W pewnej chwili zauważyli wiszące nad nimi kształty, przypominające porwane obicia. Unosiły się nieruchomo w martwym powietrzu, niewyraźne formy spowite w cień wysoko w górze. Wokół nich dryfował drobny pył, wirując w łagodnym wietrzyku.
Cirocco poczuła na ramieniu lekkie dotknięcie, podskoczyła, a potem podniosła wzrok tam, gdzie pokazywała Gaby.
Coś przylgnęło do powierzchni jednego z włókien, pięćdziesiąt metrów od szczytu piaszczystego stożka. Pomyślała, że to coś siedzi na jakimś występie, ale później doszła do wniosku, że może to być rodzaj porostu.
— Przypomina skorupiaka — powiedział Bill.
— Raczej całą kolonię — wyszeptała Gaby, a potem nerwowo kaszlnęła. Cirocco wiedziała, jak tamta się czuje: panowała taka atmosfera, że odczuwało się potrzebę mówienia szeptem.
Cirocco potrząsnęła głową.
— Przypomina mi to osiedle w szkołach Arizony.
Po kilku minutach odkryli dalsze dziwne kształty, większość znacznie wyżej i mniej wyraźnych niż te, które zauważyła Gaby. Czy były to jakieś siedziby, czy rodzaj pasożytów? Nie sposób było określić.
Cirocco rozejrzała się wokół jeszcze raz i wtedy wydało jej się, że dostrzega coś na samym skraju ciemności.
Była to budowla. Gdy tylko sobie to uświadomiła, dotarło do niej również i to, że ogląda obsypaną drobnym piaskiem ruinę.
To było odświeżające uczucie: znaleźć coś, co zbudowano na ludzką miarę. Budynek był zbliżony rozmiarami do najmniejszych pueblos w Colorado i w istocie trochę je przypominał. Składał się z trzech pięter sześciokątnych izb bez widocznego wejścia. Każde kolejne piętro zawierało pokoje trochę większe niż te pod nimi. Podeszła bliżej i dotknęła jednej ściany. Była zbudowana z chłodnego kamienia, ciętego, gładzonego i dopasowywanego bez użycia zaprawy, jak u Inków.
Przyglądając się bliżej, dostrzegła jeszcze dwie inne warstwy, ale znacznie mniejsze i wykonane z mniejszych kamieni niż pozostałe trzy widoczne z daleka. Odgarnęła piach u podstawy ściany i znalazła szóstą warstwę, a potem siódmą — każda z nich była mniejsza od poprzedniej.
— Co o tym sądzisz? — spytała Billa, który klęknął koło niej, kiedy rozgrzebywała piasek.
— Dziwny sposób budowania.
Cirocco grzebała głębiej, ale wkrótce dała za wygraną; bo piasek zasypywał wykop. Najniższa warstwa, którą odgrzebała, składała się z komór o wysokości około pół metra i mniej więcej tak samo szerokich i zbudowana była z kamieni nie większych od zwykłej cegły.
Obeszli budowlę dookoła i znaleźli miejsce, w którym się rozsypała. Mniejsze kamienie u dołu skruszyły się pod ciężarem górnych. Jedna komora była nietknięta, ale nie miała ściany. Nie znaleźli wewnętrznych drzwi, ani sposobu, w jaki można się było dostać do niej z zewnątrz.
— Po co budować takie coś bez drzwi?
— Może dostawali się do środka od spodu? — poddała Gaby.
— Nie dowiemy się bez buldożera. — Cirocco miała na myśli sprzęt, który miał być użyty razem z lądownikiem satelitarnym i skrzywiła się boleśnie, kiedy przypomniała sobie szczątki swojego statku koziołkujące w przestrzeni.
— Zastanawiam się, jaki to ma związek z kablem — powiedział Bill. — Czy zbudowano to dla pracowników obsługi czy też później, kiedy sprawy przybrały już zły obrót.
Cirocco uniosła brwi.
— A zakładamy coś takiego?
Bill rozłożył ręce.
— Mamy tu uszkodzenia konstrukcyjne, których nikt nie naprawiał. Widziałaś te zerwane włókna.
Wiedziała, że miał rację. Cała ta ciemna sterta pod kablem już z daleka ziała opuszczeniem i wyglądała na bezużyteczną. To był zapleśniały grobowiec, albo szkielet czegoś, co niegdyś było potężne.
