Cirocco spojrzała w dół i dostrzegła błękitną wstążkę, wijącą się wśród gęstego, zielonego lasu. Pobiegła spojrzeniem aż do ściany urwiska za nami i zaniemówiła.
— A więc ta rzeka uchodziła tędy! — zawołała.
Woda spadała łukiem ze ściany urwiska, mniej więcej łukiem poniżej miejsca, gdzie przedtem stali i przypominała wygiętą sztabę metalu. Po pięćdziesięciu metrach strumień rozpylał się gwałtownie, by opaść na ziemię w postaci mgły.
Około tuzina innych wodnych pióropuszy tryskało z urwiska, ale żaden nie był tak blisko, ani nie był tak efektowny jak tamten. Każdemu z nich towarzyszyła tęcza. Z miejsca, z którego patrzyła Rocky, łuki tęczy układały się jak bramki krykietowe. Widok zapierał dech, niemal zbyt piękny, żeby mógł być prawdziwy.
— Chciałabym mieć wyłączność na produkcję widokówek z tego miejsca — powiedziała.
Calvin roześmiał się.
— Ty będziesz sprzedawała filmy do aparatów, a ja bilety na przejazd. Co o tym sądzisz?
Cirocco popatrzyła na Gaby, która zamarła w bezruchu przy oknie.
— Reakcje wydają się być mieszane. Mnie się podoba. Jak się nazywa ta duża rzeka? Ta, do której wpadają wszystkie pozostałe?
— Ophion. Wielki wąż północnego wichru. Jeżeli dobrze się przyjrzysz, zauważysz, że wypływa z niewielkiego jeziora w strefie mroku pomiędzy Mnemozyną i Okeanosem. To jezioro też musi mieć jakieś źródło zasilające i podejrzewam, że jest nim podziemny nurt Ophion płynącej pod piaskami pustyni. Nie widać jednak miejsca, w którym znika pod ziemią. Poza tym płynie bez przerwy, wpada do morza i wypływa z drugiej strony.
Cirocco biegła wzrokiem wzdłuż poskręcanego toru rzeki i przekonała się, że Calvin ma rację.
— Myślę, że geograf powiedziałby ci, że jeżeli rzeka wpada do morza, a później wypływa z przeciwnej strony, to nie jest to już ta sama rzeka — powiedziała. — Rozumiem jednak, że tamte reguły zostały ustalone dla ziemskich rzek. W porządku, nazwijmy ją zatem rzeką okrężną.
— Tam właśnie są Bill i August — powiedział Calvin, wskazując ręką. — Mniej więcej w połowie biegu Klio, tam gdzie ten trzeci dopływ…
Bill i August. Mieliśmy spróbować się z nimi połączyć.
W całym tym zamieszaniu związanym z podróżą sterowcem…
— Pożyczyłem sobie twoje radio. Są już na nogach i czekają na nas. Możesz ich teraz wywołać, jeśli chcesz.
Cirocco wzięła resztkę hełmu i radio od Gaby.
— Bill, słyszysz mnie? Mówi Cirocco.
— Aa… tak, tak! Słyszę cię. Jak ci idzie?
— A czego się można spodziewać, jadę w żołądku miękkolota. A co u ciebie? Wyszedłeś z tego cały? Żadnych ran?
— Nie, w porządku. Posłuchaj, chciałbym… chcę powiedzieć, jak to dobrze słyszeć twój głos.
Poczuła łzę spływającą po policzku i szybko ją starła.
— Wspaniale jest cię słyszeć, Bill. Kiedy wypadłeś przez to okno… A, cholera tam! Przecież tego nie możesz pamiętać, prawda?
— Masy rzeczy nie pamiętam — powiedział. — Później musimy to wszystko sobie szczerze wyjaśnić.
— Tak bardzo chciałabym cię zobaczyć. Czy masz jakieś włosy?
— Odrastają mi na całym ciele. Lepiej z tym poczekajmy. Mamy masę do obgadania, ja i ty, i Calvin, i…
— Gaby — podrzuciła szybko po przerwie, która wydawała się bardzo długa.
— Gaby — powiedział bez wielkiego przekonania. — Wiesz, pewne sprawy są dla mnie trochę poplątane. Ale nie powinno być problemu.
— Jesteś pewien, że dobrze się czujesz? — Poczuła nagły chłód, więc szybko zatarła ręce.
— Pewnie. Kiedy się mamy was spodziewać?
