Выбрать главу

Gaby od razu zarzuciła te muzyczne określenia, czemu zresztą ktoś, kto zawsze był nazywany Rocky, nie powinien się dziwić.

Ambulans był długim, drewnianym wozem z czterema gumowymi kołami, który ciągnęły dwie Tytanie w luźnej uprzęży. Miał pneumatyczne zawieszenie i hamulce. Drewno miało kolor jasnożółty i przypominało świeżo spiłowaną sosnę, było bardzo gładko pocięte i zmontowane bez użycia gwoździ.

Cirocco i Gaby położyły Billa na ogromnym łożu pośrodku wozu i wdrapały się do niego razem z Kołysanką. Uzdrowicielka zajęła miejsce u stóp Billa, podkurczyła nogi i śpiewała mu, ocierając czoło wilgotną tkaniną. Pozostałe Tytanie szły obok, z wyjątkiem Piszczałki i Banjo, które zostały w tyle z całą kompanią. Dookoła widać było zwierzęta wielkości krowy, o czterech nogach i cienkiej, trzymetrowej szyi. Szyje były zakończone pazurami do grzebania w ziemi i pofałdowaną gębą. Odżywiały się, wbijając gębę w ziemię i wysysając mleko z grzbietu mułowych robaków. Jedyne oko umieszczone było u podstawy szyi. To pozwalało im obserwować otoczenie nawet z głową zagłębioną w gruncie.

Gaby spojrzała na jedną sztukę z wyrazem pewnego wzburzenia, nie bardzo mogąc uwierzyć, że takie coś w ogóle może istnieć.

— Gaja miała swoje dobre i złe dni — stwierdziła wreszcie, cytując aforyzm Tytanii, który przetłumaczyła jej Cirocco. — To coś musiała spłodzić po dziewięciodniowej balandze. A co z tym radiem, Rocky? Może mogłybyśmy rzucić na nie okiem?

— Zobaczę — zaśpiewała do Piszczałki-srokacza, pytając, czy mogą spojrzeć na ich mówiącą roślinę, a potem od razu przechodząc na nasłuch.

— Nie wytwarzają ich — powiedziała. — Hodują je.

— Dlaczego wcześniej tego nie powiedziałaś?

— Ponieważ dopiero teraz sobie to uświadomiłam. Musisz mi zaufać. Gaby, to słowo znaczy dla nich „nasienie rośliny, która niesie pieśń”. Popatrz.

To, co było przytroczone do bagażu Piszczałki, było w istocie podługowatym, żółtym nasieniem, gładkim i pozbawionym jakichś charakterystycznych cech, może za wyjątkiem delikatnej brązowej plamki.

— Tu się mówi — zaśpiewała Piszczałka, pokazując plamkę. — Nie dotykajcie tego, ponieważ wtedy ogłuchnie. Śpiewa twoją piosenkę swojej matce, a kiedy jej się spodoba, śpiewa całemu światu.

— Obawiam się, że niezupełnie rozumiem.

Piszczałka pokazała na coś za plecami Gaby.

— Tam jest jedna, która nadal ma dzieci.

Podbiegła truchtem do kępy krzaków, które rosły w niewielkim zagłębieniu. Obok każdego krzaka z ziemi wyrastało coś w kształcie dzwonka. Chwyciwszy za to, centaur wyszarpnął roślinę z ziemi i przeniósł wraz z korzeniami na wóz.

— Śpiewa się do nasion — wyjaśniła. Zdjęła z ramienia swój mosiężny róg i zagrała kilka tanecznych taktów na pięć czwartych. — A teraz skłońcie uszy… — Przerwała zakłopotana. — To znaczy zróbcie to, co wasza rasa robi, żeby poprawić słyszalność.

Po upływie pół minuty usłyszeli dźwięki rogu, trzeszczące jak ze starego fonografu Edisona, ale zupełnie wyraźne. Piszczałka zagrała przeciągłą nutę, która została szybko powtórzona. Nastąpiła przerwa, a potem usłyszeli oba motywy równocześnie.

— Słyszy moją pieśń, podoba jej się, widzicie? — zaśpiewała Piszczałka z szerokim uśmiechem.

— Jak nadajnik radiostacji — powiedziała Gaby. — A co będzie, jeżeli discojockey nie zechce zagrać tej pieśni?

Cirocco przetłumaczyła pytanie Gaby najlepiej, jak umiała.

— Śpiew przyjemny dla ucha wymaga pewnej wprawy — przyznała Piszczałka. — Wykazują jednak dobrą wolę. Matka może mówić szybciej, niż biegną cztery nogi.

Cirocco przetłumaczyła, ale Piszczałka przerwała jej.

