Выбрать главу

Wykazywał większy entuzjazm niż kiedykolwiek od momentu spotkania na szczycie urwiska.

— Miękkoloty są stare, kapitanie. Zarówno jako jednostki, jak i jako rasa. Gwizdek ma może trzy tysiące lat.

— Skąd wiesz? Skąd on to wie?

— Są okresy ochłodzenia i pory cieplejsze. Myślę, że spowodowane są tym, że Temida cały czas zwrócona jest w jednym kierunku. Teraz oś wycelowana jest dokładnie w stronę słońca, ale co piętnaście lat obręcz zasłania światło słoneczne tak długo, aż Saturn przesunie się i odwróci drugi biegun w stronę słońca. Są tu więc lata, ale każdy rok trwa piętnaście lat ziemskich. Gwizdek widział już dwieście takich przemian.

— W porządku, w porządku — powiedziała Cirocco. — Dlatego właśnie cię potrzebujemy, Calvin. W jakiś sposób możesz rozmawiać z tymi stworzeniami. Dużo się od nich nauczyłeś. Niektóre z tych rzeczy mogą być dla nas ważne. Tak jak te sześcionogi, które nazwałeś…?

— Tytanie. Tylko tyle o nich wiem.

— No cóż, mógłbyś się dowiedzieć czegoś więcej.

— Kapitanie, tu jest zbyt wiele rzeczy do poznania. Jednak wy musicie poruszać się tylko po najbezpieczniejszej części Temidy. Zostańcie tu, a wszystko będzie w porządku.

Nie idźcie do Oceanusa, ani nawet do Rei. Te miejsca są zbyt niebezpieczne.

— Widzisz? Skąd mielibyśmy to wiedzieć? Potrzebujemy cię.

— Nie rozumiesz. Nie mogę dobrze poznać tego miejsca, nie zobaczywszy go. Język Gwizdka dociera do mnie jedynie wyrywkowo.

Cirocco poczuła, jak wzbiera w niej gorycz porażki. Do cholery, John Wayne przeciągnąłby sukinsyna pod kilem. Charles Laughton zakułby go w kajdany.

Wiedziała, że poczułaby się znacznie lepiej, gdyby po prostu strzeliła w gębę tego upartego sukinsyna, ale to pomogłoby jej tylko na chwilę. Nigdy nie dowodziła w ten sposób. Pozyskała i utrzymała szacunek załogi, wykazując odpowiedzialność i wykorzystując całą mądrość, jaką mogła z siebie wykrzesać w każdej sytuacji. Musiała stawić czoła faktom i wiedziała, że Calvin ich opuści, a jednak nie czuła się z tym dobrze.

Ale dlaczego? — pomyślała. — Ponieważ osłabiało to jej autorytet?

Na pewno trochę i dlatego, a trochę również i dlatego, że czuła się odpowiedzialna za jego los. Sprowadzało się to jednak z powrotem do problemu, z którym borykała się od momentu objęcia dowództwa: braku dostatecznych wzorców dowódcy-kobiety. Zbadała wszystkie przesłanki i tylko ta wydała jej się poprawna. To, co się sprawdzało w przypadku admirała Nelsona w British Navy, mogło się nie sprawdzać w odniesieniu do niej.

Na pewno powinna być dyscyplina i powinna być władza. Kapitanowie marynarki byli wymagający, stawiali na swoim przez tysiące lat, a ona nie miała zamiaru lekkomyślnie rozstawać się z nagromadzonym przez stulecia doświadczeniem. Tam, gdzie kwestionowano autorytet kapitana, zwykle zdarzało się nieszczęście.

Ale kosmos to jednak nie to samo, wbrew temu, co wypisywały całe pokolenia autorów science fiction. Ludzie badający przestrzeń kosmiczną byli niezwykle inteligentni, właściwie byli genialnymi indywidualistami, najlepszymi jakich mogła dać Ziemia. Musiała być jakaś elastyczność i kodeks prawny NASA regulujący stosunki w czasie podróży kosmicznych dalekiego zasięgu uwzględniał to.

Nie mogła również zapomnieć o jeszcze jednym czynniku: Nie miała już przecież statku. Przytrafiła jej się najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć kapitanowi. Utraciła dowództwo. Będzie o tym myślała z goryczą przez resztę życia.

