Jej twarz była dostatecznie duża, by szeroki nos i usta jakoś nie raziły. Miała olbrzymie oczy, bardzo szeroko rozmieszczone. Tęczówki były jaskrawożółte, z promieniście rozchodzącymi się prążkami zieleni, które otaczały szerokie źrenice.
Te oczy były tak zdumiewające, że Cirocco niemal nie zauważyła najbardziej nieludzkiej cechy jej twarzy. Sądziła, że to, co ma utkane za uszami, to rodzaj dziwnych kwiatów, okazało się jednak, że to są właśnie uszy. Ostre koniuszki sięgały jej powyżej głowy.
— Nazywają mnie C-dur — zaśpiewała. Rzeczywiście, była to seria dźwięków w tonacji C-dur.
— Co ona powiedziała? — wyszeptała Gaby.
— Powiedziała, że ma na imię… — wyśpiewała imię centaura, a ta zastrzygła uszami.
— Nie potrafię tego wymówić — zaprotestowała Gaby.
— Nazywają ją C-dur. Czy możesz się zamknąć i pozwolić mi mówić? — Odwróciła się znowu ku Tytanii.
— Nazywam się Cirocco lub kapitan Jones — zaśpiewała. — To jest moja przyjaciółka, Gaby.
Uszy zwisły Tytanii na ramiona i Cirocco omal nie wybuchnęła śmiechem. Jej wyraz twarzy się nie zmienił, ale uszy mówiły wiele.
— Po prostu Szirokolubkapitandżons? — zaśpiewała, imitując monotonię głosu Cirocco. Kiedy westchnęła, jej nozdrza aż zatrzepotały od siły tego oddechu, ale klatka piersiowa pozostała nieruchoma. — To długie imię, ale mało nośne, za przeproszeniem. Czy u was, ludzi, nie ma krzty radości, że nadajecie sobie takie ponure imiona?
— Nasze imiona wybieramy dla nas — zaśpiewała Cirocco, czując się dziwnie zażenowana. Na perliste imię centaura odpowiedziała nudną frazą. — Nasza mowa nie jest podobna do waszej, a nasze tchawice nie są tak głębokie.
C-dur zaśmiała się i był to zupełnie ludzki śmiech.
— Faktycznie mówicie głosem wątłej trzcinki, ale lubię was. Zabiorę was do domu mojej matki na święto, jeżeli się zgodzicie.
— Przyjęlibyśmy twoje zaproszenie, ale jedno z nas jest ciężko ranne. Potrzebujemy pomocy.
— Która z was? — zaśpiewała, z uszami opadłymi z zakłopotania.
— To jest ktoś trzeci. Złamał kość w nodze. — Przelotnie zauważyła, że język Tytanii zawierał formy zaimkowe, właściwe dla mężczyzn i kobiet. Przez głowę przelatywały jej fragmenty pieśni oznaczające męską matkę, a nawet jeszcze bardziej nieprawdopodobne pojęcia.
— Kość w nodze — zaśpiewała C-dur, wykonując uszami skomplikowany alfabet sygnałów. — Jeżeli się nie mylę, dla ludu takiego jak wy jest to całkiem poważne, bo przecież nie macie nogi na zbyciu. Zaraz wezwę uzdrawiacza. — Podniosła swój pasterski kij i wykonała krótki śpiew do małej zielonej bryłki na jego końcu.
Gaby wytrzeszczyła oczy.
— Mają radio? Rocky, powiedz, co się dzieje? — Powiedziała, że wezwie lekarza. I że mam nudne imię.
— Billowi lekarz się przyda, ale nie oczekujmy, że będzie on członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Lekarskiego.
— Sądzisz, że nie wiem o tym? — syknęła wściekle Cirocco. — Bill wygląda kiepsko jak cholera. Nawet gdyby ten lekarz nie miał nic prócz końskich pigułek, nie zaszkodzi, jeśli go obejrzy.
— Czy to była wasza mowa — spytała C-dur — czy też macie trudności z oddychaniem?
— W taki właśnie sposób rozmawiamy. Ja…
— Proszę, wybacz mi. Moja zadnia matka mówi mi, że muszę się nauczyć taktu. Mam tylko… — zaśpiewała liczbę dwadzieścia siedem i słowo oznaczające czas, którego Cirocco nie mogła zrozumieć — i muszę jeszcze wiele się nauczyć oprócz tego, co wyniosłam z łona matki.
— Rozumiem — zaśpiewała Cirocco, chociaż wcale tak nie było. — Musimy być dla was czymś dziwnym, tak jak wy wydajecie się dziwni dla nas.
— Czyżby? — Tonacja jej pieśni zdradzała, że było to dla niej coś nowego.
— Komuś, kto nigdy nie widział waszego rodzaju.
