Выбрать главу

— W porządku — zaśpiewała nerwowo. — Mogę stać o własnych siłach. — Jego ręce były duże, ale absolutnie ludzkie. Dotykanie go sprawiało niesamowite wrażenie. To zupełnie co innego widzieć nierealną postać, a coś innego czuć pod palcami ciepło jej ciała. W tym momencie uzmysłowiła sobie, że jest to pierwszy kontakt ludzkości z obcymi istotami myślącymi. Pachniał cynamonem i jabłkami.

— Uzdrowiciel wkrótce przybędzie — zaśpiewał pieśń jak równy z równym, chociaż ułożoną w formalnym trybie. — A tymczasem, czy nie jesteście głodne?

— Sami moglibyśmy zaoferować wam żywność — zaśpiewała Cirocco — ale prawdę mówiąc skończyły nam się zapasy.

— A moja przednia siostra niczego wam nie zaproponowała? — B-moll obrzucił C-dur karcącym spojrzeniem, a ta zwiesiła głowę. — Jest ciekawska i impulsywna, ale z myśleniem jest u niej gorzej. Wybaczcie jej, proszę. — Słowa, których użył dla określenia swoich związków z C-dur, były złożone. Cirocco znała słownictwo, ale nie mogła zrozumieć wszystkich odniesień.

— Była bardzo uprzejma.

— Jej zadniej matce przyjemnie będzie to usłyszeć. Czy dołączycie do nas? Nie wiem, jaki rodzaj pożywienia wolicie, ale jeżeli tylko mamy coś, co przypadnie wam do gustu — częstujcie się.

Sięgnął do swojej torby — tej zwykłej, przytroczonej w pasie, skórzanej, a nie kangurzej — i wyciągnął coś dużego, czerwonawo-brązowego, co przypominało wędzoną szynkę. Operował tym jak indyczą nóżką. Tytanie siadły, zgrabnie i bez trudu składając swe nogi, więc Cirocco i Gaby również usiadły, co Tytanie obserwowały ze szczerym zainteresowaniem.

Kawał mięsa krążył dookoła. C-dur przyniosła kilka tuzinów zielonych jabłek. Tytanie po prostu wkładały je sobie do ust, słychać było chrupnięcie, a następnie połykały.

Gaby krzywo popatrywała na owoce. Zmarszczyła brwi, kiedy Cirocco skosztowała jeden. Smakował jak zielone jabłko. Był biały w środku, soczysty i miał małe brązowe nasionka.

— Opiszemy sobie to wszystko później — powiedziała Cirocco.

— Nie miałabym nic przeciwko kilku odpowiedziom już teraz — odparła Gaby. — Nikt nam nie uwierzy, że siedziałyśmy sobie w kółko i jadłyśmy cholerne renety z pomalowanymi centaurami. C-dur zaśmiała się.

— Ta, którą nazywasz Gabi, śpiewa pieśń entuzjazmu.

— Czy ona mówi do mnie?

— Podoba jej się twoja pieśń.

Gaby uśmiechnęła się głupawo.

— To, co od ciebie usłyszałam, nie przypominało zbytnio Wagnera. W jaki sposób ich rozumiesz? A ich wygląd? Słyszałam o równoległej ewolucji, ale od pasa w górę? Że w jakiś sposób są to istoty człowiekowate, w to mogę uwierzyć. Byłam przygotowana na wszystko, począwszy od wielkich bąbli galarety, a na ogromnych pająkach skończywszy. Ale… oni za bardzo przypominają nas.

— A jednak większość ich cech wcale nas nie przypomina.

— Racja — powiedziała Gaby, znowu podnosząc głos. — Popatrz jednak na tę twarz. Zasłoń sobie te ośle uszy. Gęba jest szeroka, oczy wielkie, a nos wygląda tak, jakby biedaczek nastąpił na grabie, ale w sumie mieści się to w jakimś szeroko rozumianym ziemskim standardzie. Spójrz niżej, jeśli się odważysz. — Wzdrygnęła się. — Popatrz tylko na to, a jak powiesz mi, że to nie jest ludzki penis, powiem, że kłamiesz.

— Spytaj jej, czy nie możemy się przyłączyć — powiedział B-moll serdecznie. — Nie znamy słów, ale możemy zaimprowizować akompaniament.

Cirocco odśpiewała, że musi chwilę dłużej porozmawiać ze swoją przyjaciółką i że przetłumaczy im to później. Kiwnął głową na znak zgody, a potem z uwagą przysłuchiwał się rozmowie.

— Proszę, Gaby, nie krzycz na mnie.

