Выбрать главу

Klio była długa, kręta i płynęła powoli. Na jej środku czterometrowe drągi nie dotykały dna. Kiedy zanurzali je w wodzie, czuli, jak coś się o nie obija. Nigdy nie dowiedzieli się, co to było. Utrzymywali „Titanica” mniej więcej w równej odległości pomiędzy środkiem nurtu i brzegiem za lewą burtą.

Cirocco planowała nie opuszczać łodzi i schodzić na ląd tylko dla uzupełnienia zapasów żywności, co nie zabierało więcej niż dziesięć minut. Stała wachta nie była jednak dobrym pomysłem. „Titanic” będzie musiał często lądować, co zmuszałoby do budzenia śpiących. Cała trójka musiała spychać łódź na głęboką wodę, kiedy odbijali od mulistego brzegu.

Rychło przekonali się, że „Titanic” był mało zwrotny i trzeba było sporego wysiłku dwojga ludzi z drągami, by odepchnąć łódź od mielizny.

W końcu zdecydowali się rozbijać obóz co 15-20 godzin. Cirocco zrobiła harmonogram, który zapewniał, że dwójka zawsze była na nogach w czasie żeglugi, a jedna osoba trzymała wartę, gdy obozowali.

Klio wiła się po prawie płaskim terenie niczym wąż naszprycowany nembutalem. Jeden nocny obóz mógł się więc znaleźć w prostej linii nawet i o pół kilometra od poprzedniego. Straciliby na pewno orientację, gdyby nie podtrzymujący kabel, który łączył się z ziemią w środku Hyperiona. Cirocco pamiętała z powietrznego rozpoznania, że kabel ten jeszcze długo pozostanie na wschód od nich, nawet gdy wpłyną już na rzekę Ophion.

Kabel był zawsze widoczny, wznosił się niczym jakiś niewiarygodny drapacz chmur. Wydawał się ku nim nachylony, aż do miejsca, gdzie niknął w sklepieniu i kosmosie. Powinni przepływać blisko niego w drodze do nachylonych kabli podtrzymujących, które prowadziły do szprychy nad Reą. Cirocco miała nadzieję przyjrzeć mu się wtedy z bliska.

Wkrótce popadli w rutynę i stali się doskonale zgranym zespołem, rozumiejącym się niemal bez słów. Przez większość czasu jedyne ich zajęcie stanowiło ciągłe baczenie na ławice piasku. Gaby i Bill spędzali masę czasu przy naprawianiu odzieży. Oboje nabrali wielkiej wprawy w operowaniu igłami z cierni. Bill nieustannie dłubał przy sterze i starał się podnieść komfort wnętrza łodzi.

Cirocco większość czasu spędzała śniąc na jawie i obserwując przepływające chmury. Rozważała możliwe sposoby dotarcia do piasty i próbowała przewidzieć trudności, które mogą się pojawić, ale było to w gruncie rzeczy jałowe zajęcie. Było zbyt wiele rozmaitych możliwości, by można było cokolwiek racjonalnie zaplanować. Wolała już raczej bujać w obłokach.

Wreszcie, ku ich wielkiemu zaskoczeniu, zaczęła śpiewać. Jako dziecko przez dziewięć lat pobierała lekcje śpiewu i gry na fortepianie, myślała nawet o karierze śpiewaczki, zanim nie wciągnął jej kosmos. Aż do wyprawy na „Titanicu” nikt o tym nie wiedział. Sądziła, że zabawianie załogi piosenkami nie pasuje do jej pozycji. Teraz przestała się tym przejmować, a śpiew jeszcze bardziej ich zbliżył. Miała mocny, czysty alt, który najlepiej sprawdzał się w starej muzyce ludowej, w balladach oraz w piosenkach Judy Garland.

Bill zrobił lutnię z łupiny orzecha, linek od spadochronu i skóry śmieszka. Nauczył się na niej grać, a Gaby wtórowała mu na bębenku z łupiny. Cirocco nauczyła ich piosenek i podzieliła na głosy: Gaby miała znośny sopran, a Bill fałszywy tenor.

Śpiewali piosenki pijackie z O’Neil One, piosenki z listy przebojów, kreskówek i starych filmów. Jedna, ze względu na sytuację, szybko stała się ich hymnem. Mówiła o żółtej, brukowanej drodze i czarodzieju z Oz. Ryczeli ją każdego ranka, kiedy ruszali w drogę, tym głośniej, im głośniej wtórowały im wrzaski w lesie.

