiej, półprzezroczystej rurze o cienkiej podłodze zawieszonej w przestrzeni. To był długi spacer.
Pośrodku był duży worek, który widzieli z zewnątrz. Zrobiony z grubego, przezroczystego materiału miał sto metrów długości i trzydzieści szerokości, a jego dno wypełniał pył drzewny i liście. Były tam również małe zwierzęta: kilka śmieszków, kolekcja przedstawicieli mniejszych gatunków i tysiące maleńkich, gładkoskórych stworzeń, mniejszych od ryjówki. Jak i inne zwierzęta na Temidzie, również i te nie zwracały na nich uwagi.
Mogli rozglądać się na wszystkie strony, więc zaraz stwierdzili, że odbili już na pewną odległość od ściany urwiska.
— Jeżeli to nie jest żołądek Gwizdka, to cóż to jest? — spytała Cirocco.
Calvin wydawał się zaskoczony.
— Nie powiedziałem, że to nie jest żołądek. Stoimy na jego pożywieniu.
Gaby jęknęła i próbowała biec z powrotem do wyjścia. Cirocco chwyciła ją i przytrzymała. Spojrzała na Calvina.
— W porządku — powiedział. — Może trawić tylko z pomocą tych małych zwierząt. Wchłania ich odchody. Jego soki trawienne nie mogą wam wyrządzić większej krzywdy niż słaba herbata.
— Słyszałaś, Gaby? — wyszeptała jej Cirocco do ucha. — Wszystko będzie dobrze. Uspokój się, kochanie.
— Sły… słyszę. Nie złość się na mnie. Boję się.
— Wiem. No chodź, wstań i popatrz. Uwolnisz się od tego. — Pomogła jej wstać i razem podeszły brodząc do przezroczystej ściany żołądka. Miały wrażenie, że spacerują po trampolinie. Gaby przycisnęła do ściany nos i ręce i resztę drogi spędziła chlipiąc i patrząc tępo w przestrzeń. Cirocco zostawiła ją i podeszła do Calvina.
— Musisz być z nią bardziej ostrożny — powiedziała spokojnie. — Pobyt w ciemności oddziałał na nią silniej niż na nas. — Zmrużyła oczy i przyjrzała mu się uważnie. — Chociaż o tobie właściwie nic nie wiem.
— Czuję się dobrze — powiedział. — Nie chcę jednak mówić o moim życiu przed powtórnymi narodzinami. To już przeszłość.
— Zabawne. Gaby mówiła podobne rzeczy. Ja nie mogę tak na to patrzeć.
Calvin wzruszył ramionami, najwidoczniej mało go obchodziło, co każda z nich myśli.
— W porządku. Byłabym wdzięczna, gdybyś mi opowiedział wszystko, co wiesz. Nie obchodzi mnie, w jaki sposób się tego dowiedziałeś, jeżeli nie chcesz o tym mówić.
Calvin pomyślał chwilę, a potem kiwnął głową.
— Nie mogę cię tak szybko nauczyć ich języka. Przede wszystkim opiera się on na barwie i długości dźwięku, a zresztą mówię i tak tylko uproszczoną wersją, opartą na dźwiękach słyszalnych. Miękkoloty występują w rozmaitych rozmiarach, od dziesięciometrowych do nieco większych niż ten tutaj. Często podróżują stadami: również i ten ma kilka mniejszych towarzyszy podróży, których nie widziałyście, ponieważ pozostają po jego drugiej stronie. Teraz możesz zobaczyć kilka.
Wskazał za „okno”, gdzie kilka dwudziestometrowych sterowców obijało się o siebie, szukając dogodnej pozycji. Wyglądały jak nieruchawe ryby. Cirocco słyszała wysokie gwizdy.
— Są przyjazne i dość inteligentne. Nie mają tu żadnych naturalnych wrogów. Wytwarzają wodór z pożywienia i utrzymują go pod niewielkim ciśnieniem. Jako balast zabierają wodę, którą wyrzucają, kiedy chcą obniżyć lot czy wylądować. Ich skóra jest mocna, ale jej uszkodzenie zwykle powoduje śmierć. Mają niewielką zdolność manewrową. Sterowanie nie jest zbyt precyzyjne, a ruszenie z miejsca zabiera im sporo czasu. Czasami są zaskakiwane przez ogień. Jeżeli nie zdołają umknąć, wybuchają niczym bomba.