— Przepraszam. — Spojrzała w dół i próbowała się uspokoić. — Lubię, kiedy sprawy mają sens. Ludzki penis dyndający u obcego stworzenia raczej sensu nie ma. Widziałaś ich ręce? Mają linie papilarne, widziałam odciski. FBI bez zbędnych pytań wciągnęłoby ich do kartoteki.

— Widziałam.

— Gdybyś mi tylko mogła wyjaśnić, jak z nimi rozmawiać…

Cirocco bezradnie rozłożyła ręce.

— Nie wiem. Wygląda to tak, jakby ten język tkwił mi w głowie. Śpiewanie jest trudniejsze niż słuchanie, ale tylko dlatego, że moja krtań niezbyt się do tego nadaje. Początkowo się bałam, ale teraz już nie. Ufam im.

— Tak jak Calvin ufa swoim miękkolotom.

— Nie ulega kwestii, że w czasie snu ktoś się nami zabawiał. Ktoś dał mi znajomość ich mowy — nie wiem jak ani dlaczego — i ten sam ktoś dał mi coś jeszcze: uczucie, że za tym podarunkiem nie było złych intencji. Im dłużej rozmawiam z Tytaniami, tym bardziej je lubię.

— Calvin prawie dokładnie to samo mówił o tych cholernych sterowcach — powiedziała Gaby ponuro. — Mało brakowało, a aresztowałabyś go.

— Myślę, że teraz lepiej go rozumiem.

Tytania-uzdrawiacz — osobnik żeński o imieniu śpiewanym również w B-moll — wszedł do ich namiotu i spędził sporo czasu na badaniu nóg Billa pod uważnym okiem Cirocco. Brzegi rany były żółte i niebiesko-czarne. Kiedy uzdrawiacz nacisnął na obrzeżu, z rany wypłynęły krople ropy.

„Lekarka” była świadoma troski Cirocco. Wykręciła swój ludzki tors i pogrzebała w skórzanej sakwie przymocowanej do grzbietu czymś w rodzaju popręgu. Wyciągnęła przezroczystą okrągłą butelkę napełnioną brązowym płynem.

— Silny środek dezynfekujący — zaśpiewała.

— Jaki jest jego stan, lekarzu?

— Bardzo poważny. Nie leczony będzie u Gai za kilka dziesiątek obrotów. — Cirocco za pierwszym razem przetłumaczyła to właśnie tak, ale było tam pewne słowo używane dla oznaczenia upływu czasu. Stosując przedrostek, wymyśliła określenie „decyobroty”. Jeden obrót Gai trwał blisko godzinę.

Znaczenie wyrażenia „być u Gai” było jasne. Mogło ono oznaczać jej świat, boginię, która była tym światem i wreszcie pojęcie powrotu do ziemi. Nie było mowy o nieśmiertelności.

— A może chciałabyś zaczekać na przybycie uzdrawiacza z twojego rodu? — zaśpiewała Tytania.

— Bill może go już nie doczekać.

— A więc tak. Moje środki powinny usunąć zakażenie wszelkimi pasożytami. Nie wiem, czy nie wpłyną na procesy metaboliczne. Nie mogę wam na przykład obiecać, że moja kuracja nie uszkodzi pompy, która tłoczy jego płyny ustrojowe, ponieważ nie wiem, gdzie wasz gatunek tę pompę ma.

— Dokładnie tutaj — zaśpiewała Cirocco, pukając się w pierś.

Uszy Tytanii zastrzygły komicznie. Przycisnęła jedno z nich do piersi Billa.

— Bez żartów — zaśpiewała. — No cóż, Gaja jest mądra i nie mówi, dlaczego się obraca.

Cirocco cierpiała męki niezdecydowania. Pojęcia metabolizmu i pasożytów na ogół nie są znane czarownicom. A przecież dobrze przetłumaczyła. A jednak nawet ten „lekarz” był świadomy, że jego kuracja może wyrządzić krzywdę ludzkiemu ciału.

Ale Calvina nie było, a Bill umierał.

— O Boże, a to do czego służy? — zaśpiewała uzdrawiaczka. Trzymała stopę Billa i delikatnie zginała palce.

— Ee… one są… — spróbowała Cirocco, ale nie mogła znaleźć określenia dla zanikających w toku ewolucji szczątkowych organów. Istniało słowo na oznaczenie ewolucji, jednakże nie w zastosowaniu do istot żyjących. — Są użyteczne dla zachowania równowagi, nie są jednak niezbędne. Są pewnym przeoczeniem albo niedoskonałością projektu.