— Nasiona są przydatne również w tworzeniu oczu, które widzą w ciemności — zaśpiewał centaur. — Za ich pomocą ciągle badamy pomyślność wiatrów w razie nadejścia aniołów.

— Wygląda to na radar — powiedziała Cirocco.

Gaby popatrzyła na nią z powątpiewaniem.

— Masz zamiar wierzyć we wszystko, co mówią te przemądrzałe kucyki?

— W takim razie powiedz mi, jak te nasiona działają, jeśli nie na zasadzie elektronicznej. Wolałabyś telepatię?

— Magię jakoś łatwiej bym przełknęła.

— Więc nazwij to magią. Myślę, że w tych nasionach są kryształy i obwody. Jeżeli można wyhodować organiczne radio, to dlaczego by nie radar?

— W radio mogę uwierzyć, ale tylko dlatego, że widziałam je na własne oczy, a nie dlatego, że chcę mieć z tym cokolwiek do czynienia. Ale nie w radar.

Instalacja radarowa Tytanii umieszczona była pod namiotem na przedzie ambulansu. Rube Goldberg byłby na pewno w nie lada kłopocie. Do kubła z ziemią przymocowane były orzechy i liście, prowadziły do nich grube, miedziane pnącza. Kołysanka powiedziała, że ziemia zawiera robaki, które wytwarzają „esencję mocy”. Pewna ilość nasion radiowych powiązana była z wiązkami pnączy o ostrych końcach, które najwidoczniej wsadzono z pewną precyzją, ponieważ każde z nich miało wokół miejsca, w którym ostatecznie zrealizowano kontakt, ciasny wianuszek wilgotnych nakłuć. Było tam jeszcze sporo innych elementów, wszystkie roślinne, włączając w to liść, który świecił, kiedy padł nań promień światła z innej rośliny.

— Odczyt jest łatwy — zaśpiewała Kołysanka wesoło. — Ten punkt fałszywego ognia reprezentuje niebieskiego olbrzyma, którego widzicie tam, od strony Rei. — Pokazała palcem punkt na ekranie. — Zobaczcie, jak traci życie… tam! Teraz świeci jasno, ale w trochę innym miejscu.

Cirocco zaczęła tłumaczyć, ale Gaby jej przerwała.

— Wiem, jak działa radar — wymruczała. — Ta cała ceremonia mnie obraża.

— Teraz nie potrzebujemy tego za bardzo — zapewniła Piszczałka. — To nie jest sezon na anioły. Nadchodzą razem z tchnieniem Gai ze wschodu i męczą nas tak długo, aż nie zassie ich ona na powrót do swej piersi.

Cirocco zastanawiała się, czy dobrze usłyszała, czy tamta rzeczywiście zaśpiewała „zassie je do swojej piersi”? Porzuciła te rozmyślania, ponieważ Bill zajęczał i otworzył oczy.

— Cześć! — zaśpiewała Kołysanka. — Tak miło, że wróciłeś.

Bill wrzasnął, a potem wydał przeciągły krzyk, kiedy poruszył nogą.

Cirocco wcisnęła się pomiędzy Kołysankę i Billa. Zobaczył ją i odetchnął z ulgą.

— Miałem koszmarny sen, Rocky — powiedział.

Potarła czoło.

— Prawdopodobnie nie wszystko z tego było snem.

— Co? Ach, masz na myśli centaury. Nie, pamiętam, jak ten biały kołysał mnie i śpiewał.

— No więc, jak się czujesz?

— Słabo. Noga tak strasznie nie boli. Czy to dobry objaw, czy też jest po prostu martwa?

— Myślę, że ci się poprawia.

— A co z… no wiesz. Z gangreną. — Spojrzał w bok.

— Nie sądzę. Po kuracji, którą zaaplikował ci uzdrowiciel, prezentuje się znacznie lepiej.

— Uzdrowiciel? Centaur?

— Tylko to nam pozostało — powiedziała Cirocco, ponownie ogarnięta wątpliwościami. — Calvin się nie pojawił. Przypatrywałam się jej i wyglądało na to, że wie, co robi.

Myślała, że ponownie zapadł w sen. Po dłuższej chwili jednak uniósł powieki i uśmiechnął się blado.

— To nie jest decyzja, którą chciałbym podejmować sam.

— To było okropne, Bill. Powiedziała, że umierasz, a ja jej uwierzyłam. Mieliśmy do wyboru ją albo nie robić nic do przybycia Calvina — a nie bardzo wiem, co mógłby zdziałać bez żadnych lekarstw — i kiedy ona powiedziała, że może zabić zarazki, co wydawało się sensowne, ponieważ… Dotknął jej kolana. Jego ręka była chłodna, ale nie drżała.