Upłynęło kilka tygodni, zanim dopłynęli do Ophion. Tylko dwukrotnie coś zakłóciło spokojny rytm codziennych zajęć.

Pierwszy incydent wydarzył się w trzecim dniu podróży, kiedy o niecałe pięć metrów od „Titanica” wynurzyła się z wody gałka oczna na długiej szypułce. Nie ulegało wątpliwości, że było to oko, tym bardziej że widzieli już podobne u miękkolota. Przypominało kulę o średnicy dwudziestu centymetrów, osadzoną w elastycznym zielonym oczodole, który na pierwszy rzut oka przypominał rękę: palcami oplatającymi od tyłu gałkę oczną. Samo oko było nieco jaśniejsze, z szeroką źrenicą.

Zaczęli odpychać się drągami w kierunku brzegu, gdy tylko je zobaczyli. Oko zwracało się ku nim, nie zdradzając ani zainteresowania, ani emocji. Wydawało się zupełne nie przejmować tym, że przepływali obok. Obserwowało ich przez dwie czy trzy minuty, a potem zniknęło tak cicho, jak się pojawiło.

Kiedy byli już na brzegu, doszli do zgodnego wniosku, że niewiele mogą w tej sprawie zrobić. Stworzenie nie próbowało zrobić im krzywdy, co wcale jednak nie znaczyło, że w przyszłości zachowa się tak samo. Nie mogli jednak przerwać podróży tylko dlatego, że rzekę zamieszkiwały naprawdę wielkie ryby.

Wkrótce dostrzegli ich więcej i w końcu się przyzwyczaili. Tak bardzo przypominały peryskopy, że Bill nazwał je U-bootami.

Drugi wypadek już raz się zdarzył, więc byli nań w jakiś sposób przygotowani. Był to ów potężny jęczący wiatr, który Calvin nazwał Lamentem Gai.

Mieli dość czasu, zanim zaczęło na dobre wiać, by wyciągnąć „Titanica” na plażę i poszukać schronienia po zawietrznej stronie łodzi. Cirocco nie chciała wchodzić pod drzewa, pamiętając o tym, że poprzednio omal nie została trafiona spadającą gałęzią.

Warunki do obserwacji nie były najlepsze, wiatr bowiem smagał jej twarz, a nad głową przetaczały się chmury, ale zdołała złowić błysk burzy nadchodzącej znad Oceanusa. Nadeszła z góry. Schodzące z ogromnej szprychy ponad zamarzniętym morzem obłoki kłębiły się niczym lodowate tchnienie Boga. Wiatr runął na taflę lodu, skruszył ją i podzielił się na trąby powietrzne, które z odległości wydawały się małe, ale w rzeczywistości musiały być olbrzymie.

Poprzez chmury, które gwałtownie ruszyły w kierunku Hyperiona Cirocco mogła dostrzec pochyłe kable podtrzymujące, które łączyły ziemię z niebem ponad Okeanosem. Jeżeli nawet poruszały się na wietrze, był to ruch zbyt powolny, by go dostrzec, choć z pewnością musiały się przynajmniej kołysać czy naprężać. Z kabli sypała się drobniutka, szara mgiełka. Cirocco patrzyła, jak opada ona w dół, wewnątrz ostrego kąta, który skośne kable tworzyły z ziemią i musiała sobie przypominać, że drobiny, które widziała z takiej odległości, muszą być wielkości drzew. Później chmury zasłoniły cały widok i zaczął padać śnieg. Wkrótce potem woda w rzece bardzo się wzburzyła i podniosła, prawie dosięgając wyciągniętego na plażę „Titanica”. Cirocco pomyślała, że czuje, jak rusza się ziemia.

Wiedziała, że ma okazję obserwować działanie części systemu obiegu powietrza na Gai i zastanawiała się, w jaki sposób powietrze jest wciągane do szprychy i jaki mechanizm z powrotem je wydmuchuje. Zastanawiała się również, dlaczego proces ten był aż tak gwałtowny. Obserwacje Calvina mówiły, że upłynęło siedemnaście dni od ostatniego Lamentu. Miała nadzieję, że do następnego upłynie co najmniej tyle samo czasu.

Tak, jak i poprzednio, zimno nie trwało dłużej niż jakieś sześć-siedem godzin, a śnieg długo się nie utrzymał, tym razem znieśli to lepiej, stwierdzając, że ubrania z jedwabiu, wytwarzanego przez miękkoloty, chroniły lepiej, niż o się mogło zrazu wydawać, zwłaszcza przed wiatrem.