— W porządku — powiedziała spokojnie. — Masz rację. Oszczędzę sobie czasu i energii na pilnowanie cię, nie mam też zamiaru cię zabijać, chyba tylko w przenośni. — Zmusiła się, żeby przestać, kiedy zdała sobie sprawę, że zgrzyta zębami i z rozmysłem rozluźnia szczękę. — Musisz jednak wiedzieć, że kiedy wrócimy, oskarżę cię o niesubordynację. Jeśli odejdziesz, będzie to wbrew mojej woli i wbrew interesom naszej misji.

— Zgoda — powiedział beznamiętnie. — Przekonasz się, że to ostatnie nie jest prawdą. Będę bardziej użyteczny, kiedy odejdę, niż gdybym tu został. Ale my i tak nie wrócimy na Ziemię.

— Zobaczymy. A teraz, może byś nauczył kogoś, jak porozumiewać się z miękkolotami? Myślę, że wolałabym cię już więcej nie oglądać.

Ostatecznie jednak to Cirocco musiała się nauczyć gwizdanych sygnałów, ponieważ miała najlepszy słuch. Jej wyczucie wysokości tonu było niemal doskonałe, a to okazało się najważniejsze dla opanowania mowy sterowców.

Wystarczyło opanować tylko trzy frazy, przy czym najdłuższa z nich składała się z siedmiu tonów zakończonych trelem. Pierwsza oznaczała „dobry start” i była uprzejmym pozdrowieniem. Druga „Chcę Calvina”, a trzecia „pomocy!”

— Pamiętaj, nigdy nie wzywaj miękkolota, jeżeli masz rozpalony ogień.

— Ale z ciebie optymista.

— Wkrótce uda się wam go rozpalić. Ach, zastanawiałem się… Czy chcesz, żebym uwolnił cię od August? Może czułaby się lepiej, gdyby była ze mną? Możemy przemierzać większe odległości w poszukiwaniu April.

— Sami zajmiemy się swoimi rannymi — powiedziała zimno Cirocco.

— Jeżeli uważasz, że tak będzie lepiej…

— Ona prawie nie zdaje sobie sprawy z tego, że nas opuszczasz. Zejdź mi po prostu z oczu, dobrze?

Okazało się, że August wcale nie jest tak odrętwiała jak myślała Cirocco. Kiedy usłyszała, że Calvin odchodzi, uparła się, że z nim pójdzie. Po krótkiej sprzeczce Cirocco zrezygnowała, choć z jeszcze większymi wątpliwościami niż w pierwszym przypadku.

Miękkolot obniżył się i zaczął prząść linę. Widzieli, jak drżała i skręcała się w powietrzu.

— Dlaczego on chce to robić? — spytał Bill. — Co z tego ma?

— Lubi mnie — powiedział Calvin zwyczajnie. — Prócz tego nawykł do przenoszenia pasażerów. Istoty czujące odwdzięczają się mu, przenosząc pożywienie z pierwszego żołądka do drugiego. On nie ma mięśni, którymi mógłby to sam załatwić. Musi oszczędzać na wadze.

— Czy wszystko tu jest tak przyjazne? — spytała Gaby. — Jak na razie nie widzieliśmy żadnych mięsożernych zwierząt.

— Są, ale niewiele. Podstawową regułą życia tutaj jest symbioza. A także — uwielbienie. Gwizdek mówi, że wszystkie wyższe formy życia są winne posłuszeństwo bóstwu, a boskość ulokowana jest w piaście Temidy. Myślałem o bogini, która rządzi całą tą ziemią dookoła. Nazywam ją Gają, z greckiego: matka.

Wbrew sobie Cirocco zainteresowała się tą opowieścią.

— Kim jest ta Gaja, Calvin? Czymś w rodzaju prymitywnej legendy, czy też sterownią tego całego urządzenia?

— Nie wiem. Temida jest znacznie starsza niż Gwizdek i znaczna jej połać jest mu ciągle nie znana.

— Ale kto tym kieruje? Powiedziałeś, że mieszkają tu różne rasy. Jakie? Czy z sobą współpracują?

— Tego też nie wiem. Czytałaś historie o wielopokoleniowych statkach, na których coś się popsuło i cała załoga cofnęła się do etapu pierwotnej hordy? Myślę, że coś takiego może mieć miejsce tutaj. Wiem, że coś tutaj nadal działa. Może maszyny, a może rasa, która zamieszkuje piastę. To może być źródłem tego uwielbienia. Tak czy inaczej Gwizdek jest pewien, że ktoś tym wszystkim steruje.

Cirocco skrzywiła się. Jak może mu pozwolić odejść, z tymi wszystkimi informacjami w głowie? Ta wiedza była oczywiście bardzo różnej próby i nie było sposobu, by sprawdzić, co jest prawdą, a co nie, ale tylko to mieli.