— Musi być tak, jak mówisz. Jeżeli jednak nigdy jeszcze nie widziałaś Tytanii, skądże właściwie wzięłaś się na wielkim kole świata?
Cirocco była zaskoczona sposobem, w jaki jej umysł tłumaczył pieśń C-dur. Kiedy usłyszała nuty składające się na słowo „skądże”, zrozumiała, przypominając sobie alternatywne tłumaczenie dwutonowego wyrazu, że C-dur mówiła uprzejmym, formalnym językiem i używała intonacji zarezerwowanych dla młodszych rozmawiających ze starszymi. Przerzuciła się na chromatyczne tony trybu rozkazującego.
— W ogóle nie jesteśmy z koła. Poza ścianami świata jest większe miejsce, którego nie widzicie…
— Och! Jesteście z Ziemi!
Nie powiedziała „Ziemia”, tak samo zresztą, jak nie nazwała się „Tytanią”. Ale chodziło jej o trzecią planetę od słońca, i fakt, że mówią o Ziemi, niepomiernie zaskoczył Cirocco. C-dur mówiła dalej, a jej postawa znów uległa zmianie. Wyraźnie się ożywiła, a jej uszy, gdyby były odrobinę większe, na pewno zaczęłyby łopotać w powietrzu.
— Czuję się zmieszana — zaśpiewała. — Myślałam, że Ziemia była bajką dla dzieci do opowiadania przy ognisku. Myślałam też, że Ziemianie przypominają Tytanie.
Świeżo nastrojone ucho Cirocco wytężyło się przy ostatnim słowie. Zastanawiała się, czy można je przetłumaczyć jako „ludzie”. Na zasadzie „my, ludzie i wy, barbarzyńcy”. Brak jednak było takiego szowinistycznego podtekstu. Tamta mówiła o swoim gatunku jako jednym z wielu na Gai.
— Jesteśmy tu pierwsi — zaśpiewała Cirocco. — Jestem zaskoczona, że słyszeliście o nas, bo my o was aż do teraz nie wiedzieliśmy niczego.
— To wy nie opiewacie naszych wielkich czynów, jak my opiewamy wasze?
— Obawiam się, że nie.
C-dur spojrzała przez ramię. Na szczycie urwiska stała teraz inna Tytania. Wyglądem bardzo przypominała C-dur, z pewną kłopotliwą różnicą…
— To jest B-moll… — zaśpiewała C-dur, a potem w poczuciu winy przeszła z powrotem na formalny sposób wyrażania się.
— Zanim tu będzie, chciałabym zadać pewne pytanie, które dręczy mnie od momentu, kiedy was ujrzałam.
— Nie musisz mnie traktować jak starszą — zaśpiewała Cirocco. — Możesz być starsza ode mnie.
— O nie. Według czasu ziemskiego mam tylko trzy lata. Chciałabym wiedzieć, i mara nadzieję, że to pytanie nie będzie zuchwałe, jak udaje się wam stać tak długo i się nie przewrócić?
Rozdział 14
Kiedy dołączyła do nich druga Tytania, niepokojąca różnica anatomii, którą Cirocco zauważyła wcześniej, stała się zupełnie jasna i jeszcze bardziej krępująca. Pomiędzy przednimi nogami, tam gdzie C-dur miała kępę włosów, B-moll miał zupełnie ludzkiego penisa.
— Święty Boże — szepnęła Gaby, trącając Cirocco łokciem.
— Bądźże cicho! — syknęła Cirocco. — Działasz mi na nerwy.
— Ty i nerwy! A co ja mam zrobić? Nie rozumiem ani jednej nuty z twojego śpiewania. Ale to jest ładne, Rocky. Śpiewasz naprawdę ładnie.
Jeśli nie liczyć tych męskich genitaliów z przodu, B-moll był niemal identyczny jak C-dur. Oboje mieli sterczące stożkowate piersi i bezwłosą, bladą skórę. Obie twarze przypominały twarze kobiece, były szerokouste i pozbawione zarostu. Malunek na ciele B-molla był obfitszy, a we włosach miał więcej kwiatów. Oprócz tego i penisa na dobrą sprawę wszystko było u nich identyczne.
Z fałdy skóry na wysokości brakującego pępka wystawał mu koniec drewnianego fletu. Najwyraźniej fałda stanowiła coś w rodzaju kangurzej torby.
B-moll postąpił naprzód i wyciągnął rękę. Cirocco zrobiła krok w tył, a B-moll ruszył szybko i położył jej ręce na ramionach. W pierwszej chwili się przestraszyła, ale później uświadomiła sobie, że on po prostu podziela obawy C-dur. Myślał, że padnie do tyłu, i chciał tylko pomóc jej utrzymać równowagę.