— A co z tymi wszystkimi stworzeniami? — spytała Cirocco, rozglądając się. — Czy potrzebują wszystkich, by móc strawić pożywienie?
— Nie, tylko tych małych żółtych. Te stworki nie mogą jeść niczego oprócz tego, co ten sterowiec im przygotuje. Nie znajdziesz ich nigdzie poza żołądkiem miękkolotów. Cała reszta to — podobnie jak my — autostopowicze albo pasażerowie.
— Nie rozumiem. Po co ten skórolot to robi?
— To rodzaj symbiozy, połączony z inteligencją pozwalającą na wolny wybór i robienie tego, co się chce. Jego rasa żyje w zgodzie z innymi tutejszymi rasami, zwłaszcza z Tytaniami. Świadczy im drobne przysługi, a oni w zamian za to…
— Tytanie?
Uśmiechnął się niepewnie i rozłożył ręce.
— Tym słowem zastępuję gwizdy, których on używa. Mam tylko bardzo niejasne o nich wyobrażenie, ponieważ nie najlepiej rozumiem złożone opisy. Wiem, że mają sześć nóg i wszystkie są rodzaju żeńskiego. Nazywam je Tytaniami, ponieważ tak w greckiej mitologii nazywano tytanów — kobiety. Nazwałem również inne rzeczy.
— Na przykład?
— Regiony, rzeki, łańcuchy górskie. Nazwałem obszary lądów imionami poszczególnych Tytanów.
— Co… ach tak, teraz sobie przypominam. — Calvin w ramach hobby studiował mitologię. — A więc, kim byli Tytani?
— Synami i córkami Urana i Gai. Gaja wynurzyła się z chaosu. Zrodziła Urana i uczyniła równym sobie, a potem spłodzili Tytanów: sześciu mężczyzn i sześć kobiet. Nazwałem noce i dnie ich imionami, jako że mamy tu sześć dni i sześć nocy.
— Jeżeli wszystkie noce nazwałeś imionami kobiet, wymyślę dla nich własne nazwy.
Uśmiechnął się.
— Nic z tych rzeczy. Wynikło to raczej z przypadku. Spójrz za siebie, na zamarznięty ocean. Powinien to być Okeanos i tak też go nazwałem. Kraj, nad którym teraz przelatujemy, nazwałem Hyperionem, a tamta noc przed nami, z górami i nieregularnym morzem, nazywa się Rea. Kiedy patrzysz na nią z Hyperiona, północ masz po lewej, a południe po prawej. Potem, idąc po okręgu — większości, rozumiesz, nie widziałem, ale wiem, że tam są — mamy Kriosa, którego możesz teraz dostrzec, potem wzdłuż łuku Fojbe, Tetyda, Teja, Metis, Dione, Hapetos, Kronos i Mnemozyne. Możesz dostrzec Mnemozynę po drugiej stronie Okeanosa, za nami. Przypomina pustynię.
Cirocco próbowała zebrać je razem w myśli.
— Nigdy tego wszystkiego nie zapamiętam.
— Tak naprawdę liczy się teraz Okeanos, Hyperion i Rea. Właściwie nie wszystkie nazwy biorą się od Tytanów. Jednym z tytanów jest Temida, więc pomyślałem, że może to stworzyć pewne zamieszanie. A więc… no cóż… — Spojrzał w bok z trochę baranim uśmiechem. — Po prostu nie mogłem sobie przypomnieć imion dwóch Tytanów. Użyłem więc Metis — co oznacza mądrość i Dione.
Cirocco naprawdę było wszystko jedno. Nazwy były poręczne i na swój sposób systematyczne.
— Pozwól, że zgadnę chociaż rzeki. Także mitologia?
— Tak. Wybrałem dziewięć największych rzek w Hyperionie, gdzie zresztą jest ich — jak łatwo dostrzec — całe mnóstwo i nazwałem je imionami Muz. Tam na południu mamy Uranię, Kalippe, Terpsychorę i Euterpe. Polihymnia przepływa przez strefę brzasku, wpadając do Rei. Tam na północnym stoku, wypływając na wschodzie, jest Melpomena. Bliżej są Talia i Erato, które wyglądają, jakby tworzyły układ podwójny. Ta, wzdłuż której szłyście, jest dopływem Klio, która jest właśnie teraz mniej więcej prosto pod nami.