Rzeczywiście, nie odżywiali się zbyt dobrze. Na bagnach nie było takiej obfitości roślin owocowych, jak w lesie. Jedyna miejscowa roślina, której spróbowali, w smaku przypominała mango i przyprawiała o biegunkę. Łódź przypominała wtedy siódmy krąg piekieł. Od tego czasu ograniczyli się do zapasów.
Zdecydowali, że najbardziej oczywistą zdobyczą byłaby duża ryba bagienna. Jak wszystkie zwierzęta, które napotkali, ryba nie zwracała na nich większej uwagi. Wszystko oprócz niej było zbyt małe i za szybkie albo — jak gigantyczne węgorze — zbyt wielkie. Ryby bagienne lubiły siedzieć z zagrzebanym pyskiem w szlamie, poruszając się przy pomocy ruchów ogona.
Cirocco, Gaby i Bill wkrótce otoczyli jedną z nich. Po raz pierwszy mieli okazję przyjrzeć się jej z bliska. Cirocco nigdy jeszcze nie widziała tak wstrętnego stworzenia. Miała trzy metry długości, płaski brzuch, a pomiędzy tępym pyskiem a poziomym, jakby wielorybim ogonem, który sprawiał jakieś niepoważne wrażenie, była niemożliwie napęczniała. Wzdłuż grzbietu biegł długi, szary grzebień, miękki i przelewający się niczym grzebień koguta, ale pokryty śluzem. Rytmicznie puchł i chudł.
— Jesteś pewna, że chcesz to zjeść?
— Jeżeli tylko dostatecznie długo nie będzie się ruszać.
Cirocco usadowiła się cztery metry przed rybą, a Gaby i Bill zbliżali się do niej z boków. Cała trójka uzbrojona była w miecze z gałęzi drzewka-choinki.
Ryba bagienna miała tylko jedno oko wielkości patelni. Jedna jego krawędź uniosła się, aż wreszcie spojrzała na Billa. Zamarł. Ryba wydała sapiący dźwięk.
— Bill, nie podoba mi się to.
— Nie przejmuj się. Mruga, widzisz? — Struga płynu sikała z otworu ponad okiem i to ona właśnie była źródłem siorbania, które słyszeli. — W ten sposób zwilża oko. Nie ma powieki.
— Skoro tak mówisz. — Klasnęła w dłonie, a ryba posłusznie odwróciła wzrok od Billa i przeniosła na nią. Nie była pewna, czy oznaczało to jakąś poprawę, ale zrobiła na palcach krok naprzód. Ryba, znudzona tymi wszystkimi manewrami, odwróciła oko.
Bill ruszył do przodu, wyprężył się i pogrążył miecz w jej ciele zaraz za okiem, opierając się na nim całym ciężarem. Ryba podskoczyła, kiedy Bill puścił miecz i zatańczyła do tyłu.
Nic się nie stało. Oko nie poruszyło się, a organy na plecach przestały się nadymać. Cirocco rozluźniła się i dostrzegła uśmiech Billa.
— To zbyt łatwe — powiedział. — Kiedy to miejsce rzuci nam wreszcie prawdziwe wyzwanie? — Chwycił rękojeść swojego miecza i wyciągnął go. Ciemna krew trysnęła mu na rękę. Ryba wygięła się tak, że pyskiem dotykała ogona, a później machnęła płaskim ogonem w bok i w dół, trafiając Billa w głowę. Zręcznie podebrała jego nieruchome ciało i śmignęła nim w powietrze.
Cirocco nie zauważyła nawet, gdzie spadł. Ryba ponownie wygięła się w łuk, tym razem kołysząc się na brzuchu i trzymając pysk i ogon w powietrzu. Po raz pierwszy Cirocco zobaczyła jej paszczę. Była okrągła i przypominała gębę minoga z podwójnym rzędem zębów obracających się w przeciwnym kierunku i klekoczących. Ogon uderzył w muł i ryba skoczyła na nią.
Padła plackiem na ziemię, ryjąc szczęką w mule. Ryba chlapnęła za nią, znowu wygięła się w łuk i wyrzuciła w powietrze pięćdziesiąt kilo błota, tłukąc nieprzytomnie ogonem. Ostra płetwa przecięła grunt przed jej twarzą, a później spróbowała ponownie. Cirocco rzuciła się na czworakach do ucieczki, ślizgając się, kiedy próbowała wstać.
— Rocky! Skacz!
Skoczyła i w ten sposób uratowała rękę, bo ryba ponownie walnęła ogonem w ziemię.
— Prędko! Prędko! Pędzi za tobą!
Rzut oka w tył ukazał jej tylko obracające się zęby. Słychać było okropny warkot. Bestia naprawdę chciała ją pożreć.
