Było jednak zbyt późno, żeby się rozmyślić. Trzymał już nogę w strzemieniu na końcu długiej liny. August poszła za nim i miękkolot wciągnął ich na górę.
— Kapitanie! — krzyknął, nim zniknęli. — Gaby nie powinna nazwać tego miejsca Temidą. Nazwijcie je Gają.
Pogrążona w czarnej rozpaczy Cirocco rozmyślała o ich odejściu. Siedziała nad brzegiem rzeki i zastanawiała się nad tym, co powinna była zrobić. Żadne, nawet najgorsze przekleństwo nie oddawało dobrze jej nastroju.
— A co z jego przysięgą Hipokratesa? — spytała Billa w pewnej chwili. — Wysłali go w tę podróż tylko po to, by dbał o nasze zdrowie, gdybyśmy tego potrzebowali.
— Wszystkich nas tu odmieniło, Rocky.
Z wyjątkiem mnie — pomyślała, choć nie powiedziała tego głośno. W końcu, o ile mogła ocenić, rzeczywiście nie doznała żadnych trwałych skutków tego doświadczenia. W jakiś sposób było to jeszcze bardziej tajemnicze niż to, czego doznali inni. Wszyscy powinni byli popaść w schizofrenię katatoniczną. Zamiast tego mieli zanik pamięci, osobowość obsesyjną, kobietę z regresem dojrzewania oraz mężczyznę zakochanego w żywych sterowcach. Tylko Cirocco miała jako tako poukładane w głowie.
— Nie żartuj sobie — mruknęła. — Prawdopodobnie wydajesz im się równie śmieszna jak oni tobie. — Odrzuciła jednak i tą myśl. Zarówno Bill, jak i Gaby i Calvin wiedzieli, że przejścia ich odmieniły, chociaż Gaby nigdy nie przyznałaby się, że jej miłość do Cirocco była efektem ubocznym tych przeżyć. August była tak przybita poniesioną stratą, że w ogóle o niczym nie mogła myśleć.
Znowu pomyślała o April i Gene’em. Czy jeszcze żyli, a jeśli tak, to w jakim stanie? Czy błąkali się w pojedynkę, czy też udało im się spotkać?
Wprowadzili regularne seanse nasłuchu i nadawania, próbując nawiązać kontakt z zagubioną dwójką, jednak nic z tego nie wyszło. Nikt już nie usłyszał płaczącego mężczyzny, i nikt nie słyszał żadnej wieści od April.
Czas mijał niemal niepostrzeżenie. Cirocco miała teraz zegarek Calvina, który wskazywał im, kiedy mają się kłaść spać, ale i tak trudno się im było przyzwyczaić do ciągłego światła. Nigdy nie sądziła, że może z tym mieć kłopoty grupa ludzi, która żyła w sztucznym środowisku „Ringmastera”, gdzie dzień wyznaczał pokładowy komputer, a zmiany mogły być wprowadzane dowolnie.
Życie było tutaj łatwe. Wszystkie owoce, których próbowali, były jadalne, wydawało się również, że zaspokajają ich potrzeby odżywcze. Gdyby brakowało jakichś witamin, z pewnością zaobserwowaliby już pierwsze objawy. Niektóre owoce były słone, a inne miały posmak, który — mieli nadzieję — pochodził od witaminy C. Pełno było zwierzyny, której ubicie nie przedstawiało żadnych trudności.
Wszyscy byli nawykli do życia astronauty, ściśle wyznaczonych terminów, gdzie każde z codziennych zadań wyznaczała kontrola naziemna i gdzie główna rozrywka polegała na narzekaniu, że to niemożliwe i mimo wszystko wykonywaniu tego. Byli przygotowani do walki o przetrwanie we wrogim otoczeniu, ale Hyperion był mniej więcej tak samo wrogi, jak Zoo w San Diego. Oczekiwali Robinsona Crusoe albo przynajmniej Robinsona Szwajcarskiego, ale Hyperion okazał się łatwizną. Nie przyzwyczaili się jeszcze myśleć w kategoriach misji.
W dwa dni po odejściu Calvina i August Gaby podarowała Cirocco ubranie, które zrobiła z podartych spadochronów. Cirocco była głęboko poruszona wyrazem twarzy Gaby, gdy je przymierzała.
Ubiór składał się z togi i luźnych spodni. Materiał był cienki, ale zadziwiająco mocny. Pocięcie go na odpowiednie kawałki i zszycie igłą odłamaną z kolczastej rośliny kosztowało Gaby wiele ciężkiej pracy.
— Gdybyś zrobiła coś w rodzaju mokasynów — powiedziała Cirocco — po powrocie awansuję cię od razu o trzy stopnie.
— Właśnie nad tym pracuję.