Cirocco spytała Calvina, który zagwizdał parę krótkich nut. Odpowiedział im inny dźwięk gdzieś z góry.
— Miękkoloty nie mają zbyt dobrze wykształconego poczucia czasu — powiedział. — Chyba jakieś trzy-cztery godziny.
— Czy można tym pojazdem jakoś sterować?
Rozdział 8
Cirocco usadowiła się z przodu gondoli — nie miało przecież sensu myślenie o tym jako o żołądku — aby być sama. Gaby ciągle tkwiła jak skamieniała w jednym miejscu, a rozmowa z Calvinem przestała być zabawna, kiedy powiedział już wszystko, co wiedział o baloniastym stworze. Nie miał ochoty mówić na tematy, które interesowały Cirocco.
Przydałaby się poręcz. Ściana gondoli aż do samych jej stóp była przezroczysta niczym szkło, podobnie zresztą jak dół, który jednak przesłonięty był teraz dywanem z częściowo strawionych liści i gałązek. Od tego rozległego widoku trochę kręciło jej się w głowie.
Przelatywali nad gęstą dżunglą, bardzo podobną do krajobrazu powyżej urwiska. W wielu miejscach widać było rozsiane jeziora. Rzeka Klio, szeroka, żółta i wolno tocząca swoje wody wiła się pomiędzy nimi: lina rzucona byle jak na ziemię i skręcona najzupełniej przypadkowo.
Była zdumiona przejrzystością powietrza. Nad Reą unosiły się chmury, zbijające się w krągłe masy cumulusów zapowiadających burzę na północnym wybrzeżu morza, ale mogła spoglądać ponad nimi. Sięgała wzrokiem w obu kierunkach tak daleko, jak pozwalała na to krzywizna Temidy.
Gromada dużych miękkolotów unosiła się na różnych wysokościach wokół podtrzymującego kabla najbliższego Gwizdkowi. Nie potrafiła określić, co tam robiły, pomyślała jednak, że mogą się pożywiać. Kabel był na tyle masywny, iż z powodzeniem mogły na nim rosnąć drzewa.
Spoglądając prosto w dół widziała na ziemi olbrzymi cień, który rzucał ich sterowiec. Im bardziej się obniżali, tym cień stawał się większy. Po czterech godzinach był olbrzymi, a ciągle jeszcze unosili się ponad wierzchołkami drzew. Cirocco zastanawiała się, w jaki sposób Gwizdek ma zamiar wylądować. Nie widać było żadnej nie zarośniętej przestrzeni na tyle dużej, by mogła go pomieścić.
Zaskoczył ją widok dwóch postaci stojących w łuku rzeki, na jej zachodnim brzegu i machających do niej. Pomachała do nich, niepewna, czy ją widzą.
— No więc, jak zejdziemy na ziemię? — spytała Calvina.
Skrzywił się.
— Nie wiedziałem, jak to przyjmiecie, więc w ogóle o tym nie mówiłem. Nie ma sensu, żebyś się martwiła. Zeskoczymy na spadochronach.
Cirocco nie zareagowała, a on — jak się wydawało — odczuł ulgę.
— To murowany sposób, naprawdę. Nie ma się czego bać. Nie może być bezpieczniej.
— Aha, Calvin, przepadam za skokami ze spadochronem. Myślę, że to wiele zabawy. Chciałabym jednak przejrzeć i zwinąć mój spadochron. Lubię wiedzieć, kto go wyprodukował i czy to dobry wyrób. — Rozejrzała się. — Popraw mnie, jeśli się mylę, ale nie wydaje mi się, żebyś miał jakiś spadochron na pokładzie.
— Gwizdek je ma — powiedział. — Nigdy nie zawodzi.
Cirocco znowu nic nie powiedziała.
— Ja pójdę pierwszy — powiedział tonem perswazji. — Będziesz mogła się przekonać.
— Hmm, Calvin, czy mam rozumieć, że to jedyny sposób, żeby się dostać na ziemię?
— Można by też polecieć sto kilometrów stąd na wschód, na step. Miękkolot cię tam zawiezie, ale później będziesz musiała wracać przez bagno.
Cirocco spojrzała na ziemię niewidzącymi oczami. — Wzięła wdech, a potem wypuściła powietrze.
— Dobra. Zobaczmy te spadochrony. — Podeszła do Gaby i dotknąwszy jej ramienia, odciągnęła ją delikatnie od bocznej ściany i poprowadziła na tył gondoli bezwolną jak dziecko. Gaby trzymała ramiona sztywno i cała się trzęsła.