Ale nawet chyląc się ku upadkowi Gaja była wspaniała. Powietrze pozostało świeże, a woda czysta. To prawda, że wielkie obszary przekształciły się w pustynię albo zmrożone pustkowie, więc trudno było uwierzyć, że tak to właśnie zaplanowano. A jednak Cirocco w jakiś sposób czuła, że rozkład ekosystemów posunąłby się znacznie dalej, gdyby tam na górze nie było kogoś, kto choć trochę jeszcze nad tym panował.
— Gają nadal ktoś steruje — powiedziała Gaby, jakby czytając w myślach Cirocco. — Ta budowla wygląda na starą. Lekko licząc ma prawdopodobnie parę tysięcy lat.
— Rzeczywiście, może tyle mieć — zgodził się Bill.
— Wiem co nieco o złożoności systemów podtrzymywania życia — ciągnęła Gaby. — Gaja jest większa niż O’Neil One, co daje jej większą elastyczność. Ale za kilkaset lat i tak nastąpi kryzys, który wymknie się już spod wszelkiej kontroli. Zostało jeszcze trochę czasu do ostatecznej katastrofy.
— To mogą być roboty — powiedział Bill.
— Też tak myślą — zgodziła się Cirocco. — A skoro stoi za tym wszystkim jakaś inteligencja, mam zamiar wejść z nią w kontakt i poprosić o pomoc. Z komputerami może będzie łatwiej się dogadać.
Bill, który naczytał się kiedyś science fiction, wymyślił z tuzin teorii na temat każdego aspektu Gai. Skłaniał się zwłaszcza ku zawsze modnej teorii zarazy — mutacji: coś pojawiło się znikąd i zabiło budowniczych, zostawiając Gaję w rękach automatycznych urządzeń zabezpieczających.
— Mogę się założyć, że to opuszczony wrak — przekonywał ich. — Zupełnie tak jak statek z „Niebiańskich sierot” Heinleina. Masa ludzi wyruszyła na Gaję przed tysiącem lat i po drodze straciła kontrolę. Komputer statku wprowadził go na orbitę wokół Saturna, wyłączył silniki i wciąż czeka na górze, pompując powietrze i czekając na instrukcje.
Wrócili inną drogą, głównie dlatego, iż nie byli w stanie rozpoznać tej, którą przyszli. Cirocco nie przejmowała się tym, ponieważ póki szli w stronę światła, wszystko było w porządku.
Wyszli na światło słoneczne daleko na północ od miejsca, z którego wyruszyli i oczom ich ukazało się teraz coś, co poprzednio zasłaniał im kabeclass="underline" leżące na ziemi zerwane włókno.
Cirocco od razu pomyślała o gigantycznym piaskowym robaku, którego opisał im Calvin. Włókno wyglądało jak coś żywego i lśniło w żółtym świetle. Potem przypomniały się jej brazylijskie rurociągi, które widziała w czasie treningu przetrwania: wielkie srebrne rury wcinające się w tropikalną dżunglę, tak jakby to była nic nie znacząca przeszkoda.
Padając, włókno wyrąbało sobie miejsce i powaliło najwyższe drzewa jak zapałki. Od tego czasu przykryła je dżungla, ale wielka masa ciągle wyglądała, jakby mogła się w każdej chwili podnieść, strząsając pnącza i przewracając drzewa.
Pięćset metrów w górę urwany górny koniec włókna odstawał od całego kabla. Był postrzępiony, a wnętrze odsłonięte pęknięciem połyskiwało i rzucało czerwone i niebieskozielone refleksy przypominające zaśniedziałą miedź. W kikucie wyrastały szare przebarwienia, niczym pleśń na chlebie, a z jego wnętrza spływała kaskadą prosto w dół woda na kępę roślin, która różniła się od reszty lasu. Woda wyciekała obficie i z hałasem, ale spadając tak z ogromnego, poskręcanego włókna, wyglądała, jakby po prostu kapała z pękniętej rury.
Podeszli do leżącego włókna i stwierdzili, że składa się ono z szeregu sześciokątnych płaszczyzn o szerokości zaledwie kilku milimetrów, ze złotymi przebłyskami tuż pod powierzchnią. Rzucało mętne refleksy, jak oko gigantycznego owada.
Poszli za nim w dół wzgórza i dalej w głąb dżungli, gdzie urwany koniec leżał otworem do góry, ale był tak zatkany krzewami i porostami, że nie sposób było wejść do środka.