Przez cały następny dzień chodziła rozpromieniona, brykając jak źrebak i ocierając się o Cirocco i jej piękną szatę pod najbardziej błahym pretekstem. Tak strasznie chciała jej sprawić przyjemność.
Cirocco siedziała nad brzegiem rzeki, była sama i była z tego zadowolona. Nie w smak jej było stanowić kość niezgody pomiędzy dwojgiem kochanków. Billa zaczęło irytować zachowanie Gaby i poczuł, że musi coś z tym zrobić.
Usiadła wygodnie, z długim wędziskiem w ręku i przypatrywała się spławikowi przyczepionemu do linki. Jej myśli krążyły wokół możliwości wsparcia stąd ewentualnej ekspedycji ratunkowej, gdyby w ogóle jakaś po nich przyleciała. Wiadomość, którą zdołała nadać w czasie katastrofy „Ringmastera” mówiła o wrogim działaniu i mogło to mieć olbrzymie następstwa. Z pewnością załoga mogła być uznana za poległą, ale trudno byłoby zapomnieć o Temidzie — Gai. Wkrótce powinien nadlecieć statek.
— W porządku — powiedziała do siebie. — Gaja powinna mieć gdzieś sprzęt łączności.
Prawdopodobnie znajdował się blisko osi. Nawet gdyby były tam również silniki, centralne położenie wydawało się logiczną lokalizacją centrum sterowniczego. Być może byli tam też ludzie, którzy tym kierują, ale równie dobrze mogło ich nie być. Z pewnością podróż nie wydawała się łatwa, ani kierunek bezpieczny. Być może to miejsce było starannie strzeżone przed penetracją i sabotażem.
Jeżeli jednak jest tam gdzieś radio, powinna zrobić wszystko, żeby do niego dotrzeć.
Ziewnęła, podrapała się po żebrach i leniwie pomachała nogą. Spławik podskakiwał na wodzie. Czas zdawał się idealny na drzemkę.
Nagle spławik zatańczył na wodzie i zniknął pod powierzchnią. Cirocco popatrzyła na niego przez chwilę, zanim wreszcie z lekkim zaskoczeniem zrozumiała, że coś chwyta przynętę. Wstała i zaczęła ciągnąć.
Ryba nie miała oczu, łusek ani płetw. Rocky trzymała ją w ręku i oglądała z ciekawością. To była pierwsza złowiona tu ryba.
— Co ja do cholery robię? — zapytała głośno. Wyrzuciła rybę z powrotem do wody, zwinęła wędkę i ruszyła wzdłuż rzeki do obozu.
W połowie drogi puściła się pędem.
— Przykro mi, Bill, wiem, że włożyłeś masę roboty w urządzenie tego miejsca, ale kiedy przyjadą po nas, zastaną mnie przy ciężkiej pracy na rzecz wydostania się stąd — powiedziała Cirocco.
— W zasadzie się z tobą zgadzam. Masz jakiś pomysł?
Wyjaśniła swoje domysły dotyczące piasty Temidy, przypuszczenie, że gdyby ta olbrzymia konstrukcja miała jednak jakiś centralny punkt sterowniczy, to musiałby się on znajdować właśnie tam.
— Nie wiem, co tam znajdziemy. Być może same zakurzone pajęczyny i okaże się, że wszystko tu na dole kręci się po prostu siłą inercji. Albo może kapitan i załoga tylko czekają, żeby nas rozwalić na strzępy za najazd na ich statek. Ale musimy się przekonać.
— Jak mamy się tam dostać? Co proponujesz?
— Nie mam jeszcze pewności. Zakładam, że miękkoloty nie mogą nas tam przenieść, bo gdyby mogły, na pewno mogłyby coś więcej powiedzieć o bogini, o której opowiadają. Być może nawet w szprychach nie ma już powietrza.
— To może trochę skomplikować sprawę — powiedziała Gaby.
— Nie dowiemy się tego, dopóki nie sprawdzimy. W górę szprych można się posuwać wzdłuż podtrzymujących kabli. Powinny iść aż do środka, aż na sam szczyt.
— Mój Boże — mruknęła Gaby. — Nawet te ukośne mają ze sto kilometrów długości. A to tylko wyprowadzi nas na dach. Stamtąd jeszcze dalszych pięćset kilometrów do piasty.
— Moje plecy — jęknął Bill.
— Co z tobą? — spytała Cirocco. — Nie powiedziałam wcale, że będziemy się na kable wspinać. Zdecydujemy, kiedy dobrze się im przyjrzymy. Próbuję wam tylko powiedzieć, że zupełnie nie znamy tego miejsca. Z tego, co wiem, w samym środku tego bagna tkwi ekspresowa winda, która przeniesie nas na sam szczyt. Albo mały człowieczek, sprzedający bilety na helikopter, albo latające dywany. Nigdy niczego się nie dowiemy, jeżeli nie zaczniemy się rozglądać.