W błocie po kolana parła w stronę głębszej wody, co może nie było dobrym pomysłem, ale za każdym razem, kiedy próbowała skręcić, ogon śmigał z błota. Wkrótce bezustanny potop brudnej wody całkiem ją oślepił. Pośliznęła się i zanim zdążyła się podnieść, ogon trafił ją w bok głowy. Była przytomna, ale dzwoniło jej w uszach, kiedy odwróciła się i sięgnęła po miecz. Niestety, gdzieś go zgubiła. Ryba była już tylko o metr od niej, zwijając się do kolejnego skoku, który miał ją zdruzgotać, gdy z tyłu wyskoczyła Gaby. Jej stopy prawie nie dotykały ziemi. W locie walnęła Cirocco tak mocno, że mogła wybić jej zęby, ryba podskoczyła i cała trójka przeleciała poślizgiem trzy metry w błocie.
Cirocco miała mętną świadomość śliskiej, wilgotnej powierzchni pod stopą. Kopnęła. Ryba znowu na nie natarła, kiedy Gaby odciągnęła Cirocco, płynąc w błocie. Wreszcie ryba zrezygnowała, a Cirocco uniosła głowę ponad wodę i gwałtownie nabrała powietrza.
Widziała plecy Gaby, gdy ta stawiła czoła bestii. Ogon rąbnął na poziomie szyi Gaby, tnąc niczym sierp, ale ta uchyliła się i podniosła miecz. Złamał się blisko rękojeści, ale ostrze odwaliło duży kawał płetwy. Rybie się to chyba nie spodobało. Gaby znowu skoczyła, prosto ku szkaradnym szczękom i wylądowała na grzbiecie bestii. Wbiła rękojeść miecza w oko, tnąc, a nie dźgając, jak to robił Bill. Ryba zrzuciła ją, ale teraz potworny ogon został pozbawiony celownika. Walił w ziemię wściekle, a Gaby szukała sposobności, by ciąć jeszcze raz.
— Gaby! — krzyknęła Cirocco. — Daj spokój! Nie daj się zabić!
Gaby rzuciła okiem do tyłu i pospieszyła do Cirocco.
— Wynośmy się stąd. Możesz chodzić?
— Pewnie, ja… — Grunt zakołysał się pod nią. Złapała Gaby za rękaw, żeby nie upaść.
— Trzymaj się. To diabelstwo znowu nadchodzi.
Cirocco nie miała sposobności zobaczyć, co Gaby miała na myśli, ponieważ ta podźwignęła ją, zanim Cirocco zorientowała się, co się dzieje. Była zbyt słaba i skołowana, żeby się opierać, kiedy Gaby podniosła ją z bagna i przerzuciła strażackim chwytem przez ramię.
Jakiś czas później poczuła, że Gaby ostrożnie kładzie ją na kępie trawy i zobaczyła nad sobą jej twarz. Łzy spływały jej po policzkach, kiedy delikatnie obmacywała głowę, a potem zaczęła badać klatkę piersiową Cirocco.
— Au! — Cirocco skrzywiła się i zwinęła z bólu. — Myślę, że złamałaś mi żebro.
— O mój Boże! Kiedy cię podniosłam? Tak mi przykro, Rocky, ja…
Cirocco dotknęła jej policzka.
— Nie, głuptasie, kiedy walnęłaś mnie jak pierwsza linia Gigantów. I dobrze się stało.
— Chcę zbadać twoje oczy. Myślałam, że…
— Nie mamy czasu. Pomóż mi wstać. Musimy sprawdzić, co z Billem.
— Ty jesteś ważniejsza. Leż sobie. Nie powinnaś…
Cirocco odtrąciła jej rękę i dźwignęła się na kolana, a potem zgięła wpół i zwymiotowała.
— A nie mówiłam? Nie powinnaś się ruszać.
— W porządku — wykrztusiła. — Idź i znajdź go, Gaby. Zajmij się nim. Przynieś go tu, żywego.
— Pozwól mi tylko sprawdzić twój…
— Idź już!
Gaby przygryzła wargi i spojrzała na rybę, która ciągle miotała się w pewnej odległości, a na jej twarzy pojawił się wyraz męki. Potem jednak skoczyła na równe nogi i pobiegła.
Oby w dobrą stronę — pomyślała Cirocco.
Siedziała, trzymając się za brzuch i klnąc cicho, aż do powrotu Gaby.
— Żyje — powiedziała Gaby. — Jest nieprzytomny i chyba ranny.
— Mocno?
— Ma krew na nogach, rękach i z przodu. W części to na pewno krew ryby.
— Powiedziałam ci, żebyś go tu przyniosła — warknęła cicho Cirocco, próbując powstrzymać następną falę torsji.